Klaksonoklasyk
Wykonałem klasyk "na zachód", z Dębca przez Luboń, Wiry, Komorniki, Szreniawę, Chomęcice, Konarzewo, Trzcielin, Dopiewo, Palędzie, Dąbrówkę, Plewiska i do domu. Prócz tego, co ostatnio codziennością, sporo dziś naoglądałem się uprzejmości kierowców, tym razem jednak skierowanej wobec siebie, a nie rowerzystów. Skoro już muszą to lepiej w tę stronę :) Miałem wrażenie, iż dźwięk klaksonu to jakiś element niezbędny do zmiany biegu, a pojawił się również i jeden środkowy palec jako międzynarodowy znak pozdrowienia użytkownika jednego z czterech kółek wobec drugiego. Słodziutko, jak zwykle w tej naszej "Polsce Chrystusem narodów" :) A, pomiędzy Konarzewem i Trzcielinem przyuważyłem ciężki sprzęt i już się cieszyłem, że może ktoś się wziął w końcu za naprawę nawierzchni, bo tamtejsze dziury sięgają prawie jądra ziemi, ale gdzie tam, ekipa była zajęta ważniejszymi sprawami. Czyli cięli... wSzyszko w normie.
Tak w ogóle to dzień miałem wolny, więc ani przez chwilę nie odpocząłęm. Musiałem odwiedzić kilka miejsc, jak również pójść na kolejny etap wojny z firmą od rozliczania wodomierzy. Walczę z nimi od roku niczym Dawid z Goliatem. Oddałem też w końcu crossa do serwisu, bo gdy wykonałem nim testowo jazdę próbną to jedyne co mogłem uznać za w miarę sprawne to koszyczek od bidonu :) Przy pomyślnych wiatrach odzyskam go w piątek, jak nie to... nawet nie chcę myśleć.








