Wbrew moim obawom, wykoncypowanym po wczorajszych popołudniowych i wieczornych opadach białego gów... puszku, dziś rano dało się w miarę normalnie kręcić. Oczywiście to "normalnie" trzeba zapakować w cudzysłów obszerny niczym bebech przeciętnego polskiego miłośnika sportu, wersja "wygodny fotel, browar i bogata oferta kanałów w TV". Bowiem śnieg jeszcze polegiwał gdzieniegdzie, oczywiście obowiązkowo na śmieszkach, wiatr duł mocno z północnego wschodu, a temperatura nie chciała wskoczyć powyżej minus dziewięciu. W związku z tym przed pracą wykonałem jedynie gluta i zdecydowanie nie miałem ochoty na więcej :)
Trasa to coś na kształt plemnika w tę i nazad, z domu przez Lasek Dębiński, Starołękę, Krzesiny, skręt na Sypniewo, za którym polami ledwo dysząc dotarłem pod wiatr do swojego dzisiejszego krzyża na drogę i zawróciłem. W sumie ten krzyż był dosłowny, więc postanowiłem zrobić lekkie profanum i go sfocić na tle mojego crossowego (nomen omen) trupa. Zsiadając z roweru zahaczyłem nogą o i tak ledwo już się trzymający tylny błotnik, który tym samym ułamał się na amen i odszedł na łono Manitou. Owo łono znajduje się konkretnie pomiędzy krzakami a brzózką po prawej, bo kosza nie uświadczyłem, a transportować go nie miałem jak. Generalnie rower bez niego zyskał na uroku, przyznaję, ale że jak sądzę narażenie mnie na koszty nie było przypadkiem akurat w tym miejscu, to w afekcie jakoś mi się dziwnie wszystko obróciło do góry nogami i... :) Ech, zawodzi ta technika, zawodzi... :) Do domu wróciłem jako substytut sopla lodu. W pewnym momencie kominiarka była w takim stanie, że śmiało mogła konkurować co do twardości z maskami z kevlaru, takimi co są do kupienia w przeróżnych genitalia, czy tam militaria, pe el :) Brr, pomroziło już wystarczająco, niech skończy, poproszę. A na koniec archiwalne już zdjęcie ś.p. błotnika, zrobione na samym początku wyjazdu. Uroku mu faktycznie brakowało, ale dobrych kilka lat chronił mi tyłek, i to dosłownie. Cześć jego pamięci!
Komentarze (8)
Pewnie, że dusi. Jest tak, jak piszesz - okulary parują, a oddycha się ciężko. Jednak już wypracowałem sobie schemat - przed zatrzymaniem (a w mieście jest ich jak wiadomo wiele) ściągam kominiarę z ust na szyję, dzięki czemu powietrze z pyska nie idzie na okulary i widoczność jest zachowana. Chwilę po ruszeniu znów zasłaniam usta i tak do kolejnego stopu. No nie ma lekko :)
To ja teraz z innej beczki: maska nie dusi? Ja bez maski i tak ledwo dycham przy tym mrozie z otwartą paszczą! No i czy przez tę maskę okulary nie parują? Bo mi, odkąd jeżdżę w czapce (czyli od kilku dni;) na postojach na światłach parują - i jeśli tylko zrobi się powyżej, powiedzmy minus pięciu, wrócę do opcji opaskowej.
Huann - tylko skąd wziąć koszyczek? Choć w sumie... od jutra znów ruszają "rowery" miejskie, jest opcja :)
Jurek - ależ ja o tym wiem, dlatego zostawiłem nie w miejscu przypadkowym (typu środek pola), a tam, gdzie mam 100% pewności, że ktoś wyczyści. Bo co jak o co, ale w Polsce o krzyże i tabliczki dba się bardziej niż o żywych :) Coś mi się wydaje, że jutro już po nim śladu nie będzie, ale z ciekawości kiedyś tam zajadę z większym plecakiem i jeśli jakimś cudem wciąż będzie tam jego pozostałość, to przetransportuję je w odpowiednim kierunku, stawiając sobie to za osobisty punkt honoru. I to bez przymusu i poganiania, bo sam o tym myślałem.
Gość - co prawda nie przypominam sobie sytuacji, kiedy akurat za to bym kogoś ganił na blogu, no ale co ja mogę wiedzieć :)
Odpad z (PCV, PE, PP)* z twego błotnika rozkłada (utylizuje) się w naturze 12.000.000 lat. Wróć po niego i zabierz ze sobą ! Zdeponuj w odpowiednim pojemniku na odpady !!! (Wykaz pojemników na stronie www śmieciarz.org.gov.com.pl)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"