Info
Suma podjazdów to 784877 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Maj10 - 15
- 2026, Kwiecień30 - 50
- 2026, Marzec31 - 65
- 2026, Luty28 - 51
- 2026, Styczeń31 - 72
- 2025, Grudzień31 - 80
- 2025, Listopad30 - 70
- 2025, Październik31 - 96
- 2025, Wrzesień30 - 125
- 2025, Sierpień31 - 144
- 2025, Lipiec31 - 188
- 2025, Czerwiec30 - 147
- 2025, Maj31 - 187
- 2025, Kwiecień30 - 156
- 2025, Marzec31 - 204
- 2025, Luty28 - 178
- 2025, Styczeń31 - 168
- 2024, Grudzień31 - 239
- 2024, Listopad30 - 201
- 2024, Październik31 - 208
- 2024, Wrzesień30 - 212
- 2024, Sierpień32 - 210
- 2024, Lipiec31 - 179
- 2024, Czerwiec30 - 197
- 2024, Maj31 - 268
- 2024, Kwiecień30 - 251
- 2024, Marzec31 - 232
- 2024, Luty29 - 222
- 2024, Styczeń31 - 254
- 2023, Grudzień31 - 297
- 2023, Listopad30 - 285
- 2023, Październik31 - 214
- 2023, Wrzesień30 - 267
- 2023, Sierpień31 - 251
- 2023, Lipiec32 - 229
- 2023, Czerwiec31 - 156
- 2023, Maj31 - 240
- 2023, Kwiecień30 - 289
- 2023, Marzec31 - 260
- 2023, Luty28 - 240
- 2023, Styczeń31 - 254
- 2022, Grudzień31 - 311
- 2022, Listopad30 - 265
- 2022, Październik31 - 233
- 2022, Wrzesień30 - 159
- 2022, Sierpień31 - 271
- 2022, Lipiec31 - 346
- 2022, Czerwiec30 - 326
- 2022, Maj31 - 321
- 2022, Kwiecień30 - 343
- 2022, Marzec31 - 375
- 2022, Luty28 - 350
- 2022, Styczeń31 - 387
- 2021, Grudzień31 - 391
- 2021, Listopad29 - 266
- 2021, Październik31 - 296
- 2021, Wrzesień30 - 274
- 2021, Sierpień31 - 368
- 2021, Lipiec30 - 349
- 2021, Czerwiec30 - 359
- 2021, Maj31 - 406
- 2021, Kwiecień30 - 457
- 2021, Marzec31 - 440
- 2021, Luty28 - 329
- 2021, Styczeń31 - 413
- 2020, Grudzień31 - 379
- 2020, Listopad30 - 439
- 2020, Październik31 - 442
- 2020, Wrzesień30 - 352
- 2020, Sierpień31 - 355
- 2020, Lipiec31 - 369
- 2020, Czerwiec31 - 473
- 2020, Maj32 - 459
- 2020, Kwiecień31 - 728
- 2020, Marzec32 - 515
- 2020, Luty29 - 303
- 2020, Styczeń31 - 392
- 2019, Grudzień32 - 391
- 2019, Listopad30 - 388
- 2019, Październik32 - 424
- 2019, Wrzesień30 - 324
- 2019, Sierpień31 - 348
- 2019, Lipiec31 - 383
- 2019, Czerwiec30 - 301
- 2019, Maj31 - 375
- 2019, Kwiecień30 - 411
- 2019, Marzec31 - 327
- 2019, Luty28 - 249
- 2019, Styczeń28 - 355
- 2018, Grudzień30 - 541
- 2018, Listopad30 - 452
- 2018, Październik31 - 498
- 2018, Wrzesień30 - 399
- 2018, Sierpień31 - 543
- 2018, Lipiec30 - 402
- 2018, Czerwiec30 - 291
- 2018, Maj31 - 309
- 2018, Kwiecień31 - 284
- 2018, Marzec30 - 277
- 2018, Luty28 - 238
- 2018, Styczeń31 - 257
- 2017, Grudzień27 - 185
- 2017, Listopad29 - 278
- 2017, Październik29 - 247
- 2017, Wrzesień30 - 356
- 2017, Sierpień31 - 299
- 2017, Lipiec31 - 408
- 2017, Czerwiec30 - 390
- 2017, Maj30 - 242
- 2017, Kwiecień30 - 263
- 2017, Marzec31 - 393
- 2017, Luty26 - 363
- 2017, Styczeń27 - 351
- 2016, Grudzień29 - 266
