DDR-y... (b)rrrrrrrrrrrrrrrrr...

Piątek, 20 lutego 2015 · Komentarze(10)
Zapewne można było już wywnioskować z moich poprzednich wpisów, że jestem miłośnikiem... nie!, fanatykiem... nie!, apologetą..., o to właściwe słowo, naszych rodzimych ścieżek rowerowych. Kocham je tak bardzo, że najchętniej z tej miłości dałbym im sobie spokojnie istnieć i nie naruszać ich intymności swoją obecnością. No ale się nie da. Dziś więc parę słów na ten temat, a konkretnie na to jak wygląda mój rowerowy dzień przy wyborze trasy na południe od poznańskiego Dębca.

Najpierw przejazd nad A2, gdzie już na granicy Poznania - na szczęście po drugiej stronie - zaczyna kwitnąć kosteczka. Ale - oczywiście gdybym chciał skorzystać z dobroczynności naszych konstruktorów - musiałbym na odcinku jakichś 700 metrów pokonać 5 par świateł, z czego kilka nie posiada pasa dla rowerów, więc zgodnie z przepisami powinienem tam rower przeprowadzać. No więc... jadę ulicą (dwa światła). Cała ulica Armii Poznań w Luboniu ma zainstalowaną w sobie minę w postaci kontynuacji powyższego, ale poszerzonego o torowiska, krawężniki (jeden na moje oko ma jakieś 10 centymetrów), podjazdy do posesji (czyli falujemy jak na morzu), a do tego poza "sezonem" (hje hje) jest usyfiona najpierw błotem, śniegiem i lodem, a potem ich pozostałościami, które po jakimś czasie zamieniają się w piaskowe hałdy. Kilka lat temu, gdy jechałem tam góralem zaczaił się na mnie gwóźdź, na którym śmiało można by powiesić jakiegoś Kossaka czy innego Malczewskiego. Kosztu nowej opony niestety nie można odliczyć od podatku.

Zaraz za permanentnie zamkniętym przejazdem kolejowym na trasie Poznań - Wrocław zaczyna się Łęczyca. Kiedyś to był w sumie jak na polskie warunki DDR jeszcze do przeżycia, bo po remoncie kilka lat temu pojawił się na nim asfalt. No ale aktualnie PKP buduje kolejny tor, więc... ścieżkę zamknięto. Ale nie, nie, nie ma tak różowo! Zamknięto kawałek, resztę pozostawiając. Jak już się minie kilkaset metrów remontu to można na nią zjechać, oczywiście ryzykując życie, bo przecinając asfalt w poprzek. Jak już się na niej znajdziemy to jest też jedna atrakcja - czerwone światło przy pokonywaniu jakiejś bocznej uliczki - dla rowerzystów zawsze w tym samym kolorze, mimo że w życiu widziałem tam może ze trzy samochody. Aha, jeśli chcemy jechać dalej prosto do Puszczykowa to znów musimy przełajem pokonać szosę, robiąc dość niebezpieczny manewr skrętu pod kątem 90 stopni - kiedyś zimą centralnie się tam wywaliłem na lodzie, na samym środku - na szczęście akurat wyjątkowo nic nie jechało.

Samo Puszczykowo to miodzio - aż do Mosiny kawał zwykłego, nieupstrzonego wynalazkami asfaltu, do tego położonego w WPN. Choć i tu zdarzyło mi się raz, że puszkowy troglodyta zatrzymał się i wykrzyczał, że tu się nie jeździ, bo w centrum Puszczykowa są przecież ścieżki! Szkoda, że szybko się zwinął i nie zdążyłem sięgnąć łokciem lusterka :)

Potem Mosina. Kiedyś miałem możliwość jechania prostu na Żabno, ale aktualnie remontowany jest przejazd kolejowy i trasa jest nieprzejezdna. Więc skazany jestem na... taaak, DDR-a. O którym już kilka razy pisałem, więc w skrócie: asfalt marnej jakości plus kawałki z żużla plus podjazdy plus drogi podporządkowane z ograniczoną widocznością przez żywopłoty plus... myjnia samochodowa. To równanie daje mosiński patent na komfort dla rowerzystów. No cóż - można po prostu nie jechać. Nie można. Jak wół wisi zakaz jazdy rowerem. Zresztą miałem już w tym temacie kiedyś przeboje ze Strażą Wiejską.

