O dziwo, mimo wciąż zimnego i solidnego wiatru z południowego zachodu, jak również temperatury, której ciut brakowało do żaru tropików, jechało mi się dziś całkiem przyzwoicie. Jeden tylko warunek musiał być spełniony - całkowita olewka tematu średniej. Udała się, choć miałem moment karkołomnej rywalizacji ze skuterem - finalnie przegrany, choć przez spory kawałek prowadziłem ucieczkę :)
Trasa jedna z moich ulubionych, czyli "kondominium": Poznań - Luboń - Wiry - Puszczykowo - Mosina - Dymaczewo - Łódź - Stęszew - Szreniawa - Komorniki - Poznań. Obyło się bez większych przygód, jedyne co to chwila przymusowej zadumy przy próbie wjazdu na ścieżkę w Łęczycy od strony Wirów. Spędziłem dobre pięć minut czekając aż łaskawie sygnalizacja świetlna mnie zauważy, co jednak się nie zdarzyło (widocznie rowerzystów nie przewidziano), a że wzdłuż drogi widnieje zakaz jazdy rowerem to w końcu musiałem wybrać mniejsze zło i przekroczyć ulicę na czerwonym. Po raz kolejny dziękuję twórcom "ułatwień" rowerowych za to, że tworzą je tak mądrze i pomagają nam w życiu. Nie zdziwię się jeśli ktoś kiedyś wpadnie na pomysł, że wysypanie na trasie pinezek jest takie prorowerowe, bo przebicie opony zmniejsza ryzyko zderzenia się dwóch pędzących na siebie kolarzy :)
Podczas walki z podmuchami zmierzyłem całą Łódź, tę wielkopolską. Ma prawie półtora kilometra. Prawie, bo brakuje jakichś stu metrów. To takie info dla bajskatowiczów z sąsiedniego województwa, którzy zapewne nie mogli do tej spory zasnąć bez tej informacji :)
Komentarze (8)
Pozostaje mi wierzyć na słowo (pisane), bo nie umieszczasz :)
Ania - no bo chyba ja mam tylko takie zboczenie, że lubię jak jest zbliżona do trzech dych :) ale zimą to mało realne.
Huann - trzeba było wcześniej dać znać, byś się porządnie już wcześniej wyspał :)
JPbike - a całkiem możliwe :) fakt, że jak cisnąłem 40+ to ciężko mi sapało coś za plecami, ale potem jak wyskoczył to już nie dogoniłem. Szatan nie skuter :)
Podczas mojej jazdy po grząskim terenie nawet nie spoglądałam na średnią. I w sumie podczas dojazdu do celu też nie, bo miałam pod wiatr. Spojrzałam w drodze powrotnej, kiedy miałam z wiatrem - wtedy była zbliżona do Twojej :)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"