Bezmózg z SUVA ostro zasuwa
Pierwsze co poczułem po wyjściu na dwór to mocny, bardzo silny podmuch wiatru, który towarzyszył mi już całą drogę, tylko pod koniec trochę pomagając. Na trzecim kilometrze pochowałem tylny błotnik pod akurat stojącym przydrożnym krzyżem - odpadło mocowanie i nie dało się już nic z nim zrobić. Trochę ze mną przejechał, ale że wyglądał jak wyglądał to specjalnie po nim nie płakałem :)
Jako że jechałem przez Górczyn to na wysokości usytuowanej tam giełdy odzieżowej jak zawsze załączył mi się radar ostrzegawczy. I bardzo dobrze - najpierw bym przejechał paniusię idąca samym środkiem DDR-ki, a potem jakaś tępa dzida w białym SUV-ie, która ewidentnie musiała widzieć, że jadę ścieżką na jej wysokości, próbowała skręcić na giełdę jakbym nie istniał, wymuszając pierwszeństwo i w gratisie próbując zrobić ze mnie krwawy placuszek. Nie ze mną te numery, lekko tylko skorygowałem tor jazdy i krzyknąłem troglodytce obrazową krótką paralelą w języku łacińskim co myślę o jej sposobie prowadzenia. Prowadzenia SIĘ, a nie samochodu. Eh, gdyby taka sytuacja trafiła mnie tam pierwszy raz to trudno, pewnie przypadek, ale połączenie: samochód + wypindrzona paniusia + giełda odzieżowa wzbudza we mnie już po tylu latach palpitacje serca mocniejsze niż ekstremalny downhill bez ochraniaczy.
Trasa dzisiejsza - klasyk ("kondomik" przez Stęszew, Łódź, Mosinę, Puszczykowo). Średnia dzisiejsza - marność nad marnościami. Ale śnieżek (który na szczęście potem ustąpił) i wiatrzysko mnie tam jakoś tłumaczy.
A paniusię w białym SUV-ie zobaczyłem raz jeszcze wracając, w okolicach Łęczycy. Skręcała z Lubonia na Mosinę, co w pewnym sensie wyjaśniło mi kilka spraw :)