Znów kawałek szosą do Pecnej i... DDR. Z asfaltu, który przypomina swoją strukturą bardziej twarz gówniarza w najbardziej zaawansowanym stadium trądzika, do tego z wychodzącymi żyłami zrobionymi z wystających korzeni. Oczywiście na drodze znów zakaz jazdy bicyklem... Osobiście dziś moja psychika powiedziała NIE i po prostu skręciłem w prawo, wybierając jakieś koszmarne boczne drogi - i tak lepsze niż to, co by mnie czekało na tym "prorowerowym" wynalazku...

Powrót wygląda dokładnie tak samo, z tą różnicą, że ciężej jest się wymigać od jazdy po ścieżkach, gdyż położone są one najczęściej wzdłuż mojego toru jazdy... Generalnie na trasie, która ma 50 kilometrów, około 30 z nich to dumnie nazywana przez wszelkiego rodzaju sołtysów i innej maści włodarzy chlewików i poletek z pyrami oraz rzepakiem "polityka dla rowerzystów"... To ja jednak podziękuję, czy mogę być apolityczny? Tym bardziej gdy jadę rowerem szosowym...?

Strasznie długi wpis mi wyszedł - sorry. Ale już mi lepiej po dzisiejszej traumie :)

Przez Drzewny Cmentarz

Czwartek, 19 lutego 2015 · Komentarze(12)
Trasą, którą dziś wybrałem - klasycznym "kondomikiem" przez Stęszew, Łódź i Mosinę - przemieszczam się dość często. Jednak jeszcze nigdy nie miałem okazji poruszać się tamtędy jak po cmentarzu. Cmentarzu z drzew. Nie wiem z jakiego powodu i za czyim przyzwoleniem już za Komornikami przy krajowej "piątce" rozpoczął się jakiś drzewny holokaust i ciągnął się on przez kilkanaście kilometrów, aż do granic Dymaczewa Nowego.

Smutny to był widok, gdy zamiast dorodnych, pięknych - i co najdziwniejsze, na oko zdrowych zielonych grubasów - mijałem co chwila przewalone kloce i smętnie sterczące pnie. Z tego co wiem to na tej trasie żadna rozbudowa się nie szykuje, więc po co? Jaka jest logika z dewastowania całkiem przyjemnej do tej pory trasy i robienia tam drugiej Sahary...? Nie ogarniam.



Zatrzymałem się tylko dwa razy, przed i za Łodzią, ale taki krajobraz towarzyszył mi naprawdę długo... Smutno mi się zrobiło. Czyżby znów swoje w motywacji do takich rozwiązań miało magiczne słowo: KASA?

Pięć dych zrobione w smętnej zadumie.

Zwykłość + nowy filmik

Środa, 18 lutego 2015 · Komentarze(6)
Dzisiejszy trening po prostu się odbył. Nie poszalałem, nie marudziłem, męczyłem się pod wiatr (w końcu znów zachodni) i momentami cieszyłem się, że mi on pomagał. Trasa to "samochodzik" w wersji odwróconej: do Dopiewa i powrót przez Konarzewo (pałacyk "się robi"). Raz tylko się zatrzymałem, bo sympatyczny pan z TIR-a (a bywają i tacy) poprosił mnie o topograficzną pomoc w temacie miejsca, gdzie może nawrócić. No i jechałem bardzo ostrożnie, bo w nocy chyba kropiło i drogi były przymarznięte na tyle, że na kilku skrętach nieźle mną zakręciło.

