Konzentrationslager Luboń
Nie miałem za bardzo pomysłu na wybór trasy, bo wiatr z południowego zachodu ostatnio jest tak częsty, że wszystkie stałe kierunki mi się już objadły. Gdy po wyjechaniu z Poznania zawitałem w Luboniu, postanowiłem więc lekko zmodyfikować codziennie wybierane szlaki i ruszyłem rzadko używaną przeze mną DDR-ką wzdłuż A2. Rozglądałem się dokoła i nagle przyuważyłem pewien element - wieżę strażniczą - który przypomniał mi o zaległym, wciąż nieodwiedzonym miejscu w lubońskim Żabikowie. Przejechałem na drugą stronę autostrady i znalazłem się przed mrocznym miejscem, które w końcu miałem okazję zobaczyć z bliska.
Było nim Muzeum Martyrologiczne, położone na terenie byłego nazistowskiego obozu karno-śledczego. Mało kto o nim słyszał, gdyż położone jest na zdecydowanie mało atrakcyjnym turystycznie obszarze.



Sam obóz karny (nie koncentracyjny, więc tytuł wpisu nie jest precyzyjny) istniał od 1943 roku praktycznie do końca wojny. Trafiali do niego wszyscy podejrzani o cokolwiek, co nie było zgodne z nazistowskim, dość specyficznym podejściem do życia. Wielu zostało tu na zawsze, choćby członkowie AK czy Szarych Szeregów rozstrzelani w masowych egzekucjach wykonanych przez SS. Zdarzało się też - co typowe dla przesłuchań organizowanych przez Gestapo - topienie w basenie przeciwpożarowym czy zamykanie w klatkach z drutu kolczastego. Jedną z lżejszych kar było takie oto miejsce odosobnienia (jak widać "uszanowane" przez współczesnych rodaków):

Stąd kierowano do "właściwych" obozów Polaków i Żydów, a w dniu jego likwidacji spalono żywcem w jednym z baraków około osiemdziesięciu więźniów niezdolnych do marszu...
Jeszcze wcześniej m.in. w tym miejscu znajdował się obóz o innym statusie, gdzie zwożono Żydów z gett w całej Polsce. To m.in. dzięki ich niewolniczej pracy możemy poruszać się wygodnie położoną kilkadziesiąt metrów dalej autostradą A2. Warunki były praktycznie takie same jak w Auschwitz, więc śmierć z wycieńczenia była codziennością. Pozostał pomnik...

...oraz tablice z hebrajskimi napisami.


W zadumie spędziłem tam dobrych kilkanaście minut, z masą myśli w głowie na temat tego, co człowiek może zafundować drugiemu pod wpływem chorych ideologii. Niech takie miejsca będą ostrzeżeniem dla współczesnych bezmózgów z hasłami na sztandarach o "Europie tylko białej" i wyższości rasy. Nie mam też wątpliwości, że te kilkadziesiąt lat temu ci sami zwolennicy segregacji czekali by grzecznie w kolejce do gazu, jeszcze pilnując w niej porządku.
Żałowałem, że nie wziąłem blokady i nie miałem jak zostawić roweru, bo w widocznych budynkach znajduje się wystawa, są też muzealnicy, którzy na pewno mają do przekazania wiele ciekawych informacji. Będę musiał nadrobić - przecież obiekt znajduje się zaledwie kilka kilometrów w linii prostej od mojego domu...


Reszta trasy to kurs przez Komorniki, Szreniawę, Rosnówko, znów Komorniki, Głuchowo, Gołuski, gdzie postanowiłem sprawdzić co się stanie, gdy zajmę się rozwiązywaniem tematu nieogarniętego, czyli serwisówek. Cóż... Jak widać :)

Dalej nie ryzykowałem, tym bardziej, że zaczęło mżyć, więc zawróciłem i przez Palędzie, Dąbrówkę oraz Zakrzewo dokręciłem do drogi numer 307, którą prosto dotarłem do Bukowskiej. Pokonałem ją w całości po raz pierwszy prawie ciągłą linią DDR-ek, pasów dla rowerów oraz buspasów. Crossem da się nawet nimi dość płynnie przejechać, o dziwo. Szosą pewnie nie do końca, bo np. jeden fragment kończy się na płocie :)

Przy Kaponierze i Bałtyku zakwitłem na światłach, była więc okazja sfocenia zabytkowej iglicy Międzynarodowych Targów Poznańskich.

Od dwudziestego kilometra miałem za towarzysza regularny deszczyk. Ale że ani się nie spieszyłem, ani nie chciało mi się wybierać elementów typu smaczny żwirek z zębów, to spokojnym tempem wykonałem swoje. Mimo to pralka była bardzo zadowolona, gdy mnie zobaczyła :)
Gdyby ktoś chciał poczytać więcej na temat obozu w Luboniu-Żabikowie, pod tym LINKIEM znajduje się strona Muzeum.








