O deszczu, co to go nie było
Niestety w pakiecie był też wiatr. Wiatr? Sorry. Huragan, który urywał mi na trasie wszystko. A najbardziej zapał do pokonywania kolejnych kilometrów. I tak przez 2/3 trasy, dokładnie takiej jak wczoraj, tyle że w odwrotnym kierunku i z małymi korektami (Poznań - Luboń - Wiry - Szreniawa - Konarzewo - Trzcielin - Dopiewo - Gołuski serwisówką - Plewiska - Poznań), starałem się nabrać jak najbardziej aerodynamicznej pozycji, ale szuranie kaskiem po asfalcie niespecjalnie wpływało na widoczność :) Przyznać jednak trzeba, że jakieś 8 kilometrów z tych 54 wiatr nie przeszkadzał. Bo o jego pomocy nie zamierzam napisać, coby się nie ośmieszyć historią rodem z powieści science-fiction.
Gdy w Komornikach zaświeciło się na dwa dwa samochody przede mną czerwone światło, a z doświadczenia wiem, że oznacza to dobre kilka minut leżakowania, chciałem być mądrzejszy niż ustawa przewiduje i postanowiłem skorzystać z kawałka chodnika oraz przejścia dla pieszych. W sumie nawet dwóch. Efekt był taki, że zanim udało mi się przejecha... przejść na drugą stronę to dawno już zrobiły to samochody, które wcześniej stały za mną. Brawo ja. Za to odbyłem ożywioną i konstruktywną dyskusję z towarzyszącą mi na światłach autochtonką na temat irracjonalności tego, co dzieje się w tych okolicach (odwieczne korki) i jako wybitni eksperci od budowlanki roztoczyliśmy szeroko zakrojony plan rozwoju cywilizacyjnego. Niestety całość rozmyła się w teorii, bo na 5 sekund włączyło się zielone i można było ruszać :)
Z innych wydarzeń: w Dąbrówce jakiś nowo-wiejski, czyli zapewne mieszkaniec świeżutkiego osiedla w tej miejscowości, tak się spieszył z wyjazdem z jednej z bocznych uliczek, że ów manewr zaczął jeszcze gdy moje przednie koło było na równi z maską jego puszki. Byłem co prawda lekko głodny, bo śniadania nie jadłem. ale preferuję raczej coś bardziej namacalnego niż porcję adrenaliny. Zrewanżowałem się solidną dawką łaciny.