Odnalazłem ostatnio na dysku nagranie, które zrobiłem jakoś na jesieni ubiegłego roku crossem, z kamerką na cycu, na trasie od mojego domu do północnych granic Poznania. Wczoraj wieczorem (a w sumie już w nocy) udało mi się to jako tako obrobić, choć błędów się nie ustrzegłem. Efekt poniżej. Tak wygląda mój klasyczny dzień, podczas którego muszę pokonać te kilkanaście kilometrów w jedną stronę po mieście. I jeszcze zawrócić. Raczej nie złamałem prawa ani razu (przynajmniej na obrobionej części filmiku, he he), choć pewnie dla niektórych mój styl jazdy wyda się zbyt agresywny, ale w realu i z perspektywy żywej osoby wygląda to jak wiadomo o wiele bezpieczniej niż na nagraniu. W każdym razie przeżyłem :)

Przy okazji przypominam, że wcześniejsze filmiki znajdują się w dziale "Jestę reżyserę" :)

SPK-WS :)

Wtorek, 17 lutego 2015 · Komentarze(6)
No proszę - znów pojawiło się słońce. Nie żebym bym jakimś wielkim miłośnikiem, ale zimą jego obecność warunkowo mogę uznać za dopuszczalną :) W przeciwieństwie do wiatru, który dziś minimalnie osłabł, ale podobnie jak wczoraj zimny był niczym główny target szeregowego, przeciętnego nekrofila.

W związku z tym znów nie poszalałem, ale i tak jechało mi się o niebo lepiej niż podczas tripu sprzed 24 godzin. Głównie to zapewne kwestia trasy, która w znakomitej większości prowadziła mnie przez szosy otoczone lasami - czyli te z Puszczykowa, Rogalina i Mieczewa. Jechałem spokojnie, delektując się głosem Roberta Gonery i wartką akcją "Ptaszydła" Maxa Bentowa. Powiewało mi najpierw w pysk, potem z boku, więc odpuściłem ambicje dotyczące średniej prędkości. Na to może (?) przyjdzie jeszcze czas.

A na koniec klasyka gatunku - na Armii Poznań w Luboniu dłuuugi dźwięk klaksonu, oczywiście nawiązujący do istnienia DDR-a "full wypas", czyli kostkowanego, z wysokimi krawężnikami, podjazdami i zwałami piasku, który jakoś nie przyciągnął mnie do siebie. W odpowiedzi Szanowny Pan Kierowca - Władca Szosy (SPK-WS) usłyszał krótką instrukcję dotyczącą jednego z aspektów wydalania - widziałem zawahanie czy aby się nie zatrzymać, ale w końcu SPK-WS odpuścił. W sumie szkoda, bo nudno się jechało :)

Wąchock Zwei

Poniedziałek, 16 lutego 2015 · Komentarze(11)
No to chyba oficjalnie eksperyment p.t. "Wiosna w lutym 2015" możemy uznać za zamknięty. Dziś już standardowo - lekko poniżej zera na termometrze o ósmej rano, a do tego mój ulubiony pieszczoch - bardzo silny, a momentami porywisty wiatr. Pożegnałem się z rękawiczkami bez palców, przeprosiłem z kominiarą i dwoma parami skarpetek. Cóż, przynajmniej śnieg nie padał. Wiem, wiem, ten mój wrodzony optymizm :)

Za to na wiatr nie ma mocnych. W moim przypadku jego kierunek, czyli południowo-wschodni to konieczność pokonania Starołęckiej (ech...) i choćby opisywanego wczoraj DDR-a (żadnych zmian. Ja natomiast już zaczynam pokonywać ową szklaną pułapkę zgrabnie, jednym żabim skokiem. Miasto Poznań uczy nawyków jak Pawłow swojego psa). Zadowolony póki co jestem za to z jakości drogi na Głuszynie po remoncie - jedzie się równo i sprawnie. Warto było czekać ten rok.

Wiało mi w pysk, wiało mi z boku, a że z poznańskiego Dębca nie ma jak zrobić trasy "po prostu" na SE to postanowiłem w ramach testu dziś skręcić za Koninkiem na Borówiec. Jak już się tam znalazłem to co mi się rzuciło w oczy? Proszę:

I nie chodzi wcale o absurd samej ścieżki, bo na wjazd na nią nie dałbym się zaciągnąć nawet wołami :) Ale w sumie - ja tam na taki układ idę - rowerzyści na drogi, puszkowcy na takie ścieżynki...