- 2016, Listopad30 - 327
- 2016, Październik27 - 234
- 2016, Wrzesień30 - 297
- 2016, Sierpień30 - 300
- 2016, Lipiec32 - 271
- 2016, Czerwiec29 - 406
- 2016, Maj32 - 236
- 2016, Kwiecień29 - 292
- 2016, Marzec29 - 299
- 2016, Luty25 - 167
- 2016, Styczeń19 - 184
- 2015, Grudzień27 - 170
- 2015, Listopad20 - 136
- 2015, Październik29 - 157
- 2015, Wrzesień30 - 197
- 2015, Sierpień31 - 94
- 2015, Lipiec31 - 196
- 2015, Czerwiec30 - 158
- 2015, Maj31 - 169
- 2015, Kwiecień27 - 222
- 2015, Marzec28 - 210
- 2015, Luty25 - 248
- 2015, Styczeń27 - 187
- 2014, Grudzień25 - 139
- 2014, Listopad26 - 123
- 2014, Październik26 - 75
- 2014, Wrzesień29 - 63
- 2014, Sierpień28 - 64
- 2014, Lipiec27 - 54
- 2014, Czerwiec29 - 82
- 2014, Maj28 - 76
- 2014, Kwiecień22 - 61
- 2014, Marzec21 - 25
- 2014, Luty20 - 40
- 2014, Styczeń15 - 37
- 2013, Grudzień21 - 28
- 2013, Listopad10 - 10
- DST 51.40km
- Czas 01:45
- VAVG 29.37km/h
- VMAX 50.90km/h
- Temperatura 2.0°C
- Podjazdy 70m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Dostałem szlaban
Poniedziałek, 14 marca 2016 · dodano: 14.03.2016 | Komentarze 10
Wczoraj dostałem szansę na dodatkową porcję snu, dziś już taki przywilej nie był mi dany. A wręcz przeciwnie. W robocie - jak to ostatnio - musiałem pojawić się w samo południe, czyli żeby zafundować sobie pięć dyszek przestać wyciszać funkcję "drzemka" w telefonie trzeba było o ósmej. Nooo, dziesięć po :) Czasu było niewiele, więc szybko się ogarnąłem, ubrałem, złapałem szosę pod pachę i.........
..........
.......stanąłem kilkaset metrów od domu na prawie dziesięć minut przed zamkniętym szlabanem w stylu "double impact". 
Jak już się wydostałem z kolejowej pułapki to po minięciu dębieckich korków pokręciłem na zachód. Co prawda wiało z północy, ale nie miałem zamiaru utknąć podczas jazdy przez Poznań, więc z rozsądku zmieniłem swoje zasady co do jazdy pod i z wiatrem. Ten akurat dziś nasilał się z minuty na minutę, do tego był przenikliwie zimny, podobnie jak temperatura powietrza, która oscylowała pomiędzy minus jeden a plus dwa. Szaleństwo. W Plewiskach, jako że się spieszyłem...
...to podziwianie kolejnego taboru towarowego miałem gratis. Potem na szczęście już bez niespodzianek - zawitałem znów na chwilę do Poznania, potem Wysogotowo, skręt na Więckowice, potem Fiałkowo, Dopiewo, Palędzie, Gołuski, ponownie Plewiska i Poznań. Wymęczyłem się walcząc z podmuchami, ale w sumie jazda sprawiała mi mega frajdę. W sumie jak zawsze :) Spotkał mnie również pozytywny zaskok, gdyż gdzieś na trasie, gdy zwolniłem i dałem znać jakiemuś prywatnemu busikowi ze wschowską rejestracją, że może wyjechać z zatoczki przede mną to nie tylko dostałem podziękowania poprzez machnięcie ręką przez szybę, ale dodatkowo jeszcze tylnymi światłami. Jak ja lubię takie rodzynki wśród naszego drogowego buractwa.
