Kiłownia

Wtorek, 23 grudnia 2014 · Komentarze(3)
Po prawie roku znów czekał mnie dziś z powodu pogody powrót na siłownię, miejsce przeze mnie wielbione tak samo jak świąteczny karp kocha te sympatyczne warunki, które oferują mu markety na kilka dni/godzin przed zarżnięciem. No ale skoro inaczej się nie da to trzeba się przemóc, zacisnąć zęby i pojawić w tym dla mnie mentalnym kosmosie, gdzie normalne słowa i wyrażenia na próżno próbują wywalczyć sobie kawałek miejsca pośród ton rzucanego w przestrzeni mięsa :)

Sprzęt, który na przełomie roku użytkowałem w Fabryce Formy i jak najbardziej mi się sprawdzał to właśnie ten:

Cholernie ciężkie bydlę, z masą jakichś dziwnych ustawień i z najwyższym poziomem takim, że po zaliczeniu go można śmiało wjeżdżać na Giewont bez zadyszki. Zrobiłem sobie dziś szybką godzinną jazdę, 22 kilometry na cięższych poziomach, ostatnie 9 na lżejszych. Maksymalna wyrzygana moc to 360 W. Spociłem się nieziemsko, na spokojnie wyciągnąłem spokojną średnią i mam dość siłki. Fuj!

W kiłowni widać, a przede wszystkim słychać prawdziwie świąteczną atmosferę, o czym świadczy choćby zasłyszany cytat z szatni: "Nooo, dziś k... było za...ście, ale jutro wigilia i masa pójdzie w ch...".

Zaprawdę, urocze to miejsce :)

Dystans: 31 km
Czas: 01:04
Średnia: 29 km/h

Z pogodą już nie za ciekawie będzie, więc jakby co wesołych wszystkim!

Wietrzny moonwalk

Niedziela, 21 grudnia 2014 · Komentarze(5)
Mógłbym w pierwszym zdaniu napisać, że wiało. No ale po co, skoro każdy, kto dziś choć na chwilę wyściubił nos poza cztery ściany miał okazję doznać tego, co robiła z homo sapiens i wszystkim innym sapiens ta wredna, paskudna i rzeźnicza menda zwana wiatrem. I pomyśleć, że w związku z tym, iż rano nie padało miałem dylemat jaki rower wybrać... Głos rozsądku (czytać: Żona) zdecydował o wyborze crossa, co zdecydowanie jak się okazało było jedyną dopuszczalną opcją, bo nie chciałbym siebie widzieć z moją wagą i jeszcze pod tyłkiem filigranową szosą podczas niektórych bocznych podmuchów, gdzie niezamierzenie tańczyłem jakiegoś huraganowego moonwalka :)

Trasa: dojechać i wrócić. Czyli przez Zakrzewo do Drwęsy i nawrót. Co tu dużo pisać - jazda pod wiatr mnie po prostu mentalnie zabiła - były momenty gdy nie byłem w stanie poruszać się szybciej niż 18-20 km/h, czego już dawno nie doświadczyłem. Finalnie tę część zakończyłem wulgarną średnią niewiele ponad 24 km/h. Powrót to już oczywiście zupełnie inna bajka, włączyło się Pendolino w miejsce wyciągu orczykowego i tak to mógłbym jechać do Warszawy, potem na Lublin, Kijów, Moskwę, i cholera wie gdzie jeszcze zanim ktoś by mi przypomniał o istnieniu hamulców :) A nie, sorry, przypomniano mi dziś wcześniej, bo w Skórzewie trafiłem na niedzielne przekleństwo, czyli bydło wyjeżdżające spod kościoła. I tak to sobie postałem w dzień święty (jak dla kogo) na zadupiu w korkach.

Jakieś pozytywy z tego wyjazdu po dniu przerwy? Tak - muzyczne. Bo dwa zespoły mojego dzieciństwa postanowiły mi zrobić prezent na święta i "się wydać", tak więc w jedną stronę motywowało mnie KSU, a w drugą leciał ze mną Dezerter. Lepszych motywatorów nie potrzebowałem.

