Rodzinnie muss sein :)
Najpierw jednak kursik rowerem. Pogoda zrobiła się zacna - słonecznie, kilkanaście na plusie, wiatr już do zjedzenia. Do tego drogi genialnie puste, więc nawet Starołęcka, od której zacząłem przejazd nie gryzła. Zresztą cała trasa - do Krzesin, Tulec, Gowarzewa, Siekierek, Palędzia, zakrętu na Swarzędz, Antoninek i Poznań - przebiegła zadziwiająco bezkonfliktowo, a mimo że spory jej kawałek była "czystym" miastem to udało się w końcu wykręcić jakąś w miarę normalną średnią. Do cholery, czemu świąt nie ma codziennie? No czemu? :) Tylko czerwone światła działały jak zwykle, o czym miałem okazję porozmawiać z sympatycznym szosowcem zaopatrzonym w lemondkę oraz zamontowanym przy niej zestawie pitnym przy Garbarach.
Wróćmy do pierwszego akapitu. Jestem mile zaskoczony pozytywnym odbiorem południowej części Wielkopolski przez moją familię (zaciąg jeleniogórsko-łódzki, na razie czujki bardziej proprzyrodnicze), która co jednostka ma inne wymagania, a i turystycznych wypraw za sobą niemało. Tu bez szemrania zachwycili się Jeziorem Kociołek i "górskimi" etapami docierania doń, przyszłościowo zaakceptowali drezynę na Osową Górę, jak i same jej okolice, z fascynacją połykali muzealne truchła Muzeum Przyrodniczego w Grajzerówce (foto nr 3), a zachwyty Taty nad ilością ptactwa oraz zwierzyny do sfotografowania przy kawałku Warty oraz baigen w Radzewicach (czyli miejscówce noclegowej) powodowały, że rosło serce :)
Jutro pewnie w końcu się wyśpię. Mam przynajmniej taką nadzieję.