I jeszcze chwila na podziwianie mojej ultra hiper PRO lampki :)
- DST 52.00km
- Czas 01:44
- VAVG 30.00km/h
- VMAX 53.10km/h
- Temperatura 5.0°C
- Podjazdy 119m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Lenin
Niedziela, 13 marca 2016 · dodano: 13.03.2016 | Komentarze 7
Ależ mnie dziś leń opanował... Gdzie tam leń - prawdziwy Lenin! :) Jakimś cudem udało się załatwić wolną niedzielę, więc wstawanie z łóżka było rzeczą, której wykonanie przychodziło mi zupełnie nieintuicyjnie. A jak już to się stało to zostałem zmotywowany do zrobienia tostów, bo toster jest jednym z niewielu urządzeń w kuchni, które potrafię obsłużyć i chciałem się wykazać. I tym sposobem wyjście na rower nastąpiło o porze u mnie rzadko spotykanej, czyli przed trzynastą. W przeciwieństwie do kilku ostatnich dzionków na opady się nie zapowiadało.
Po raz kolejny okazało się, że jak człowiek wypoczęty i najedzony to kręcenie zyskuje zupełnie nowy, lepszy wymiar niż wczesnym rankiem przed śniadaniem. Mimo że czekała mnie przeprawa przez miasto to dzięki mniejszemu, niedzielnemu ruchowi poszło to w miarę ok, choć ciśnienia na jakiś lepszy wynik nie miałem. W przeciwieństwie do kamikaze na kolarce, który gdy ja grzecznie czekałem sobie na światłach na skrzyżowaniu przy AWF-ie wparował centralnie na czerwonym, w ostatniej chwili hamując przed ruszającymi z boku samochodami. Zrobiło mi się smutno na myśl o potencjalnym wypadku, bo rower prezentował się całkiem całkiem i zdecydowanie by było go szkoda :)
Przejechałem trasę jednym z moich stałych śladów: Dębiec - Malta - Antoninek - Swarzędz - Paczkowo - Siekierki - Tulce - Krzyżowniki - Krzesiny - Starołęka - Dębiec. O dziwo mimo całkiem solidnego wiatru na mecie mogłem pochwalić się średnią, która ujdzie, co mnie zdecydowanie ucieszyło po ostatnich koszmarnych wynikach.
Na koniec jeszcze info z Ruchu Oporu na poznańskim Dębcu. Wracając bowiem przyuważyłem, że wyrósł tu silny nurt tożsamościowy. Mała legenda o co zacz - Red Park to nazwa w miarę nowego osiedla (jasny budynek widoczny w tle oraz szkielet kolejnego plus działająca już Galeria Debiec), który sukcesywnie powstaje w tych okolicach, wyróżniając się na tle bloków spod znaku "dumy PRL-u". Jak widać na zdjęciu - autochtoni nie pozwolą by jacyś najeźdźcy pluli im w twarz :)
- DST 53.20km
- Czas 01:54
- VAVG 28.00km/h
- VMAX 53.10km/h
- Temperatura 2.0°C
- Podjazdy 219m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Psycho saga
Sobota, 12 marca 2016 · dodano: 12.03.2016 | Komentarze 10
Północno-deszczowo-miejskiej sagi z ostatnich dni ciąg dalszy. Tak szczerze to moja psycha jest już na wykończeniu, jakoś się trzymam, ale jeszcze kilka kursów przez całe miasto i proszę szukać mojej juchy rozsianej na ulicach po rytualnym samobójstwie. Sobota czy dzień powszedni - jak się okazało żadna różnica. Korasy takie same. Eh, trzymam się zasady pod wiatr i z powrotem i mam za swoje.
Plus jest tylko taki, że odświeżyłem sobie trasę do Biedruska (i z powrotem), bo dawno mnie tam nie było. Od Moraska przez Radojewo kręciło mi się wybitnie spoko, bo hopki są tam nawet długaśne i fajniutkie. Aj lajk it. Znów nie poszalałem ze średnią, ale skacząc jak żaba na światłach jest to marzeniem ściętej głowy.
