Antyrekord
Właśnie szosę wybrałem dziś za wkładkę pod tyłek, głównie dlatego, że już się za jazdą nią stęskniłem, a poza tym wyglądało na to, że nie będzie padać. Zacząłem żałować swojej decyzji dopiero po minięciu Plewisk, gdy znalazłem się na otwartej przestrzeni dróg serwisowych. Napisać, że mną pomiatało byłoby słowną pieszczotą. Przykładowo: zjazd z wiaduktu polegał na tym, że cisnąć ile wlezie rozpędziłem się do… 22 km/h. Kwestii podjazdu nawet nie będę poruszał, bo wstyd.
Zakrzewo, Sierosław, Więckowice – to trzy miejscowości zawierające w sobie walkę o przetrwanie. Pomiędzy Fiałkowem a Dopiewem było nawet spoko, ale już ostatni, dwudziestokilometrowy odcinek przez Palędzie, Gołuski i znów Plewiska do Poznania to kolejny wymiar rzezi, ale tym razem bocznej. Miało być z górki, a wyszło jak zwykle. I co ciekawe – tak jak w te mniej wietrzne dni bez problemów przekraczam 50 km/h prędkości maksymalnej, tak dziś, przy resztkach orkanu, ledwo mi się to udało.
Jeśli dodać, że mimo niezjechanej jeszcze kasety coś mi przeskakuje w napędzie (jak to wpływa na motywację w stąpaniu na pedały chyba wie każdy), to wyłania się w miarę klarowny obraz mojego dzisiejszego delektowania się jazdą. Sądzę, że smak niedosmażonego naleśnika polanego dżemem brzoskwiniowym oraz musztardą będzie idealną kulinarną alegorią :)
Cóż, również porażki trzeba brać na klatę. Za to był jeden plus – schizolski wygląd nieba. Oraz padający przez chwilę niewielki… śnieg :)










