Chwilowa rezurekcja
Wczoraj wracając z roboty i widząc po raz kolejny sypiący śnieg byłem pewny, że dziś czeka mnie powtórka z rozrywki. A tu rano miła niespodzianka - wystarczyło odczekać do dziewiątej i można było ruszać, pod warunkiem, że było się gotowym na ubabranie w błocie i lekko już topiącym się gów... białym puszku. Byłem! Pozostało jedynie znaleźć kierunek, gdzie drogi będą najbardziej rozjeżdżone, co w sumie trudne nie było, gdy pod nosem ma się Luboń, w którym na głowę mieszkańca przypada pewnie z piętnaście samochodów, biorąc pod uwagę natężenie tamtejszych korków.
Pierwotnie chciałem wykonać jedynie gluta i tak się stało, na odcinku: Dębiec - Luboń - Wiry - Komorniki - Szreniawa - Rosnówko - Komorniki - Plewiska - Dębiec. Ale że głodek był, a w robocie miałem być dopiero na trzynastą, to jeszcze zrobiłem mini kółko znów do Lubonia, potem Wiry i skręt na Komorniki, stamtąd do Lubonia i do domu. Tak to wygląda na Relive.

Wyszło upragnione pięć dych, po nawet w większości przejezdnych drogach, niestety być może ostatnie w tym tygodniu, bo po południu w Poznaniu znów nastąpił śnieżny Armageddon i najłatwiej jest poruszać się po nim jakimś czołgiem przechwyconym z frontu radzieckiego.
W każdym razie na jeden dzionek mam wewnętrzny spokój - no i dobrze. Miło było znów wyjechać zgodnie z niemal codziennym życiowym cyklem, mając za towarzysza radio i muzykę. A dzisiaj fajnie się zgrało tematycznie, bo w TOK FM słuchałem sobie sympatycznego wywiadu z nowym czeskim ambasadorem w Polsce, podczas gdy wcześniej katowałem nową płytę Jaromira Nohavicy. No i łezka w oku mi się zakręciła, bo przypomniałem sobie, iż od dziecka chciałem zostać Czechem i nie zostało mi to dane, w zamian żyję w jakimś kraju absurdów. Chlip :)