Tak sobie patrzę na prognozy na kolejne dni i czuję nadchodzącą depresję. Wiatrzysko podobno nie ma zamiaru odpuścić, do tego ma padać deszcz. A jak już się uspokoi to zaczną się święta, na które jedziemy w miejsce, gdzie na rower mogę sobie popatrzeć ewentualnie na obrazku w książce, bo nie jestem pewien czy dochodzi tam internet... Eh :/

Aha, jeszcze słowo o frekwencji rowerowej dziś na trasie - pojedyncze jednostki (około trzech), jedna grupka, która śmignęła mi gdzieś na skrzyżowaniu w Plewiskach, a tak to puściutko. I nie wiem czy to lepiej świadczy o mnie czy o tych, którzy jednak nie wyjechali :)

Zefirek :)

Piątek, 19 grudnia 2014 · Komentarze(6)
Ostatnio co wpis informuję, że kolejnego dnia pewnie z powodu pogody nie pojeżdżę. Rano wstaję, patrzę za okno i o dziwo ostatnio nie pada, choć mokro jest na tyle, że nie decyduję się na szosę, a zaprzęgam coraz bardziej styranego życiem crossa i pozwalam sobie na te pięć dyszek przed pracą. Nie będę narzekał, tym bardziej, że dziś ruszyłem w trasę ubrany na górze tylko w bluzę, bo było około 10 stopni. Pod koniec grudnia. Przypomnę - pod koniec listopada było sporo na minusie. Taki mamy klimat.

Za to dziś wiało. Tak eufemistycznie nazwę to, co wiatr robił ze mną, szczególnie na kilku kilometrach na otwartym terenie między Mosiną a Dymaczewem, a potem w Będlewie. Za to można spojrzeć na wykres z Endomondo. Jakimś cudem udało mi się przed nawrotem mieć na liczniku równe 25 km/h, co naprawdę dziś nie było złym winkiem jeśli wziąć pod uwagę, że wspinałem się pod niewidoczną górę, jadąc po płaskim.

Powrót to już była sama przyjemność - gdybym chciał to w ogóle bym nie musiał pedałować, no ale coś przez te kilkadziesiąt minut w końcu trzeba robić :) załączyłem więc sobie agresywną muzę i frunąłem, co w przypadku crossa to jakieś 0,42785% możliwości wykorzystania tego, co dałaby szosa. No ale i tak jakoś w miarę udało się odrobić, choć bez rewelacji. Gdy chciałem pocisnąć z prędkością to na trasie pojawiał mi się albo korek albo traktor.

A jutro już - bez żartów - chyba nie pokręcę.

Luka

Czwartek, 18 grudnia 2014 · Komentarze(3)
"My name is Luka" - wciąż śpiewa sobie zapewne w radiach Suzanne Vega ("zapewne", bo mam alergię na stacje radiowe typu Zet, RMF i inne Eski i nie jestem w stanie tego zweryfikować). Luka dziś trafiła się i mnie (a w sumie trafił, bo podmiotem lirycznym, o czym pewnie mało kto wie, jest chłopiec, ofiara przemocy domowej). A konkretnie luka pogodowa. O 7 rano padało, o 9 już nie, więc mogłem startować, jak to często ostatnio bywa na crossie. Wyszedł ze mnie po raz kolejny niewierny Tomasz, bo nie sądziłem, że dziś mi się jednak uda. A tu niespodzianka. Przepraszam za urażenie uczuć religijnych co poniektórych :)

Wiatr jeszcze się aż tak nie rozkręcił, ten koszmar czeka nas podobno od jutra (w tym znów deszcz, deszcz i deszcz), ale wiało już całkiem całkiem, co na otwartej przestrzeni nieźle mnie zmęczyło. Rozhuśtać to moje bydle było niezmiernie ciężko, ale za to na "samochodzikowej" trasie przez Wiry, Komorniki, Trzcielin i Dopiewo znów odczułem błogosławieństwo szerokich opon i amora, niwelujących atrakcje "ogólnodrogowe".

