Osowiało

Wtorek, 28 listopada 2017 · Komentarze(10)
Klimacik pogodowy się zrobił. Idealny do powolnego podcinania sobie żył. Zimno, ciemno i ponuro - złota jesień w wersji PL :) Choć nie powiem, mogło być gorzej, bo tylko przez około 50% dzisiejszego wyjazdu padało. Optymista uznałby to za szklankę do połowy pełną, ja tam bym tak nie szalał :)

Wybrałem się crossem, co finalnie błogosławiłem zdecydowanie, a mój tyłek to już w ogóle - jednak co błotnik to błotnik. Generalnie również trasa, którą sobie wymyśliłem do szosy by się częściowo nie nadawała. Ruszyłem z Dębca przez Luboń do Wirów, gdzie w końcu, po latach prób, odnalazłem skrót na Łęczycę ulicą Dworcową. Gdyby nie kostka byłby całkiem spoko. Następnie Puszczykowo, z którego postanowiłem znów wjechać na Osową Górę, ale tym razem do samego jej końca, czyli po kawałku terenu tak dziurawego, że można by na jego pokonanie zużyć cały słownik słów powszechnie uznanych za wulgarne. W końcu pojawiłem się nad gliniankami i wykonałem obowiązkową fotę na tle wieży widokowej.

Zjazd był fajny, choć wiało w pysk i nie za bardzo się udało rozpędzić. Zresztą mocne powiewy towarzyszyły mi non stop, za wyjątkiem momentów, gdy miały mi pomagać. Przedarłem się przez tunel w Mosinie, a w Żabnie skręciłem drogą przez las do Baranowa, gdzie podziwiałem pięknie wylewającą na okoliczne pola Wartę. 

Następnie mijając Sasinowo dotarłem do Mosiny, przejechałem torowisko i... Wrrrróć. Okazało się, że zaatakował mnie znienacka kolejny remont zafundowany przez PKP. Jak zwykle opisany tak perfekcyjnie, że po zwiedzeniu sporego kawałka mosińskich uroczych osiedli musiałem ratować się werbalną pomocą tubylca płci żeńskiej (tubylczyni?). Moje zagubienie widać na filmiku z Relive.

Końcówka to już rower wodny, niemal swoimi śladami, ale w rozkroku - Puszczykowo, Łęczyca, Dębiec. Wyprać ciuchów już nie zdążyłem, więc jakby ktoś poszukiwał całej tablicy minerałów to zapraszam. A już z błocka można skonstruować średniej wielkości bałwanka.

Uff. I tak długa relacja mi wyszła, biorąc pod uwagę to, jak jestem zmasakrowany dzisiejszym dniem w robocie. Cud, że mój wywód nie skończył się na zdaniu: "ruszyłem, przejechałem, wróciłem" :)

Komentarze (10)

Widziałem, gratuluję :)

Trollking 16:49 czwartek, 30 listopada 2017

A dziś, dziś jest w kwestii "przepierdolici" zupełnie nowy dzień... ;) http://huann.bikestats.pl/1637160,Nowy-ANTYREKORD-Hurra.html

huann 12:21 czwartek, 30 listopada 2017

Jest jeszcze gorsza łacińska sentencja, która mówi, że danego dnia nie zrobiło się nic pożytecznego - po łacińsku brzmi "Amici, diem perdidi!", po naszemu "Amici, dzień przepierdici!" - i to własnie rzekłem ja, samemu sobie wczoraj, z racji niejeżdżenia ;)

huann 10:41 czwartek, 30 listopada 2017

Huann - view view view!

Ania - w sumie mogłem takowych użyć. Coraz więcej wyjazdów zaczyna mieć takie motto :)

Trollking 21:01 środa, 29 listopada 2017

Jeszcze trochę i wywód mógłbyś zakończyć słowami: "veni, vidi, vici" :D

anka88 18:22 środa, 29 listopada 2017

Piękny view!

huann 16:54 środa, 29 listopada 2017

Istne wiaterloo :)

Trollking 14:23 środa, 29 listopada 2017

W każdym razie - dość porywające ;D

huann 07:37 środa, 29 listopada 2017

No coś w tym jest. A wiatr to już szczególnie :)

Trollking 22:47 wtorek, 28 listopada 2017

Trasa w kształcie latawca porwanego przez wiatr - tak mi się jakoś skojarzyło.

huann 19:11 wtorek, 28 listopada 2017
Wpisz cztery pierwsze znaki ze słowa pobie

Dozwolone znaczniki [b][/b] i [url=http://adres][/url]