Sam i swój
Celem wycieczki było dziś miejsce jednakowoż kultowe, jak i zapyziałe. Wszystkim, którzy bez czytania tego zdania zgadli, że chodzi o Lubomierz, czyli miasteczko znane z tego, że jest znane z "Samych swoich" - gratuluję :) Położone toto jest z boku od wszystkiego, a odżywa tylko raz do roku, podczas Ogólnopolskiego Festiwalu Filmów Komediowych. Trafić niełatwo, ale mimo wszystko warto, bo okolica to prawdziwy polski trzeci świat i śmiało mogłaby służyć za żywy skansen.
Kręciłem przez Pasiecznik, następnie Wojciechów i zadupiami dotarłem do stolicy Kargula i Pawlaka. Trasa jest o tyle zadziwiająca, że ma się wrażenie, że w 90% prowadzi pod górę i pod wiatr. A może to nie tylko wrażenie? W każdym razie hopek z gatunku XXXXXL jest tam sporo, czemu tylko wszystkie prowadzą pod górę? Ostatni etap to istna ścieżka tropem niebieskich kapliczek, takich jak na zdjęciu poniżej.


W samym Lubomierzu spotkałem dobrych znajomych, wciąż żywych...

...oraz panteon gwiazd, niekoniecznie wszystkich żywych. Dla tych ze słabym wzrokiem napiszę, że w miasteczku pojawili się m.in. Cybulski, Lorenc, Dębski, Dymna, Śleszyńska, Chęciński, Lubaszenko, Kuc, Siudym, Mikulski, Celińska, Kilar, Tym, i wielu, wielu innych. W tym i ja na swoim trupie :)

Oto panorama Lubomierza. Nie ma co, do najbardziej imponujących nie należy:

Zaliczyłem jeszcze dla kontrastu naprawdę imponujący - Kościół Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny i św. Maternusa w Lubomierzu. Imponująca jest też długość nazwy :)


Tyle było zwiedzania. Pokręciłem się jeszcze kawałek po okolicy, spotkałem i pozdrowiłem kolarza z gatunku "sympatyczny pan na rowerze w wieku lekko ponad średnim" i zawróciłem. Tą samą drogą, po tych samych górkach, pod ten sam wiatr i znów pod górę. I - na końcu - znów z tym samym deszczykiem. Kocham tę trasę :)









