Rowerem do Krokowej, czyli wielka cywilizacja na małym zadupiu
Po wczorajszym ludzko-ścieżkowo-kostkowym koszmarze podczas drogi na Hel miałem ochotę lekko odżyć, więc postanowiłem uciec od morza. Kierunek mógł być tylko jeden - zachodni, bo na południe od Władka też było morze, a na północ bardziej się już nie dało :) Pierwsze rowerowe kroki skierowałem na Swarzewo, gdzie dotarłem jeszcze przez korkami. Następnie skręciłem na Gnieżdżewo i tym samym po minięciu tych metropolii znalazłem się w krainie wiatraków, które doprowadziły mnie do Łebcza.

Tam przypomniałem sobie o kawałku znakomitej drogi rowerowej, którą odkryłem w poniedziałek, odnalazłem więc znów szlak i z radością stwierdziłem po przeanalizowaniu przydrożnej mapy, że dojadę nią aż do wstępnego celu wybranego jeszcze w pensjonacie na mapie, czyli do miejscowości Krokowa. Zdjęcia tablicy nie zrobiłem, więc dokonam samokradzieży praw autorskich i wkleję to z przedwczoraj :)

Minąłem miejsce widoczne powyżej, czyli Starzyński Dwór i ruszyłem dalej w nieznane. Od tego momentu nie wierzyłem własnym oczom. Jechałem bowiem GENIALNĄ ddr-ką wytyczoną w miejscu zlikwidowanej trasy kolejowej, która po pierwsze była w 100% z masy bitumicznej, po drugie położona w odległości od zabudowań, po trzecie niezwykle malownicza, a po czwarte - pusta... Minąłem się tylko z kilkoma rowerzystami, w tym z dwoma szoszonami. Zresztą, co tu dużo gadać - spójrzcie. Prócz może czasem zbyt gorliwie ustawionych słupków na skrzyżowaniach z drogami publicznymi (i to naprawdę małej ich ilości) jeśli ktoś chce się do czegoś przyczepić to... śmiało. Nawet ja nie byłem w stanie :)




Z rozdziawioną papą dotarłem do jej końca. Czas mnie gonił, więc w Krokowej cyknąłem tylko z daleka wieże kościoła p.w. św. Katarzyny Aleksandryjskiej, a po fakcie okazało się, że wart zobaczenia był jeszcze zespół pałacowy. No cóż, być może następnym razem.

Zawróciłem, mając przed sobą już lekko oślepiające słońce i końcówkę "Czasu pogardy" Sapkowskiego. Nie mogłem znaleźć lepszych okoliczności, bo jedno z drugim uzupełniało się doskonale.


Wracałem swoimi śladami, z prawdziwym smutkiem żegnając tę przepiękną wyspę komfortu dla rowerzysty na polskiej pustyni miażdżenia nas i stresu na każdym stąpnięciu pedała. Ścieżka jak wyczytałem powstała w 2011 roku, czyli ma już pięć lat, a jak się przekonałem jest niemal nieznana. Mnie to akurat cieszy, bo znalezienie momentu ciszy w mekce komerchy i tandety, jakim jest polskie morze w sezonie to jak odkrycie nowej, lepszej Ameryki. I to dosłownie, bo obok Sulicic znajduje się miejscowość o tej nazwie :) Ponad trzydzieści kilometrów cywilizacji - to wciąż szokuje w naszym kraju. Brawo, brawo, brawo!
A tymczasem we Władku:

To moje ostatnie zdjęcie znad morza w tym roku, przynajmniej wakacyjne, zrobione o dziesiątej rano. Zgodnie z planem wróciliśmy bowiem dziś do Poznania. Osobiście nie dałbym rady wytrzymać już tam ani połowy dnia dłużej. Czuję się mentalnie zgwałcony i dousznie spenetrowany samochodami puszczającymi w ramach zachęty do jakiegoś spędu disco-polo. Oczy i trzewia mnie bolą od widoku wielkich bebechów bezwstydnie wałęsających się nie tylko po plaży, ale i po mieście. I narąbanych penerów w hicie sezonu, czyli koszulkach z dnia na dzień coraz bardziej wyklętych.
A Pomorskie rowerowo? Pełne paradoksów. Piękne widoki mieszają się tu z paskudztwem tego, co oferuje sobą część nadmorskich miejscowości. Morze jak zwykle kusi, nęci i zachwyca, ale w przypadku perspektywy ponownego odwiedzenia choćby drogi na Hel musiałbym wziąć na starcie relanium. No i ten dzisiejszy luksus ścieżkowy jako kontrast dla wczorajszej rzeźni... Chyba po prostu jeżdżenia tutaj trzeba się nauczyć :)
PS. Dzisiejszy wpis zawiera wyjątkowo jeszcze 5 kilometrów dojazdu z Poznania Shity Centre do domu. Umieszczam, bo zapomniałem wymontować licznika i niech już tak zostanie :)