Testowałem dziś sobie nowy licznik, który nabyłem po kosztach, jako że mój dotychczasowy przy crossie odszedł na łono Abrahama, po chyba czterech latach. Pogrzebu mu nie zrobiłem i nie zrobię, schowam do szuflady za zasługi, których miał co niemiara. Aktualnie nabyłem Sigmę 700, bo jest niedroga i ma funkcje, które mi w zupełności wystarczają, Jestem jednak lekko zawiedziony jednym faktem - średnią pokazuje co pół kilometra. Trochę to głupie, bo konkretną wartość trzeba sobie wyliczyć z czasu jazdy. No ale cóż, nie spodziewałem się cudów.


Sympatycznie

Środa, 17 grudnia 2014 · Komentarze(4)
Ale mi się dziś genialnie kręciło! Mimo, że asfalt jeszcze częściowo mokry, a wiatr się wzmógł i przyjął nazwę "wredny i upierdliwy" to jechało się jakoś zupełnie niezimowo. Może to wpływ odwrócenia trasy "kondomika", bo dziś zacząłem od Komornik a skończyłem na Luboniu, co okazało się chyba rozsądnym krokiem, bo zawiewało mi najczęściej z boku. Zrobiłem tylko jeden poważny błąd idąc po bandzie i na letniaka wyjechałem z rękawiczkami z obciętymi palcami, co na piątym kilometrze skutkowało tym, że ogrzewałem się... zamrożonym bidonem :) Udało się wycisnąć przyzwoitą średnią, co jak na ostatnie czasy ucieszyło mnie niezmiernie.

Towarzyszyła mi świeżo nabyta drogą kupna płyta Grzesia Turnaua - co prawda z powodu nastroju wybitnie melancholijnego bardziej mnie demotywowała do przyspieszenia niż motywowała, ale album jest naprawdę godny. Etap odchamiania nadszedł.

Niestety kolejne dni zapowiadają się mega wietrznie i deszczowo - chyba pauza na jakiś czas.



Za-błocki

Wtorek, 16 grudnia 2014 · Komentarze(5)
Cała dzisiejsza trasa przebiegała według schematu: chmury - mżawka - deszczyk - mżawka - chmury - mżawka. Wróciłem tak usyfiony, że jeśli ktoś na tym forum prowadzi może jakieś przydomowe SPA to jestem w stanie charytatywnie dostarczyć około tony błocka zeskrobanego zarówno ze mnie, jak i z crossa, bo dziś nim kręciłem. I znów doceniłem zaletę szerokich kół, bo i torowiska można było pokonać bez zawału serca, i DDR-y, nawet tak koszmarne jak w Mosinie i między Pecną a Iłówcem, irytują jakby mniej niż szosą. Choć ich użytkownicy wciąż tak samo - dziś wygrał Pan Komandos, czyli brzuchato-wąsaty dziadek pełznący na składaczku, obowiązkowo napompowanym do poziomu 0,5 atmosfery, w kurtce z logo jakiegoś tam security, który tak idealnie wycyrklował środeczek ścieżki, że ani lewą, ani prawą -  dziadka musiałem niemal przeskoczyć. Kocham ten polski DDR-owy standardzik konsumencki... A ty, biedny szosowco-crossowcu, męcz się i współdziel. męcz się i współdziel :)

Z rzeczy optymistycznych - dziurka w ziemi w Luboniu przy Armii Poznań została w końcu pokonana i nie ma wahadła. W zaledwie dwa tygodnie. A między Iłówcem a Starym Tarnowem zrobili niekolizyjną ścieżkę. Z asfaltu!!!!!!

12 miesięcy, 15 tysięcy

Poniedziałek, 15 grudnia 2014 · Komentarze(5)
Kilometrów oczywiście. W bólach bo w bólach, czasem wbrew sobie, z lekkim zwątpieniem, ale jednak się udało. 

Porąbało mnie w tym roku :)

Dobiłem dzisiaj tego piętnastego tysiaka w ramach zemsty za wczoraj. Każdego synoptyka spotkanego na trasie bym najchętniej porozjeżdżał, ale w związku z faktem, że jest to wada psychiczna a nie fizyczna nie mogłem rozpoznać kto zacz. Za to ja bym został rozjechany przez imbecyla wyprzedzającego z naprzeciwka drugi samochód tak, że minął mnie o centymetry, ewidentnie widząc, że jadę, a do tego kierującego z telefonem przy ryju. Niestety wyciągnąłem łokieć o chwilę za późno i nie trafiłem w lusterko. Wielka szkoda.

