Wpis na szybko, bo mam dziś dzień wolny, czyli muszę lecieć do pracy, żeby się nie rozleciała :) A że wyjechałem dość późno, bo przed jedenastą, to czasu na głębokie filozoficzno-eschatologiczne wywody nie mam.
Wykonałem klasyczne "kondominium" od strony Dębca przez Luboń, Łęczycę, Puszczykowo, Mosinę, Dymaczewo, Łódź, Rosnowo, Komorniki i Plewiska do domu, zahaczając jeszcze o pracę Żony, żeby przekazać jedną pierdółkę. Stąd minimalnie większy kilometraż. Jako że w nocy był lekki przymrozek, to jazda przez łęczycką ścieżynkę miała dziś dodatkowy, emocjonujący wymiar - wybitnie ekwilibrystyczny. Zamarznięte błotko pomieszane z liśćmi to jest to, co szoszoni lubią najbardziej :) Wiatr wiał niezbyt silnie, ale za to zmiennie - a co to oznacza chyba każdy wie. "Zmienność" bowiem jest dostosowana indywidualnie pod kręcącego, tak, żeby nie miał okazji się za bardzo lenić.
Generalnie obyło się bez przygód, bo zaledwie jeden kierowca chciał ze mnie zrobić papkę, więc nawet nie ma sensu o tym wspominać. A przez całą drogę towarzyszyła mi lekka mgiełka, coś na kształt smogu light.
Też w Kato mieliśmy mgiełkę rano psia mać :D => http://zmniejszacz.pl/zdjecie/2017/11/29/10146787_IMG_20171129_062322_HDR.jpg co lepsze widziałem rowerzystów więc chyba to ja za słaby psychicznie jestem :)
U nas są na szczęście tak krzywe chodniki, że człowiek by przeżyć w zdrowiu (nie liczę oskrzeli;P) raczej nie powinien się zanadto rozglądać po zabytkach, innych atrakcjach oraz ludziach i tych tam na rowerach, bo sobie może własnokrawężnikowo zęby wychlastać.
Czyli taka najgorsza - na rower od biedy by można, ale się nie chce (przez syf ogólny), a jak się idzie i widzi, że ktoś jednak kręci, to się człowiek irytuje :)
U nas pada(ło) od rana. Teraz zaś jest tzw. mgławka - ni to mżawka, ni to mgła. Też zapewne z wysoką zawartością mikroelementów koniecznych do wyplucia oskrzeli, choć sól niefizjologiczna drogowa jeszcze nie dołączyła. W każdym razie jak dla mnie - pogoda wybitnie spacerowa.
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"