Zielonkowy relaksik
Jazda przez Poznań była już przeze mnie wielokrotnie opisywana i dziś było tak jak zwykle - korki, nieprzejezdne ulice i smaczki dnia codziennego. Gdy już na 12-tym kilometrze minąłem znak z przekreśloną ikonką z budynkami i skręciłem w Koziegłowach w prawo poczułem, że żyję... Dawno tu nie byłem, głównie przez remont nawierzchni, który ciągnął się tu w tamtym roku niemiłosiernie, ale dziś zostałem mile zaskoczony w Kicinie - ładniutki asfalt, co prawda z jakimiś kamulcami po bokach, ale nie ingerującymi w trasę.
Minąłem Mielno, podziwiając piękną zieleń puszczy, zachwyciłem się dachem z kwitnących drzew na trasie, obserwowałem na ile się da przyrodę - genialnie. Z rzadka mijał mnie jakiś samochód, więc mogłem jechać środkiem i nikomu nie przeszkadzałem - no istny raj dla rowerzysty... Tak to wyglądało:

I tak:

Moje nadzieje, że asfalt będzie cały czas dobrej jakości prysły przed Wierzonką. Od tego momentu był tak "doskonały", że rozważałem momentami czy nie skręcić w las w jakieś błocko i hałdy piachu w celu poprawy komfortu jazdy :) Ale za to wciąż było ładnie, zieleń, ptaszki, pszczółki i rozjechany jeż.
W Wierzonce zaciągnąłem się wonią tutejszego post-pegeeru, czy cokolwiek to jest, w każdym razie nie da się ukryć, że rolnictwo w tym miejscu na swój namacalny dla nosa wymiar :) Dojechałem na samą górę Karłowic, odetchnąłem i zawróciłem, wreszcie mogąc się rozpędzić, choć skakanie po dziurach w tym nie pomagało. Powrót to jednak była istna przyjemność, nawet w "biegu" udało mi się zrobić chyba całkiem klimatyczną fotkę (nie wiem, nie znam się ;) ):

Oczywiście na koniec znów miasto, ale byłem naładowany "puszczowymi" klimatami i nawet nie narzekałem, musiałem tylko lekko mocniej depnąć na miliardzie świateł, żeby osiągnąć te okolice trzydziestkowej średniej.
A w pracy taki gnój i ruch, że wpis mogłem dodać dopiero teraz, po 22. Szkoda, bo miałem kilka wrażeń do opisania na bieżąco, a tak to już mi zgasły :)