Jechało się fajnie, ale dość ciężko, bo przy wczorajszej wymianie dętki przestawiły mi się lekko klocki hamulcowe, co zauważyłem dopiero po powrocie, więc inteligentnie sam sobie zafundowałem (znów nie wiem co sobie zafundowałem, bo zawsze mi się to myli) siłę? Moc? Własną głupotę? :) Biorąc więc po uwagę, że w pakieciku dostałem jeszcze zakorkowane: Luboń i Mosinę to wyrzyganie dziś trzech dych średniej uważam za sukces. Kim jestem? Jestem zwycięzcą.

Nierowerowo - synoptycy na szafot!

Niedziela, 14 grudnia 2014 · Komentarze(5)
Wczoraj wieczorem spojrzałem sobie na trzy prognozy pogody - na każdej piękne słoneczko, powyżej zera, lekki wiatr SW - nic tylko wcześnie wstawać nazajutrz i raźnie ruszać.

Dziś rano podnoszę żaluzje i... leje. O co chodzi? Włączam kompa, patrzę na prognozy, a tam... słoneczko. No nic, może jakieś chwilowe załamanie pogody, pewnie zaraz przejdzie. Przecież synoptycy się nie mylą (taki niesmaczny żarcik). Jedna, druga, trzecia prognoza, na nich piękna, żółta paskuda z promieniami, a za oknem... leje coraz bardziej. Wciąż nie traciłem wiary, godzina 10, 11, 12, 13... Wtedy uświadomiłem sobie po raz kolejny, że Boga nie ma. Wolna niedziela, ja łaknę szosy, a tu obietnica dana Żonie, że zimą w deszczu nie śmigam niestety okazała się prorocza :/ Fakt, przestało padać. Po 15-tej, kiedy bez dobrych lampek zdążyłbym może skoczyć rowerem do Żabki po browara.

Nie znaczy to, że z rowerem nie miałem dziś nic do czynienia. Wściekły na synoptyków postanowiłem zająć się czyszczeniem szosy i doprowadzeniem do ładu po kilku dniach nieużywania. Finał był tego taki, że chcąc dopompować tylne koło tak niefortunnie zahaczyłem końcówkę wentyla, że... została mi w pompce. A podmuch z dętki niemal wywiał mnie za okno. Konstruktorów zaworów presta powinno się wysłać na przymusową kastrację za to, co wymyślili i opatentowali. Po raz enty się w tym upewniłem. Aha, zrobiłem jeszcze godzinkę na domowym marketowym chomiku, co można potraktować jako element komediowy tego dnia.

Nie potrafię funkcjonować bez świeżego powietrza, więc tuż przed zapadnięciem zmroku wybrałem się na szybki, sześciokilometrowy spacer po Lasku Dębińskim. Moim głównym celem było sprawdzenie jak wygląda aktualnie stan kładki nad Wartą, opisywanej już przeze mnie, kiedyś łączącej Dębiec ze Starołęką tak, że szło się z jednej do drugiej dzielnicy w sumie 2 kilometry, a po jej zamknięciu jedyna dostępna trasa wiedzie przez ulicę Hetmańską, dookoła, łącznie przez 5 kilometrów. Czemu? Bo PKP stwierdziło, że wyremontują wiadukt, a jego element, czyli kładkę dla pieszych już nie - bo im się nie opłaca. Więc ją po prostu zlikwidują. I nie ma, że boli. Polazłem więc w te okolice, proszę jaki piękny, sielski, typowo polski widok: zakaz, za nim zakaz, a jeszcze dalej zakaz:

