Maltając
W ramach łączenia pasji najpierw się wyspałem, a potem wyruszyłem, prawie na styk, czyli lekko przed południem. Kierunek podmuchów zmusił mnie do pokonania Poznania z dołu do góry, co było mordęgą na wysokim poziomie, bo wymyśliłem sobie, że zamiast jak zwykle pchać się Drogą Dębińską, spróbuję objechać Rondo Starołęka, a potem pokręcę wzdłuż Zamenhofa. Po zaliczeniu miliarda świateł i tysiąca pit stopów, stwierdziłem, że to był błąd. Jakbym wcześniej tego nie wiedział :) Masakra.
Dawno mnie nie było na Malcie (to znaczy raz próbowałem, ale lodowisko po drodze mnie zniechęciło), postanowiłem więc nadrobić owo niedopatrzenie póki się da, bo wraz z nadejściem wiosny bez kałacha tam się nie pojawię.



Potem już klasyczna walka o przetrwanie - Antoninek, Swarzędz (nie Stęszew!), Paczkowo, Gowarzewo, Tulce, Żerniki, Krzesiny, Starołęka, Lasek Dębiński i do domu. Słowo "przetrwanie" pasuje tu idealnie, bo na wiadukcie między Żernikami a Jaryszkami jakaś tępa dzida płci zbliżonej do kobiecej wyprzedziła mnie w odległości przepisowego... milimetra. Dopiero mój krzyk (nie nadający się do cytowania) spowodował, że odbiła w lewo, ale już po tym, jak prawie zrobiła ze mnie marmoladę. Śremskie blachy mają coś w sobie - zbyt często litery PSR nań zawarte kuszą o rozszerzenie tego skrótu o kilka dodatkowych, nawiązujących do wydalania.
Tym samym trzeci chrzest szosy się dokonał. Szkoda tylko, że ponownie szeroko rozumiane otoczenie nie dało mi szansy na rozwinięcie skrzydeł. To znaczy opon :)

Relive - tutaj.








