Audiobookowa żałoba
Nie było dziś łatwo, oj nie było. Nie tylko pod względem pogodowym. Jak zwykle zakwitłem w Luboniu, i to dwukrotnie, bo tamtejsze dylematy moralne (galeria, McDonald's, Netto/Biedronka czy outlet) trwają od rana do zaawansowanego czasu po południu, a w Mosinie zostałem zaskoczony (z tego co widziałem nie tylko ja) po raz kolejny remontem i zamkniętym dla ruchu przejazdem kolejowym, przez co do "treningu" rowerowego miałem dziś dołączony spacer, wspinaczkę oraz dźwiganie nie-ciężarów. Zresztą wracając, pomny nauczki postanowiłem przejechać objazdem przez Puszczykowo, który gdy się skończył zadziwił mnie po raz kolejny tego dnia widokiem... remontu i zamkniętego dla ruchu przejazdu kolejowego. Czekała mnie powtórka z rozrywki, choć już w ciut bardziej cywilizowanych warunkach, bo blisko stacji. Mają rozmach, s..., eee, kolejarze :) Po tych atrakcjach straciłem całkowicie serce do szybkiej jazdy i pedałowałem sobie iście rekreacyjnie.
Niestety skończyły mi się już audiobookowe zapasy Sapkowskiego. I jest ból :( Dawkowałem sobie "Wiedźmina" jak doświadczony ćpun ziarenka maku, ale i tak nastąpił koniec, czyli zabrzmiały ostatnie zdania w "Sezonie burz". Przesłuchanie wszystkich tomów zajęło mi ponad pięć miesięcy, a bohaterowie sagi towarzyszyli mi przez całe wakacje i spory kawałek jesieni. Jeśli dołączyć do tego "Trylogię husycką" to rok 2016 mogę oficjalnie uznać u siebie za rok Sapkowskiego. A że ostatnia wspomniana pozycja plus dwie "wiedźmińskie" były genialnie nagranymi słuchowiskami to moja żałoba jest nie do opisania i aktualnie rozważam czy dać na sobie wykonać późną aborcję (póki jeszcze jakąkolwiek można) czy poprzestanę na klasycznym podcięciu żył :)
A tak wyglądają smakowite książki w trakcie przerabiania ich z formy doocznej na douszną:








