Dziś zafundowałem sobie hardkora w poznańskiej wersji, czyli caaaaaalutkie miasto od południa aż na północ (i z powrotem) a potem nasze "górki" (he he he i jeszcze raz he) między Moraskiem i Suchym Lasem. Dawno tam nie byłem, więc jechałem ze świeżością poznawczą, choć de facto ciężko spodziewać się nowości po blokowisku i po lesie :)
Pokonywanie tej naszej metropolii to szkolenie techniki żabich skoków - więcej stania na światłach niż samej jazdy (wystarczy spojrzeć na wykres). Chwilą oddechu był kurs przez Sołacz, choć umieszczone tam zakazy jazdy rowerem (taka polska moda) lekko mnie skonfundowały. Odżyłem na moraskich hopkach, które są jak oazy na pustyni, za co szanownemu meteorytowi, który raczył spaść tu jakieś pięć tysięcy lat temu w tym miejscu dziękuję. Dojechałem do Złotkowa, tam zakręciłem i próbowałem włączyć się do ruchu, co zajęło mi dobre pięć minut. Dzięki temu obejrzałem sobie chyba wszystkie marki TIR-ów jeżdżących po polskich drogach.
Wróciłem na Dębiec znów przez ten sam "świetlisty szlak" - masakra. Ale w sumie wycieczkę uznaję za udaną - jak na moje już na 100% zachodnia obwodnica Poznania odciążyła miasto od największych i najgorszych korków. Tylko przyklasnąć, i to szczerze.
Niedaleko domu udało mi się jeszcze zrobić zdjęcie naszym dzielnym Strażnikom Miejskim podczas mrożącej krew w żyłach interwencji, obowiązkowo przy zapalonych migaczach. Dobrze jest wiedzieć, że moje pieniądze nie idą na marne, a ja osobiście czuję się bezpieczniej po spisaniu terrorysty handlującego stanikami i kozakami.
Komentarze (8)
Księgowy - tak, tak. Wiara w ludzi fajna rzecz :) Poza tym strażnicy nie mają żon, która by chciała być takim pośmiewiskiem na mieście? ;)
Być może, być może... ale nie wiem jak cała ta obława a''la GROM się skończyła, mogę ewentualnie wracając z pracy zobaczyć czy ślady krwi zostały już usunięte :)
Widać przyszły nowe rozkazy di SM i nie strzelali bez rozeznania terenu, a nawet poszli zapytać czy czegoś nie ćwiczył w przeszłości sprzedawca ze straganu, aby mogli bez obaw o swoje zdrowie użyć chwytu obezwładniającego :-)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"