Miałem za to ze sobą zacnego towarzysza - Reinmara z Bielawy, czyli głównego bohatera słuchowiska na podstawie "Trylogii Husyckiej" Sapkowskiego, w które zacząłem się zagłębiać. Jest GENIALNY (audiobiook, nie Reinmar, bom hetero). Polecam - można się i pośmiać, i zachwycić jakością nagrania. I nawet przez to nie przeszkadzała mi na mecie po raz kolejny w tym tygodniu mokra rzyć :)
- DST 54.60km
- Czas 01:57
- VAVG 28.00km/h
- VMAX 50.70km/h
- Temperatura 4.0°C
- Podjazdy 119m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Interwały
Piątek, 11 marca 2016 · dodano: 11.03.2016 | Komentarze 13
...czyli jazda po mieście. W sumie po terenach mocno zurbanizowanych, a co za tym idzie zakorkowanych (Poznań i Suchy Las, potem do Chludowa i z powrotem już kawałek spokoju, ale było to jak zaczerpnięcie powietrza przed utonięciem) wykręciłem dziś około 40 kilosów z 54 ogółem. I co chwila: siad-waruj-siad-waruj-siad-siad-siad-waruj (i tak do nieskończoności) na światłach. Jak pies. Nie urażając żadnego z przedstawicieli tego gatunku istot, bo uważam je za lepsze i bardziej szlachetne od większości choroby zwanej homo sapiens.
Gdy tak stałem sobie w korkach lub przeciskałem między samochodami zacząłem sobie z nudów analizować zawartość puszek. Nie żebym wstąpił do jakiegoś rybnego po drodze, a po prostu zerkałem sobie dyskretnie ile osób siedzi sobie w kolejnych mijanych autach. Jedna osoba, potem jedna, następnie jedna... Gdzieś tam zauważyłem dwie sztuki ludzia. Potem znów kilka sztuk pojedynczych i tak praktycznie cały czas. Polacy - mistrzowie ekologii :)
W Chludowie udało mi się upolować drewniany kościół, którego nie miałem jeszcze w kolekcji. Czasu na zwiedzanie nie było, cyknąłem więc tylko szybko fotę pro forma. Jak zwykle w PL urzekł mnie Papa Smerf z przodu :)
Wracałem już w deszczu. Moja pralka czeka w końcu na wyjazd, po którym nie będę musiał jej angażować.
- DST 54.20km
- Czas 01:54
- VAVG 28.53km/h
- VMAX 51.20km/h
- Temperatura 5.0°C
- Podjazdy 202m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Randka z lubońskim Frogiem
Czwartek, 10 marca 2016 · dodano: 10.03.2016 | Komentarze 11
Jedynym pewnym punktem, do którego musiałem dziś trafić był podpoznański Luboń, gdzie miałem do wykonania pewną krótką misję związaną z pracą. Najczęściej jeśli mogę to unikam tej miejscówki jak przeciętny polski żul bieżącej wody, ale dziś się nie dało, tym bardziej, że było to w moim interesie. Wiatr oczywiście nie zamierzał wiać tak, żebym mógł sobie pozwolić na komfortowy wybór trasy, więc pojechałem tam, gdzie mi się chciało, najpierw mając powiew z boku, następnie w pysk. A chciało się zrobić kółko przez Starołękę, Czapury, Wiry, Rogalinek, Rogalin, Świątniki, za którymi zawróciłem znów na Rogalinek, potem Mosina, Puszczykowo no i Luboń.
O właśnie. O tej wiosce na prawie miasta i mentalności ludzi stamtąd pochodzących napisałem już na tym blogu sporo, o wiele za dużo niż jest to warte. Miałem nadzieję, że tym razem przemknę sobie sprawnie i bezproblemowo, ale gdzie tam. Wjechałem sobie nawet w dobrym nastroju, kręcąc jak to ja - nie przyklejony do krawędzi i chodników tylko tak, żeby czuć się bezpiecznie. Czyli zostawiając miejsce samochodom, ale jednocześnie tworząc sobie przestrzeń na omijanie dziur i kałuż. Na jednym ze skrzyżowań ewidentnie chcąc zwrócić moją uwagę zahamowało z piskiem opon obok mnie jakieś wielkie czerwone terenowe bydle na rejestracjach PZ (jakie - nie mam pojęcia. Świat puszek mnie nie obchodzi. W każdym razie było naprawdę spore). Prawdopodobnie już wtedy chodziło o zwrócenie mojej uwagi. Nie wiem, jakiś taki atrakcyjny jestem na rowerze czy co? :) Tylko spojrzałem znacząco z pogardą i odwróciłem wzrok.
Po zapaleniu się zielonego jechałem dalej po swojemu, by chwilę później zaraz po skręcie do Pajo zobaczyć, że z okna wspomnianego bydlaka wystaje jakiś troglodyta i coś do mnie krzyczy. Co - nie do końca wiem, bo nie miałem zamiaru dać mu tej satysfakcji i ściszyć muzy - ale z mimiki i pojedynczo usłyszanych wulgaryzmów wywnioskowałem, że przeszkadzał mu mój styl jazdy. Zatrzymałem się, odczekałem aż skończy, ugryzłem się w język (choć cisnęły mi się na usta przepiękne cytaty z łaciny), bo troglo nie był jedyny w samochodzie, poza tym już jakiś czas temu postanowiłem luzować i nie zniżać się do poziomu rynsztoka. Zapytałem tylko: "o co ci chodzi?" Odpowiedzi oczywiście nie usłyszałem, bo zagłuszył ją akurat mocniejszy kawałek na słuchawkach, rzuciłem więc na szybko coś o tym, że dostał naprawdę fajne autko, życzę sprawnego spłacenia kredytu przez tatusia i pojechałem w swoją stronę.
Czy jest ktoś kto jest w stanie wytłumaczyć mi fenomen Lubonia? Miasteczka sąsiadującego bezpośrednio z Poznaniem, gdzie są trzy atrakcje: centrum handlowe, outlet z ciuchami oraz McDonald's. Gdzie hitlerowcy założyli mini obóz zagłady, a esbecy po wojnie na jego terenie katownię dla niewygodnych rodaków. Gdzie takich Frogów jak ten dzisiejszy spotykam zdecydowanie częściej niż gdziekolwiek? Jeśli jakiś socjolog szuka tematu na habilitację - polecam wgryźć się temat. Jakby co - pomogę :)
- DST 54.00km
- Czas 02:02
- VAVG 26.56km/h
- VMAX 50.50km/h
- Temperatura 2.0°C
- Podjazdy 205m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Czyściec
Środa, 9 marca 2016 · dodano: 09.03.2016 | Komentarze 4
Znów okazuje się, że ktoś tam na górze (lub na dole) ma na mnie baczenie, pilnuje wszelkich moich grzechów oraz grzeszków i funduje mi takie dni jak dziś. Czyściec to mało powiedziane. Dziś byłem w piekle.
Najpierw zdziwiłem się. że rano za oknem leży śnieg. Jak to? Zimą???? To już gruba przesada :) Co gorsza wszystko powoli zaczynało topnieć i przede mną rozpościerała się wizja założenia czepka i płetw zamiast butów na rower. Do tego miałem w ogóle wątpliwości czy uda mi się wyjechać, bo pogoda była bardzo niepewna, a w robocie jak to zwykle ostatnio musiałem być w samo południe. W końcu podjąłem jednak męską decyzję, zapakowałem się na crossa (bo na szosie się dziś, sorry, ale nie widziałem) i ruszyłem. Niestety wiatru dziś już oszukać się nie dało - wiał z północy, czyli czekał mnie kurs przez miasto. Po fakcie okazało się, że wszystko było lepsze niż to, ale bądź człowieku mądry przed szkodą.
Płynąc zaliczyłem wszystkie możliwe czerwone światła. Co ruszałem - stawałem. Co stawałem - ruszałem. I tak w kółko. A jak nie stałem na światłach to stałem w korkach. A jak nie w korkach to lądowałem między dwoma a trzeba miejskimi autobusami, co powodowało, że moja jazda była niewiele szybsza od pełzania. Kwintesencją był jednak sznurek samochodów przed, na i za remontowanym odcinku Dąbrowskiego, gdzie choćbym nawet chciał bym się nie przepchał rowerem. No, chyba że jakimś cudem zostałbym przedstawicielem owadów z gatunku holometabola (infogromada: neoptera). Jeśli istnieją rowery dla mrówek :) Skręciłem więc (ja!!!!) na jedną z najbardziej absurdalnych ścieżek w Polsce. Po raz pierwszy w życiu. Do czego to doszło... Po kilku światłach i kilkuset metrach i tak wylądowałem na środku budowy, więc oficjalnie zamykam w swoim życiu krótki rozdział jeżdżenia tą DDR-ką.
W końcu znalazłem się na Piątkowie ("osiągając" na odcinku 15 kilometrów "wybitną" średnią w okolicach 24 km/h) i chwilę później zacząłem odżywać Wjechałem na wolną przestrzeń. Uff... Kierunek: Suchy Las przez Morasko, co oznaczało moje ulubione wzniesienia. A jak górki to mgła. I jeszcze więcej śniegu. O tak:
Dokręciłem do Złotnik, zawróciłem i moje piekiełko/czyściec zaczęły się od nowa. Ale już jakoś łatwiej, choć czerwonego było tyle samo, ile poprzednio. O średniej nie chcę wspominać, bo temat należy do drażliwych :)
Ostatnimi czasy moja pralka przeżywa notoryczne deja-vu. A do pracy zdążyłem ze spóźnieniem wynoszącym 58 sekund.
- DST 34.33km
- Czas 01:16
- VAVG 27.10km/h
- VMAX 43.50km/h
- Temperatura 7.0°C
- Podjazdy 45m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Glut antyczny
Wtorek, 8 marca 2016 · dodano: 08.03.2016 | Komentarze 2
Historia mojego dzisiejszego krótkiego wyjazdu jest klasyczna bardziej od najbardziej archiwalnych antycznych tragedii. W nocy i nad ranem rządził deszcz, który skutecznie przyszpilił mnie do łóżka zamiast do siodełka. Nie żebym jakoś specjalnie oponował :) Potem jednak przestało padać, a mi między dziewiątą a dwunastą, o której to godzinie miałem pojawić się w pracy, pozostało niewiele czasu. No ale dobry glut nie jest zły, więc zwlokłem się czym prędzej, zaprzęgłem crossa i ruszyłem.
Gluta, czyli dystans 30+, mimo północnego wiatru postanowiłem wykonać na zachód, bo kręcenie w 100% przez miasto jakoś mi się nie uśmiechało. Zrobiłem kółeczko przez Plewiska, Gołuski, Palędzie. gdzie skręciłem na Dąbrówkę i Skórzewo, zamykając pętelkę ponownie w Plewiskach. Po powrocie ciuchy poleciały do pralki z misją czasu przyszłego pt. "wypierz mnie", a ja podczas przedpracowej ablucji wybrałem z zębów piasek, którym można by śmiało obdarzyć jakąś skromną plażę. Ale nie ma co narzekać - grunt, że wykręciłem dziś cokolwiek.
- DST 54.12km
- Czas 01:48
- VAVG 30.07km/h
- VMAX 51.70km/h
- Temperatura 7.0°C
- Podjazdy 120m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Leń - odcinek ostatni
Poniedziałek, 7 marca 2016 · dodano: 07.03.2016 | Komentarze 0
Ostatni dzień trzydniowej laby, którą odchoruję w najbliższym czasie siedzeniem w robocie miliard dzionków pod rząd. Lub więcej. Ale co się powysypiałem i poleniłem to moje. Genialne jest uczucie otwierania oczu i stwierdzenia: iii tam, jeszcze trochę. Mógłbym to robić zawodowo :)
Na szosę wskoczyłem lekko po jedenastej, a plan był jasny i klarowny: klasyczny "kondomik" od strony Lubonia i Wirów, potem Puszczykowo, Mosina, Łódź, Stęszew, Szreniawa, Komorniki i Poznań. Całość wykonałem dość sprawnie i bezproblemowo, choć walka z wiatrem była zdecydowanie nierówna, bo nawet jeśli flagi pokazywały, że aktualnie mi on sprzyja to na wysokości mojej skromnej osoby było zupełnie odwrotnie. Nie dałem się jednak i znów udało się wywalczyć średnią w okolicach trzech dych, choć była ona na granicy.
Od jutra koniec lenia, ale za to prognozy mówią o nadchodzących opadach. Więc pewnie znów odpocznę. Od roweru tym razem :/
- DST 33.45km
- Czas 01:14
- VAVG 27.12km/h
- VMAX 41.40km/h
- Temperatura 4.0°C
- Podjazdy 117m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
...miało być tak super...
Niedziela, 6 marca 2016 · dodano: 06.03.2016 | Komentarze 2
Jakiś czas temu bombardowała me uszy oraz psychikę reklama w radiu jakiegoś paskudztwa na przeziębienie, podczas której jak na moje lekko opóźniony w rozwoju dzieciak irytująco płaczliwym głosem miauczał: "mamusiuuuu, ja kaszlęęę, dzisiaj mam urodzinkiiiii, miało być tak suuuuuper...". Reklama na szczęście już od dawna nie leci, mam nadzieję, że została zakazana przez KRRTiV, bo jeszcze kilka odsłuchów i byłbym bliski pomocy "maluszkowi" w rozwiązaniu problemu na wieczność, ale przesłanie mocno zostało w mojej głowie.
I dziś oficjalnie mogę je w końcu zacytować (a że przy okazji Żona ma dziś urodziny - oczywiście osiemnaste - to wszystko ładnie się układa): miało być tak fajnie. Leniwa niedziela zawierała zgodę na szybki kursik, gdy już więc udało się zwlec z wyra (około 10:30) zacząłem szykować szosę. Jeszcze tylko otwarcie okna, żeby ocenić temperaturę i... zonk. W tym momencie zaczęło kropić. Po chwili padać. Za kolejną - lać. O co kaman? Przecież przed kilkoma minutami było suchutko... Zwiesiłem nos na kwintę i postanowiłem przeczekać, w międzyczasie zostając wysłanym na zakupy. Gdy z nich wracałem krople przestały padać z nieba. Z mojego dzisiejszego limitu została jeszcze godzinka, upewniłem się tylko czy jest mi ona przynależna (była), chwyciłem pod pachę corssa prędkością Clarka Kenta zmieniłem strój na właściwy :)
I teraz najkrócej, bo o samej jeździe. Pokręciłem deszczowego gluta przez Luboń, Wiry i Puszczykowo do Mosiny, tam zawróciłem i drogę powrotną jedynie lekko skorygowałem o Łęczycę. Zagadka: czy zaczęło znów kropić? Odpowiedź: nie. Zaczęło lać. Oto jak wyglądało to z mojej perspektywy:
Po powrocie zostałem karnie zesłany w okolice pralki. I zrobiłem to z uśmiechem, choć słabo widocznym pomiędzy zwałami błota na pysku :)
- DST 57.55km
- Czas 01:59
- VAVG 29.02km/h
- VMAX 51.70km/h
- Temperatura 3.0°C
- Podjazdy 175m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Focia z Marychą :)
Sobota, 5 marca 2016 · dodano: 05.03.2016 | Komentarze 9
Nadarzyła się kolejna - o dziwo - wolna sobota. Jak to u mnie, priorytetem jest rodzinne spędzanie czasu, więc na więcej niż pięć dyszek okazji nie było, ale przywilej pospania trochę dłużej i późniejszego ruszenia w trasę to zdecydowany plus. A że udało mi się przy okazji dziś z gracją wymiksować z wizyty u Teściowej (i to nie z mojej winy!)... noooo płakać nie miałem zamiaru :)
Wyruszyłem zgodnie z... planowanym opóźnieniem :) Czyli przed jedenastą. Wiało ze wschodu, więc bez jakichś głębszych założeń ruszyłem objazdem przez Hetmańską na Starołęcką, zakładając, że dalsza droga urodzi się sama. I się urodziła w bólach, bo z powodu nagłej choroby oczu przejechałem całą w/w ulicę nie zauważając (przy całej mojej dla niej sympatii) ścieżki z kostki leżącej po drugiej stronie. Wiedząc jednak, że nawet takowe zaćmienie nie wytłumaczy mnie jeśli będę wracał tą samą drogą postanowiłem pokombinować. I tym sposobem w Czapurach skręciłem na Kamionki i Daszewice, docierając spokojnie do Borówca. Tu pojawił się dylemat - albo pokręcę się jeszcze po okolicy i zawrócę, co skończy się zaliczeniem wspomnianej DDR-ki, albo wybiorę wersję alternatywną. Która wyglądała tak:
Z dwojga złego wybrałem kilometr szajsu pamiętającego wujka Adolfa zamiast kilku kilosów spod dość ironicznego oznaczenia "dla rowerzystów" zbudowanych w czasach wolnej Polski. Nie powiem, kosztowało mnie to sporo stresu, a po przejechaniu tego, co na zdjęciu skrzętnie zlustrowałem (co ostatnio w PL znów stało się modne) stan oszprychowania roweru, ale i tak nie żałowałem. Potem bowiem przez już przyzwoitą drogę serwisową wzdłuż S-11 zawitałem na obrzeżach Kórnika, zaliczając jeszcze Skrzynki.
Od tej pory miało być miło, łatwo i przyjemnie, bo wbrew rowerowej logice założyłem, że jeśli do tej pory wiało mi w ryj to teraz będzie odwrotnie. No nie było. Ten fenomen wciąż mnie zadziwia. Walcząc więc wciąż z podmuchami zaliczyłem Mieczewo, Rogalin, Rogalinek. Po drodze mijając sporo uśmiechniętych rowerzystów (pozdrowienia były!) i niepoprawne grzybiarki (pozdrowień nie było, ufff!). Po przejechaniu mostu nad Wartą skręciłem na Puszczykowo, gdzie nagle wpadła mi pod kask myśl, żeby odwiedzić okolice muzeum oraz pracowni Arkadego Fiedlera. Czemu - nie wiem, ale lubię to miejsce i zawsze z sympatią tam wracam. Zatrzymałem się za płotem, żeby porobić fotki, które niestety z tej perspektywy po prostu nie mają prawa wyjść i już miałem ruszać dalej, gdy nagle usłyszałem od widocznego kątem oka niezwykle sympatycznego tubylca, jak się okazało sąsiada:
- (......)?
- Słucham?
- (............)?
- Przepraszam, proszę dać mi chwilę, muszę wyłączyć muzykę. O, dziękuję.
- Pytałem czy nie chce pan zdjęcia ze statkiem, który pan fotografuje.
- No pewnie!
- To proszę się ustawić, uśmiechnąć. Rower też niech się uśmiechnie.
I tak zdobyłem zdjęcie z repliką statku Santa Maria, na którym Krzysztof Kolumb odkrył Amerykę. Marycha wyszła nie w całości, ale zawsze coś :)
Jak zwykle zostałem tu mile zaskoczony ludzką uprzejmością. Nie wiem czy ta miejscowość ma w sobie jakieś Fluidy Pozytywu, ale któryś raz jestem zadziwiony puszczykowską mentalnością i zgłaszam ją jako najbardziej zagrażającą Polskiej Tradycji Nienawiści do Wszystkiego Co Się Rusza :) Z panem jeszcze sobie chwilę pożartowaliśmy i życząc sobie wszystkiego najlepszego pożegnaliśmy. Ja jeszcze cyknąłem nieudaną fotę tyłka kolejnej repliki, tym razem Hurricane'a znanego z "Dywizjonu 303" i ruszyłem przez Luboń (tu wróciła nienormalna normalność) do domu. Olewając już kompletnie średnią.
Jeśli kogoś zainteresowało muzeum w Puszczykowie to pisałem o nim już wcześniej, a ponadto polecam jego oficjalną stronę.






