Pełna lodówka
Na początek powalczę z teorią, iż jestem przede wszystkim defetystą i przyznam, że dziś wiało ciut słabiej. Co prawda i tak na pustych wielkopolskich przestrzeniach urywało łeb, ale żeby nie było... :) Mrozik jednak był całkiem wyraźny (minus trzy), więc odczucie było jeszcze bardziej hardkorowe niż wczoraj. a co za tym idzie wynik z grubsza podobny, a i styl larwalny się powoli udoskonala :)
Wciąż gnoi ze wschodu, więc dzisiejsza trasa to najpierw spory kawałek przez miasto: z Dębca do AWF-u, potem koło Malty na Antoninek i prościutko wzdłuż DK92, do Swarzędza i Paczkowa, tam skręt na Siekierki, gdzie wyjątkowo zatrzymałem się przy drewnianym kościele św. Jadwigi, nie żeby posłuchać mszy (co to, to nie), ale chwilę odsapnąć po walce z mroźnymi podmuchami.

Powrót zleciał trochę sympatyczniej (bo przynajmniej gnoiło z boku, a nie z przodu) przez Gowarzewo, Tulce, Żerniki, Krzesiny, Starołękę i do domu. Tym samym udało mi się przed południem zawitać do roboty. To, że przez nią musiałem wyjechać o jakiejś kosmicznej godzinie, zmarznąć i dostać solidnie w kość, świadczy tylko o tym, że praca szkodzi i powinna być ustawowo zakazana :)
Aha, po powrocie wszedłem do wspomnianej lodówki, żeby się ogrzać :)