Dalej w kierunku na Skrzynki znałem już sytuację drogową, czyli żywy skansen betoniarstwa płytowego, więc pokręciłem się po samym Borówcu. Oczy przecierałem, bo ukazała mi się piękna trasa, chodniki z dopuszczonym (a nie nakazanym - brawo!!!) ruchem rowerowym. I tak było przez dwa kilometry, do granicy z wiochą o nazwie Kamionki. A tam... No cóż, musiałem upewnić się czy nie jestem w Wąchocku - nagle okazało się, że sołtys nie zdążył rozwinąć asfaltu po nocce. I masz:

A miałem nadzieję, że remont tych okolic to już pieśń przeszłości. Oj, naiwny ja, naiwny... Ostatni raz byłem tu jakieś dwa lata temu, szkoda że nie cyknąłem fotki, bo mógłbym zrobić konkurs z cyklu "znajdź dziesięć różnic". Jechać dalej nie było sensu, zawróciłem, starałem się wyrzygać choć namiastkę przyzwoitej średniej - nie wyszło. Życie.

Ale dziś wykręciłem już dwutysięczny kilometr w tym roku. I tym optymistycznym akcentem... ruszam do pracy. Poniedziałek w pełni :)

100% PL

Niedziela, 15 lutego 2015 · Komentarze(8)
Generalnie zazwyczaj ciężko u mnie bywa z patriotycznymi porywami czy objawami narodowej dumy. Ale są dni, kiedy to, że urodzono mnie Polakiem udowadniane mi jest czy chcę czy nie chcę, a nawet ja sam się do tego przyczyniam wybierając trasę do jazdy rowerem.

Po kolei - najpierw wiatr, który spowodował, że jak przeciętny Rodak w niedzielę rano czułem się nieźle zawiany. Co prawda żadnych wichur dziś nie było, ale na DK92 na otwartych przestrzeniach między Poznaniem, Swarzędzem a Kostrzynem fragmentami pomiatało mną zacnie. To, że jechałem w kierunku stolycy, i to częściowo ulicą Warszawską tylko potwierdza, że duch narodowy nade mną czuwał.

Kształt trasy chyba mówi sam za siebie. Nie wyjeździłem dziś jedynie Helu, ale jak wiadomo okolice Wolnego Miasta Gdańsk niekoniecznie związane są z żywiołem tylko polskim. Mam nadzieję, że to mnie tłumaczy i nie doczekam się pikiety ONR-u pod oknem :) Trafiłem też, jak to w niedzielę, na obowiązkowy element polskości, czyli wizytacje kościelne, jakże by inaczej, na czterech kółkach. Tak więc co wiocha to korek.

A co na koniec? Oczywiście przygoda z DDR-em made in Poland.

Ten biały dywanik to nie piasek wysypany w celu zwiększenia bezpieczeństwa rowerzystów na ścieżce. To rozwalone na całej szerokości szkło, leżące przy Hetmańskiej od co najmniej trzech-czterech dni. Codziennie obserwuję jedynie przechodzące przez jego taflę ślady kół i zastanawiam się ile osób tak jak ja zdążyło zejść z roweru i przeskoczyć nad tym pieszczoszkiem. A ile nie zdążyło.

Tak, to zdecydowanie był typowo polski trip. Razem ze średnią, która jest wybitnym przykładem tego, co lubimy najbardziej, czyli zwycięskiej porażki :)

O opiłku

Sobota, 14 lutego 2015 · Komentarze(4)
Mam taką osobistą nerwicę natręctw, która polega na kontrolowaniu wieczorem ilości powietrza w kołach. Posiada ona - mimo, że jest nerwicą - swoje racjonalne podstawy, wynikające z nieprzewidywalności tego, co można zastać na polskich drogach i DDR-ach, a także, odkąd nabyłem szosę, z metafizycznej głębi irracjonalności związanej z konstrukcją wentyli Presta. Wczoraj wieczorem po powrocie z pracy jak zwykle zabrałem się za rutynowy ogląd i... znów z tyłu powietrza mniej niż zero. Przestało mnie już to bawić kilka dni temu, bo w tym miesiącu wymieniłem już chyba ze trzy dętki, więc zabrałem się za kompleksowe, powolne i dokładne badanie tematu. Znalazł się winny - mikroskopijny, zupełnie niewidoczny od zewnętrznej strony opony ostry kawałek czegoś, co przypominało opiłek. Było to tak małe, że nie udawało mi się wyjąć - i tu przydał się po raz pierwszy w życiu gadżet zwany paznokciami. Żony, bo moje się do niczego nie nadawały. Na samej gumie na szczęście ślady nie zostały po usunięciu tego shitu, więc powstrzymałem się z powództwem cywilnym wobec rzeczonego opiłka, zadowalając się jedynie wywaleniem go do kibla.

