Pierwszy
raz zaczynam pisanie wpisu do Bikeloga z... kolejki. I to nie byle jakiej, bo
kolejki w oczekiwaniu na doładowanie słynnej karty PEKA. Kto jest
spoza Poznania i jeszcze nie słyszał o tym megabublu, który
zakorkował wszystkie dostępne w mieście punkty obsługi klienta
ZTM ten niech wklepie sobie w góglu te słynne cztery litery i
spośród steków całkowicie uzasadnionych bluzgów wybierze sobie
pierwsze tysiąc punktów spod znaku "co zostało spieprzone".
Ja napiszę tylko tyle: kartę do przejazdów komunikacją miejską
wyrobiłem sobie ponad rok temu, świadomy, źe kiedy będzie to juź
obowiązkiem to będę musiał pewnie sobie postać wśród tłumów
rodaków oblegających punkty obsługi. Jeździłem więc sobie rok
wedle starego systemu z czystym sumieniem, źeby teraz dowiedzieć
się, że moja karta nie będzie od czasu wyłączenia starej KomKarty działać, bo ma... za starą wersję
oprogramowania! Żeby doładować bilet miesięczny muszę czekać z
ręką na zegarku ponad 1,5 godziny, przy okazji dostając nowy soft.
O tym, że spóźniam się właśnie do pracy nic nie mówię, bo
szkoda nerwów. Pani stojąca trochę przede mną i tyle samo
czekająca po odbiór karty dowiedziała się, że jeszcze za
wcześnie, a w związku z tym, że nie posiada maila i siłą rzeczy
nie podała go we wniosku o wydanie PEKI to nie ma innej możliwości
dowiedzenia się czy jest po co przychodzić, bo telefonicznie o tym
nie poinformują. Masakra. Na plus można wymienić tylko panie w
okienkach, które dwoją się i troją, żeby wszystkich obsłużyć,
no i może pomysł na rozdawanie wody czekającym w kolejkach. Jeśli
w wyborach samorządowych na jesień Poznaniacy nie wywalą w końcu
Grobelnego i jego zastępcę odpowiedzialnego za wdrożenie PEKI na
zbity pysk i czuprynę i nie wybiorą KOGOKOLWIEK innego to po raz kolejny upewnię się, że żyję w
narodzie ślepych idiotów... Sorry za tę polityczną wstawkę, ale
nerwy puszczają nie tylko mnie...
Aha, to blog rowerowy... sorry, zapomniałem się :) Dziś rundka do Rokietnicy i powrót przez Napachanie. Po przepchaniu się przez miasto jechało się całkiem spoko, szkoda tylko że ten pierwszy i ostatni etap zabrał mi tak dużo ze średniej, bo mógł być całkiem zacny wynik. Skończyło się w miarę spoko, jedyne co mi zaburzyło dobry nastrój do fakt, że chcąc ominąć korki spowodowane remontem wjechałem na część ulicy ze świeżo wylanym asfaltem, wpadłem w jeszcze ciepłą smołę i... aż do domu miałem zdecydowanie lepszą przyczepność :) Mam nadzieję, że te pozostałości smoły i żużlu na oponach, całkiem spore, szybko się zetrą. I że w ogóle się zetrą...
Komentarze (4)
Oj beka, beka... Bareja się zza grobu uśmiecha :) tyle Cię nie było, że nawet nie pamiętam czy coś nawywijałem, znając siebie to tak :)
Trzymam Cię za słowo jako eksperta. Póki co po powrocie z pracy mogłem sobie podotykać czarną skorupę na oponach :) A z kartą miałem dziś więcej przebojów, może do opisania w którymś z kolejnych postów.
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"