Człowiek doświadczony
Wczoraj przegrałem z deszczem (jedynie godzinny kurs na stacjonarnym chomiku, wykonane 33 km), dziś na szczęście udało się wyjechać, ale przyjemności w tym było tyle, ile miał słodziutki, maleńki prosiaczek z tego, że został kotletem. W roli rzeźnika wystąpił dawno niewidziany gnojek, czyli wiatr. Niby zachodni, ale realnie zmienny i naprawdę solidny (momentami nie mogłem przekroczyć prędkości większej niż 22-23 km/h).
Trasa dziś lekko zakręcona, z powodu objazdów. Z Dębca przez Luboń, Wiry i Komorniki, potem do Plewisk, serwisówkami do Gołusek, Palędzia i Dopiewa, tam skręt do Konarzewa, skąd znów wróciłem do Palędzia oraz Gołusek, a już inną drogą dotarłem do Plewisk i wróciłem do domu.
Jeden dzionek bez roweru i prawie zapomniałem, że poruszam się prawie codziennie wśród innych tubylców, ludzi, którzy w znacznej części powinni mieć genetyczny zakaz prowadzenia czegokolwiek, czyli mieszkańców wschodniej Europy, względnie zachodniej Azji. Polacy, Ukraińcy, Rosjanie – jeden pies, po co ryzykować jedynie swoim życiem, skoro można czimś? Najpierw między Dopiewem a Konarzewem przyuważyłem traktor, zza którego zaczął się wyłaniać SUV, najpierw ostrożnie, żeby sprawdzić, czy nic nie jedzie z naprzeciwka, potem, gdy upewnił się, że owszem, jadę... zaczął wyprzedzać. Finalnie minęliśmy się prawie ocierając uszko o lusterko, a to tylko dlatego, że przyhamowałem. Potem, przed Plewiskami, na zakręcie drogi tak wąskiej, że nawet nie opłaca się malować pasów, wyprzedziły mnie na raz dwa samochody, w tym jeden dostawczy. Pobocze, jak dobrze, że istniejesz...
Za to już na zupełnym luzie, płynnie i dziarsko, pamiętając o tym, co było za mną, minąłem się kawałek dalej z takim oto sympatycznym bolidem (fota niewyraźna, więc może nie widać, że jechał w moim kierunku). Doświadczenie robi swoje :)

A jutro znów ma padać... :/








