Eksperymenty
Ruszyłem w okolicach wpół do jedenastej, gdy chmury przelatywały nade mną z prędkością kosmiczną, raz ciemniejsza, raz jaśniejsza, ale na moje nie były one specjalnie groźne. W przeciwieństwie do wiatru, który walił dziś ostro, przez dobre trzydzieści kilometrów robiąc ze mnie mentalną miazgę. I tu proszę mi nie wmawiać, że to były jakieś podmuchy powietrza czy inne wynalazki - to była regularna rzeź. A że kręciłem crossem, czyli średnią miałem... no tam gdzie miałem, to postanowiłem wykonać kilka eksperymentów na stałej trasie "kondomikowej" z Poznania przez Komorniki, Stęszew, Mosinę i Luboń do Poznania.
Najpierw odnalazłem objazd Głogowskiej bardziej przy samych Szachtach, całkiem fajny. Potem w końcu postanowiłem zatrzymać się na chwilę w tunelu na krajowej piątce, która przedziela Wielkopolski Park Narodowy. Nie wiem czemu, ale zawsze mi się podobał i tym samym oddaję mu hołd umieszczając we wpisie ;)

Zaraz za nim zrobiłem coś, na co w normalny dzień bym sobie nie pozwolił, czyli pierwszy i ostatni raz pojawiłem się na położonej po prawej DDR-ce, mającej łącznie może z 200 metrów. Co w niej takiego wyjątkowego? Ano to, że powstała może ze dwa czy trzy miesiące temu w miejscowości Dębienko i jest na pewno dumnym dzieckiem tutejszego sołtysa. Oznaczona jest z obydwu stron niebieskimi znakami, zrobiono ją z najbardziej klasycznej z klasycznych kostek, no i nie zapomniano o słupku na samym jej środku. Brawo, polska myśl techniczna nie umarła nawet w drugiej dekadzie dwudziestego pierwszego wieku! :) Wjechałem, wyjechałem, wyparłem.

Sorry za jakość, ale zdjęcie robiłem jadąc i kombinowałem jak nie wpaść na biało-czerwoność ;)
Aha, kilka kilometrów wcześniej, na parkingu leśnym mijałem grzybiarkę. Nie ma co, to się nazywa mieć święta dosłownie do d... :)
Skoro już szalałem z eksperymentami to jeszcze postanowiłem pomiędzy Łodzią a Dymaczewem przekonać co kryje się na końcu jednej z bocznych dróg. Według reklam miał się tam znajdować trzygwiazdkowy hotel oraz restauracja z widokiem na Jezioro Dymaczewskie. No i pewnie się znajdowały, w okolice hotelu dotarłem fajną leśną drogą, ale był zamknięty na cztery spusty, natomiast restauracja, położona w drugiej odnodze była.... zamknięta na cztery spusty. Do tego otoczona zasiekami, których nie powstydziłby się Antoni chroniący przed spadającymi zdradziecko w zamachach tupolewami. Finalnie z nosem na kwintę zawróciłem, nie widząc w tym rejonie nie tylko jeziora, ale nawet kałuży (tych więcej było na asfalcie, którym jechałem).
Postanowiłem odbić sobie ten zawód nawiedzając ostatni raz w tym roku Osową Górę. Jak zwykle wjazd na nią z czołgiem pod tyłkiem przypominał wleczenie ze sobą solidnego słonia, ale na górze mogłem w nagrodę cyknąć sobie pożegnalną osową fotę a.d. 2016. Tu przynajmniej była jakaś woda :)

Zjazd był poezją, a końcówka trasy przez Puszczykowo, Łęczycę i Luboń chwilą na nadrobienie żałosnego, leniwego wyniku z poprzednich etapów. Udało się o tyle o ile, ale nie to było dziś ważne. Jechałem na luzie, w miesiącu, gdy większość odwiesiła swoje rowery na hakach, co zresztą było widać po frekwencji (jeden cyklista mijany, dwóch gdzieś w oddali), skręcając z powodu sporej ilości czasu tam, gdzie wcześniej mnie nie było... Lubię to :)