Jakże komfortowo dziś mi się kręciło bez kapcia z tyłu i sprawdzania co chwilę czy jadę jeszcze na dętce czy już na obręczy! Taka mała rzecz, a jak cieszy :) Na początku trasy zawitałem jeszcze do rowerowego na Starołęckiej po zapasową gumę i mogłem korzystać z tego, co dała nam dziś pogoda, a dała wiele dobrego. Nie żeby mnie dziwiło plus 7 w lutym, brak śniegu, lodu i marznącej mżawki, w końcu to norma. A nie, sorry, to w maju :) Wiaterek się trochę wzmógł, więc fragmentami się nieco pomęczyłem, ale nie ma co narzekać. Trasa to nieszczęsny piesek bez nóg, z moim domem pod ogonem - Głuszyna, Gądki, Szczytniki, Tulce i powrót przez Krzesiny. Rowerzystów całkiem sporo - czyżby zaczął już się ten mityczny "sezon"?

Na końcu jeden zgrzyt - kolejna kretynka za kółkiem, dla której coś takiego jak zasady wjazdu na rondo to czarna magia. Prawie by mnie rozjechała, mimo że byłem uprzywilejowany. Jak już jej wykrzyczałem co i jak to we wzroku nie zauważyłem zrozumienia - widocznie paniusia była już myślami podczas zabiegu w salonie kosmetycznym lub romantycznej kolacji z okazji walentynek. Ze sponsorem, który zafundował jej Tigrę, w której siedziała.

Jednak nieprzewidywalnik, czyli o żabokurczakoufoludku

Piątek, 13 lutego 2015 · Komentarze(6)
Wczoraj zachciało mi się pomarudzić w temacie pokonywanych tak samo, o tej samej porze i tych samych ścieżek. Mam nauczkę. Po raz kolejny ta bliżej nieokreślona menda, która siedzi gdzieś na górze czy na dole i planuje mi rowerowe wypady wleciała na chwilę na BS, poczytała co trzeba i... Ale po kolei...

Wybór trasy był dziś prosty - przez Wiórek i Rogalin do Mieczewa i z powrotem. Starołęcka pokonana jak zwykle z przeszkodami, ale bez ofiar - pierwszy sukces. Przyzwoita średnia na odcinku do Rogalinka, w okolicach 29 km/h pod wiatr - drugi. Już się cieszyłem na jakiś przyzwoity wynik, gdy w lesie zaraz przed Rogalinem zatrzymałem się przy długim sznureczku samochodów, a przed nim ukazał się sterujący ruchem człowiek-odblask. Wycinka drzew... No dobra, pomyślałem, chwilę poczekam i przejadę. Naiwniak!

Jakoś od 5 do 10 minut później czekałem w tym samym miejscu, a jedyne co się zmieniło to wysokość nad poziomem morza panów "wycinaczy" oraz tragiczny los gałęzi i konarów, które dokonywały żywota już na asfalcie. Stwierdziłem, że nie sensu czekać, bo może chłopaki są aktualnie w pracy, ale ja żeby się do niej dostać muszę być co najmniej w Poznaniu, więc zawróciłem.