Tak sobie stałem, podziwiałem, cyknąłem fotkę i nagle spojrzałem w lewo, na drugą stronę torów. A tam... zza nasypu wystawał ukryty w krzakach SOK-ista. Sama główka, a jego wzrok skupiony na mnie spowodował, że poczułem się jak partyzant na wojnie zamierzający wysadzić co nieco :) Machnąłem mu ręką, zapytałem czy może już wyjść i w ramach ukazania swych dobrych intencji oświadczyłem, że spokojnie, nie zamierzam przechodzić na drugą stronę, tylko oglądam. Pan się uśmiechnął, w sumie okazał się sympatyczny, za nim ukazał się drugi, chwilę pogadaliśmy na temat tego, że wszyscy mamy nadzieję, że jednak kładka powróci, przekazałem wyrazy współczucia z powodu tego, co każą im tu robić, życzyliśmy sobie miłego dnia i tyle. W sumie stówka do przodu :))))

Generalnie nie umieszczam wpisów wtedy, gdy nie jeżdżę. Dziś zrobiłem wyjątek z powodu chęci wykonania tego co w drugiej części tytułu.


Chromolę Olę

Sobota, 13 grudnia 2014 · Komentarze(8)
...czyli słynną Aleksandrę. W sensie orkan. Generalnie dziewczę okazało się całkiem miłe, wiało bo wiało, ale rano już tylko mocno, a nie supermocno. Do tego się ociepliło, jedyny minus to deszcz, który jak sądziłem miał mi zablokować dzisiejszą jazdę, jednak rano już nie padało, było mokro, ale na crossa do przeżycia, bo szosy pod uwagę nawet nie brałem. Widziałem potem podążając do pracy, że zrobiło się już praktycznie suchutko, ale nie było mi dane rowerowo tego sprawdzić.

Trasa bez kombinowania - "kondomik" przez Puszczykowo, Mosinę i Stęszew. Zaczynam się powoli do crossa przyzwyczajać, jednak wygoda pod czterema literami uzależnia :)

Pisałem, że wiatr aż taki mocny nie był, no ale... zatrzymałem się na chwilę, żeby wykonać połączenie telefoniczne, przy okazji cyknąłem fotkę pod (chyba) Nepomucenem w Łodzi. Chwilę potem rower runął na bok z łoskotem pod naporem podmuchu. Zdarzało mi się to w przypadku szosy, ale crossa powaliło mi po raz pierwszy.

Aha, dziś okazało się, że rowerzyści to nie dinozaury i nie wymarły. Jedna parka pozdrowiona za Mosiną, potem jeszcze pojedyncze jednostki na trasie. No proszę...

I foch :)

Czwartek, 11 grudnia 2014 · Komentarze(9)
No proszę. Aż się nie spodziewałem, że mam taki wpływ na rzeczywistość. Wystarczyło omyłkowo wziąć we wczorajszym wpisie orkanicę Alexandrę za orkan Alexander i się babsztyl obraził i nie pojawił :) Przynajmniej nie w godzinach rannych. Gdybym miał pewność, że to naprawdę działa to bym wziął szanowną zimę (w końcu też nominalnie płci żeńskiej) i pomylił z obleśnym, gorącym latem, poszedłby foch i sprawę wszyscy byśmy mieli załatwioną. Ale może lepiej nie ryzykować, bo zaraz pojawi się jakieś narciarskie lobby powiązane z  mafią i moje zwłoki zostaną znalezione któregoś dnia dyndające głową na talerzyku od orczyka :)

Ale do sedna. Do pracy na 12, ja odprowadziłem po 7 rano Żonę na komunę miejską, jednocześnie lustrując stan nawierzchni. No i co prawda mokro, fragmentami kawałeczki śniegu, ale rzadko.... Hmmm. Po powrocie kawusia i decyzja: jadę crossem, obiecując sobie, że jeśli będzie ślisko to zawracam. Niczym saper z syndromem pourazowym pokonałem pierwszy kilometr i stwierdziłem, że jest ok. Przynajmniej na taki czołg jak mój cross.

Jechałem ostrożnie, przez Luboń, Wiry, Mosinę, Dymaczewo, w końcu Będlewo, gdzie zawróciłem i popędziłem swoimi śladami. "Popędziłem" to zdecydowanie słowo na wyrost, bardziej poczłapałem, ale liczy się, że na dwóch kółkach. Wiało "tak se", spodziewałem się armageddonu, a była jakaś marna namiastka. I dobrze. Choć co się odwlecze... Podobno czeka nas to jutro. Jak przejdzie foch :)