Osowiało
Wybrałem się crossem, co finalnie błogosławiłem zdecydowanie, a mój tyłek to już w ogóle - jednak co błotnik to błotnik. Generalnie również trasa, którą sobie wymyśliłem do szosy by się częściowo nie nadawała. Ruszyłem z Dębca przez Luboń do Wirów, gdzie w końcu, po latach prób, odnalazłem skrót na Łęczycę ulicą Dworcową. Gdyby nie kostka byłby całkiem spoko. Następnie Puszczykowo, z którego postanowiłem znów wjechać na Osową Górę, ale tym razem do samego jej końca, czyli po kawałku terenu tak dziurawego, że można by na jego pokonanie zużyć cały słownik słów powszechnie uznanych za wulgarne. W końcu pojawiłem się nad gliniankami i wykonałem obowiązkową fotę na tle wieży widokowej.

Zjazd był fajny, choć wiało w pysk i nie za bardzo się udało rozpędzić. Zresztą mocne powiewy towarzyszyły mi non stop, za wyjątkiem momentów, gdy miały mi pomagać. Przedarłem się przez tunel w Mosinie, a w Żabnie skręciłem drogą przez las do Baranowa, gdzie podziwiałem pięknie wylewającą na okoliczne pola Wartę.

Następnie mijając Sasinowo dotarłem do Mosiny, przejechałem torowisko i... Wrrrróć. Okazało się, że zaatakował mnie znienacka kolejny remont zafundowany przez PKP. Jak zwykle opisany tak perfekcyjnie, że po zwiedzeniu sporego kawałka mosińskich uroczych osiedli musiałem ratować się werbalną pomocą tubylca płci żeńskiej (tubylczyni?). Moje zagubienie widać na filmiku z Relive.
Końcówka to już rower wodny, niemal swoimi śladami, ale w rozkroku - Puszczykowo, Łęczyca, Dębiec. Wyprać ciuchów już nie zdążyłem, więc jakby ktoś poszukiwał całej tablicy minerałów to zapraszam. A już z błocka można skonstruować średniej wielkości bałwanka.
Uff. I tak długa relacja mi wyszła, biorąc pod uwagę to, jak jestem zmasakrowany dzisiejszym dniem w robocie. Cud, że mój wywód nie skończył się na zdaniu: "ruszyłem, przejechałem, wróciłem" :)








