Bo z pedałami...
Niedziela, 24 lipca 2016
· Komentarze(2)
...nigdy nie wie, oj nie wie się...
Jakoś tak to szło. Od razu uprzedzam pytania bardziej
narodoowo-żołnierzowyklęto-antyciapato/lewusowo-smoleńskiej
młodzieży - nie, nie chodzi o okazję do spałowania uczestników
jakieś tam parady :) Ale do sedna.
Świadom, że triathlon wciąż trwa i przejechać przez miasto bez trwałych ubyktów na psychice się nie da, ruszyłem na południe, w akompaniamencie bocznego, wschodniego podmuchu. W sumie jechało się przyzwoicie, nawet Starołęcką łyknąłem bez problemu, olewając wszelakie ścieżki, mając świadomość, że wszelkie siły policyjne zostały rzucone na północ Poznania i mandacik mi raczej nie grozi. Tak dotarłem do Czapur, Wiórka, Rogalinka, skręciłem na Rogalin, a zawróciłem w Mieczewie. Wtedy właśnie zablokował mi się – jak na złość, bo po ostatniej reklamacji z powodu pośpiechu wymieniłem tylko prawy – tym razem lewy pedał. I to tak, że praktycznie nie dało się jechać, bo stopy nie można było za cholerę ułożyć. Co chwilę więc stawałem i jakoś tam udawało się wyrównać ułożenie, ale w końcu musiałem się zatrzymać i zweryfikować w czym rzecz. Okazało się, że odpadł jakiś element mocujący, środek przetransportował się na gwint i blokował całość. Naprawa nie wchodziła w grę, więc zastosowałem najlepszą, odwiecznie stosowaną metodę. Czyli na kopa. Zadziałało o tyle, że dało się dalej jechać, mało komfortowo, ale do przodu. Tym samym po minięciu Rogalinka, Puszczykowa i Lubonia dotarłem do domu.
Gdy tak walczyłem ze sprzętem, jadąc ulicą Wczasową w Puszczykowie usłyszałem przeciągle trąbienie ze strony jakiegoś troglo w puszce, według którego ścieżka po przeciwnej stronie mojego toru jazdy to też szlak, do którego powinienem się przytulić. W tej całej mojej irytacji puściło mi wszystkie werbalne hamulce i szanowny pan kierowca otrzymał ode mnie tak samo przeciągłą litanię. Niestety się nie zatrzymał, bo w afekcie chciałem już sprawdzać czy może nie da się całkowicie naprawić defektu na jakimś tam elemencie jego czterech kółek.
Stan większej „pedałowej” równowagi udało mi się przywołać dopiero w domu, przed wyjściem do pracy. Za pomocą młotka ;) Oj, pechową partię trafiłem, nie ma co...
Świadom, że triathlon wciąż trwa i przejechać przez miasto bez trwałych ubyktów na psychice się nie da, ruszyłem na południe, w akompaniamencie bocznego, wschodniego podmuchu. W sumie jechało się przyzwoicie, nawet Starołęcką łyknąłem bez problemu, olewając wszelakie ścieżki, mając świadomość, że wszelkie siły policyjne zostały rzucone na północ Poznania i mandacik mi raczej nie grozi. Tak dotarłem do Czapur, Wiórka, Rogalinka, skręciłem na Rogalin, a zawróciłem w Mieczewie. Wtedy właśnie zablokował mi się – jak na złość, bo po ostatniej reklamacji z powodu pośpiechu wymieniłem tylko prawy – tym razem lewy pedał. I to tak, że praktycznie nie dało się jechać, bo stopy nie można było za cholerę ułożyć. Co chwilę więc stawałem i jakoś tam udawało się wyrównać ułożenie, ale w końcu musiałem się zatrzymać i zweryfikować w czym rzecz. Okazało się, że odpadł jakiś element mocujący, środek przetransportował się na gwint i blokował całość. Naprawa nie wchodziła w grę, więc zastosowałem najlepszą, odwiecznie stosowaną metodę. Czyli na kopa. Zadziałało o tyle, że dało się dalej jechać, mało komfortowo, ale do przodu. Tym samym po minięciu Rogalinka, Puszczykowa i Lubonia dotarłem do domu.
Gdy tak walczyłem ze sprzętem, jadąc ulicą Wczasową w Puszczykowie usłyszałem przeciągle trąbienie ze strony jakiegoś troglo w puszce, według którego ścieżka po przeciwnej stronie mojego toru jazdy to też szlak, do którego powinienem się przytulić. W tej całej mojej irytacji puściło mi wszystkie werbalne hamulce i szanowny pan kierowca otrzymał ode mnie tak samo przeciągłą litanię. Niestety się nie zatrzymał, bo w afekcie chciałem już sprawdzać czy może nie da się całkowicie naprawić defektu na jakimś tam elemencie jego czterech kółek.
Stan większej „pedałowej” równowagi udało mi się przywołać dopiero w domu, przed wyjściem do pracy. Za pomocą młotka ;) Oj, pechową partię trafiłem, nie ma co...