Jako że kilometraż na liczniku pokazywał zaledwie liczbę 22 to postanowiłem pojechać jeszcze w kierunku Mosiny, tam się pokręcić i wrócić przez Puszczykowo. No cóż, mam ten talent do wbijania sobie gwoździ do trumny :) W Mosinie korki, a ja wpadłem na pomysł, żeby zobaczyć jak wygląda aktualnie droga na Sowiniec, którą kiedyś z ciekawości zaliczyłem na MTB i już wtedy stwierdziłem, że do takiej jakości asfaltu bardziej adekwatny byłby czołg. Nie zawiodłem się w pierwszej części, tej mosińskiej - 1,5 kilometra walki z wulkanami już na zawsze pozostanie w mej pamięci. Ale potem - szok. Jaki? A taki oto:

Aż musiałem spojrzeć na gps czy dobrze jadę - przecież TAKIEGO asfaltu się nie spotyka, tym bardziej tu :) Można? Można. Jednak podróż powrotna wyleczyła mnie z tego szoku, m.in. dzięki temu, że niemal połamałem obydwa koła na przejeździe kolejowym, takie tam były dziury. Uff - znów wśród swoich :)

Wyszło jak wyszło, średnią nie mam się co chwalić, ale plus dodatni w postaci niespodzianki remontowej będzie do wykorzystania. Mam wątpliwości co narysowałem na mapie - kurczaka? Żabę? UFO? Przy okazji udało mi się skończyć ostatnią książkę Mankella z Kurtem Wallanderem w roli głównej - cóż, całość zajęła mi jakieś pół roku, trochę szkoda, że to już koniec, ale czas znaleźć sobie nowego towarzysza do kręcenia.


Przewidywalnik

Czwartek, 12 lutego 2015 · Komentarze(10)
Który to już raz tej zimy idzie wiosna? Trzeci? Czwarty? Nieważne, jak dla mnie może już tak zostać, i to nie tylko do końca zimy, ale nawet do września - byleby tylko nie trafiły się letnie upały. Te kilka stopni na plusie odpowiada mi idealnie, nawet rękawiczki dziś założyłem bezpalczaste - zdecydowanie jestem na tak.

"Kondomik" wykonałem dziś w wersji klasycznej, czyli najpierw Mosina, potem Stęszew. Wiatr miał być słaby, a był co najmniej umiarkowany, trochę dał o sobie znać, ale wyjątkowo potraktuję go dziś łagodnie, bo nawet parę razy podmuchał mi w plecki. Taki ewenement. Kolejnym było to, że w Komornikach nie było korków - jeśli taka sytuacja się utrzyma dłużej to obiecuję, że przestanę nazywać tę wioseczkę Korkomornikami. Więc niech się starają :)

No i zauważyłem, że jestem przewidywalny niczym hipster w wyborze marki telefonu (no jakiego, jakiego, zagadka?) oraz marki kubka z kawą - uświadomiłem to sobie gdy minął mnie o tej samej godzinie, w tym samym miejscu co ostatnio i przedostatnio Polski Bus, prawdopodobnie z Wrocławia. Jak tak dalej pójdzie to zostanę codzienną atrakcją na trasie, opisywaną przez operatora. Chyba czas pomyśleć o nowych trasach lub zmianie godzin wyjazdów :)

Znów na ____

Środa, 11 lutego 2015 · Komentarze(2)
Powrót na stare śmieci. O dziwo na Dębcu zgrabnie wywożone, co przy ostatnich ogólnopoznańskich problemach w tej tematyce wydaje się wyjątkiem potwierdzającym regułę. Mały górski skok za mną, czas wrócić do realiów, czyli obrazowo: ____ zamiast /\/\_/\/\. I nie chodzi o emotikony z smsa gimbazjalisty.

Na szosie nie jeździłem jakieś pięć dni, więc powrót po równowagi po epizodach crossowo-MTB-owych wymagał pewnego przypomnienia. Wiaterek zachodni według prognoz, a faktycznie północno-zachodni, dość upierdliwy, więc nie poszalałem specjalnie, bo przy podmuchu ryjno-bocznym się nie dało. Trasa - "wonsz w cionrzy" przez Skórzewo, Dopiewo, Fiałkowo, Sierosław, Wysogotowo i Plewiska. Bez przygód, bez nagłych zwrotów akcji, ucieczek przed peletonem i takich tam. Za to raz przed Sierosławiem uniosło się nad szosą moje gromkie "Debill!!!!!!" w kierunku troglodyty przecinającego podwójną ciągłą podczas wyprzedzania czterech samochodów na raz, a mnie mijającego o centymetry.

Czyli obrazki ze zwykłej codzienności. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej :)