Info
Suma podjazdów to 784877 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Maj10 - 14
- 2026, Kwiecień30 - 50
- 2026, Marzec31 - 65
- 2026, Luty28 - 51
- 2026, Styczeń31 - 72
- 2025, Grudzień31 - 80
- 2025, Listopad30 - 70
- 2025, Październik31 - 96
- 2025, Wrzesień30 - 125
- 2025, Sierpień31 - 144
- 2025, Lipiec31 - 188
- 2025, Czerwiec30 - 147
- 2025, Maj31 - 187
- 2025, Kwiecień30 - 156
- 2025, Marzec31 - 204
- 2025, Luty28 - 178
- 2025, Styczeń31 - 168
- 2024, Grudzień31 - 239
- 2024, Listopad30 - 201
- 2024, Październik31 - 208
- 2024, Wrzesień30 - 212
- 2024, Sierpień32 - 210
- 2024, Lipiec31 - 179
- 2024, Czerwiec30 - 197
- 2024, Maj31 - 268
- 2024, Kwiecień30 - 251
- 2024, Marzec31 - 232
- 2024, Luty29 - 222
- 2024, Styczeń31 - 254
- 2023, Grudzień31 - 297
- 2023, Listopad30 - 285
- 2023, Październik31 - 214
- 2023, Wrzesień30 - 267
- 2023, Sierpień31 - 251
- 2023, Lipiec32 - 229
- 2023, Czerwiec31 - 156
- 2023, Maj31 - 240
- 2023, Kwiecień30 - 289
- 2023, Marzec31 - 260
- 2023, Luty28 - 240
- 2023, Styczeń31 - 254
- 2022, Grudzień31 - 311
- 2022, Listopad30 - 265
- 2022, Październik31 - 233
- 2022, Wrzesień30 - 159
- 2022, Sierpień31 - 271
- 2022, Lipiec31 - 346
- 2022, Czerwiec30 - 326
- 2022, Maj31 - 321
- 2022, Kwiecień30 - 343
- 2022, Marzec31 - 375
- 2022, Luty28 - 350
- 2022, Styczeń31 - 387
- 2021, Grudzień31 - 391
- 2021, Listopad29 - 266
- 2021, Październik31 - 296
- 2021, Wrzesień30 - 274
- 2021, Sierpień31 - 368
- 2021, Lipiec30 - 349
- 2021, Czerwiec30 - 359
- 2021, Maj31 - 406
- 2021, Kwiecień30 - 457
- 2021, Marzec31 - 440
- 2021, Luty28 - 329
- 2021, Styczeń31 - 413
- 2020, Grudzień31 - 379
- 2020, Listopad30 - 439
- 2020, Październik31 - 442
- 2020, Wrzesień30 - 352
- 2020, Sierpień31 - 355
- 2020, Lipiec31 - 369
- 2020, Czerwiec31 - 473
- 2020, Maj32 - 459
- 2020, Kwiecień31 - 728
- 2020, Marzec32 - 515
- 2020, Luty29 - 303
- 2020, Styczeń31 - 392
- 2019, Grudzień32 - 391
- 2019, Listopad30 - 388
- 2019, Październik32 - 424
- 2019, Wrzesień30 - 324
- 2019, Sierpień31 - 348
- 2019, Lipiec31 - 383
- 2019, Czerwiec30 - 301
- 2019, Maj31 - 375
- 2019, Kwiecień30 - 411
- 2019, Marzec31 - 327
- 2019, Luty28 - 249
- 2019, Styczeń28 - 355
- 2018, Grudzień30 - 541
- 2018, Listopad30 - 452
- 2018, Październik31 - 498
- 2018, Wrzesień30 - 399
- 2018, Sierpień31 - 543
- 2018, Lipiec30 - 402
- 2018, Czerwiec30 - 291
- 2018, Maj31 - 309
- 2018, Kwiecień31 - 284
- 2018, Marzec30 - 277
- 2018, Luty28 - 238
- 2018, Styczeń31 - 257
- 2017, Grudzień27 - 185
- 2017, Listopad29 - 278
- 2017, Październik29 - 247
- 2017, Wrzesień30 - 356
- 2017, Sierpień31 - 299
- 2017, Lipiec31 - 408
- 2017, Czerwiec30 - 390
- 2017, Maj30 - 242
- 2017, Kwiecień30 - 263
- 2017, Marzec31 - 393
- 2017, Luty26 - 363
- 2017, Styczeń27 - 351
- 2016, Grudzień29 - 266
- 2016, Listopad30 - 327
- 2016, Październik27 - 234
- 2016, Wrzesień30 - 297
- 2016, Sierpień30 - 300
- 2016, Lipiec32 - 271
- 2016, Czerwiec29 - 406
- 2016, Maj32 - 236
- 2016, Kwiecień29 - 292
- 2016, Marzec29 - 299
- 2016, Luty25 - 167
- 2016, Styczeń19 - 184
- 2015, Grudzień27 - 170
- 2015, Listopad20 - 136
- 2015, Październik29 - 157
- 2015, Wrzesień30 - 197
- 2015, Sierpień31 - 94
- 2015, Lipiec31 - 196
- 2015, Czerwiec30 - 158
- 2015, Maj31 - 169
- 2015, Kwiecień27 - 222
- 2015, Marzec28 - 210
- 2015, Luty25 - 248
- 2015, Styczeń27 - 187
- 2014, Grudzień25 - 139
- 2014, Listopad26 - 123
- 2014, Październik26 - 75
- 2014, Wrzesień29 - 63
- 2014, Sierpień28 - 64
- 2014, Lipiec27 - 54
- 2014, Czerwiec29 - 82
- 2014, Maj28 - 76
- 2014, Kwiecień22 - 61
- 2014, Marzec21 - 25
- 2014, Luty20 - 40
- 2014, Styczeń15 - 37
- 2013, Grudzień21 - 28
- 2013, Listopad10 - 10
- DST 53.20km
- Czas 02:05
- VAVG 25.54km/h
- VMAX 59.00km/h
- Temperatura 14.0°C
- Podjazdy 739m
- Sprzęt Zimówka - góral (na emeryturze)
- Aktywność Jazda na rowerze
Górrrrrki - wróciłem! :)
Czwartek, 11 sierpnia 2016 · dodano: 11.08.2016 | Komentarze 2
Znów brak czasu na wpis o rozsądnej porze, ale tym razem z powodu drugiej, zaległej części urlopu. Na taki brak czasu chętnie się zgadzam :)
Magicznym sposobem jestem już w Sudetach, wczoraj jeszcze kręcąc po Wielkopolsce, a tydzień temu po nadmorskich ścieżynkach. Mimo więc pewnej przerwy w wolności od roboty, uznaję tegoroczny sierpień już wstępnie za wyjazdowo-rowerowo udany. Mimo że rower, którym dziś kręciłem powinien znajdować się w muzeum techniki, a nie pod moim tyłkiem. Łatwiej wymienić bowiem w nim elementy, które nie trzeszczą, skrzypią lub potencjalnie mogą odpaść niż te, które nie mają takich zapędów :)
Do tego rozwaliła mi się pompka, więc pierwszym z kierunków po wyruszeniu była jedna z jeleniogórskich stacji benzynowych, na której zapoznałem się bliżej z możliwościami pana kompresora. Całkiem sporymi, do tego ze zdziwieniem znalazłem na nim informację, że w dziale zakupowym można nabyć, specjalnie dla cyklistów, przejściówki do innych rodzajów wentyli niż te samochodowe. No proszę, świat jednak idzie do przodu.
Gdy już byłem tam gdzie byłem wjechałem sobie na pobliski wiadukt i zrobiłem focię centrum mojego rodzinnego miasta. Które chyba jest ładne, no nie? A przynajmniej ładnie położone? :)
Potem już zacząłem się mordować wytyczonym przy ostatnim pobycie szlakiem, z którego jestem naprawdę dumny, bo pięć dyszek prowadzi nie po jakichś komercyjnych rejonach, a po mało znanych wiochach i zadupiach. Co nie znaczy, że mniej uroczych.
Na początku wspinaczki pod pierwszą solidną górę, czyli szczyt Siedlęcina, stwierdziłem, że nikt tak ja nie potrafi napełnić bidonu napojem aż do najwyższej krawędzi, starannie zakręcić, by finalnie... zostawić go w domu. Brawo ja. Na szczęście było na tyle rześko o tej 8:30 rano, że obeszło się bez. W Pasieczniku, zaraz za kościołem, mało znaną drogą skręciłem w kierunku na Janice, gdzie zacząłem kolejną wspinaczkę, mijając miedzy innymi oddaloną od cywilizacji osadę Franciszkanów. Tym samym kontemplując, a i kątem plując od czasu do czasu, zacnym afsaltem dotarłem do Rębiszowa, zaliczając pauzę na punkcie widokowym, jak zwykle usyfionym przez Szanownych Rodaków.



Stamtąd, wciąż katując Sapkowskiego, tym razem "Chrzest ognia", wspinałem się i zjeżdżałem dróżkami przez Proszową i Kwieciszowice, aż dotarłem do dwóch pań na "k". Czyli Małej, a potem Starej Kamienicy. Skąd myk i znów główną trasą połknąłem Siedlęcin i zjazd do Jeleniej, gdzie prawie bym się rozpędził do sześciu dych, ale nie chciałem mieć swojego pomnika i w przeciwieństwie do pewnego anonimowego Tupolewa nie szarżowałem swoim :)
Oj, brakowało mi tych górek, zjazdów, podjazdów, a także świadomie wybranego tempa, przy którym tutejsze ślimaki patrzyły na mnie z wyższością. Lubię to :)
- DST 52.30km
- Czas 01:47
- VAVG 29.33km/h
- VMAX 50.70km/h
- Temperatura 14.0°C
- Podjazdy 66m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Lato marzeń :)
Środa, 10 sierpnia 2016 · dodano: 10.08.2016 | Komentarze 2
Znów wyjazd o
godzinie z gatunku irracjonalnych, czyli o siódmej
rano. Życie chłoszcze :)
Mając mało czasu
odpuściłem sobie wybieranie trasy pod względem wiatru i pokręciłem
kółko przez Plewiska, Komorniki, Rosnowo, Konarzewo, Trzcielin,
Dopiewo, Dąbrówkę i znów Plewiska. Okazało się, że czy
przejmuję się podmuchami czy nie, wychodzi na to samo, bo jak zwykle
wmordewind i bocznowind towarzyszył mi przez większość czasu :)
Bardzo podobała mi
się temperatura – 14 stopni. A nie, przepraszam, źle napisałem.
Zgodnie z wytycznymi Komisji Mors-kiej powinno być "+14". I tyle było
:) Biorąc to oraz zachmurzone niebo pod uwagę stwierdzam, że takie
sierpnie mogą być co roku, najlepiej przez 31 dni w miesiącu :)
Średnia wyszła masakryczna. A może bardziej nostalgiczna, bo zamiast na jeździe skupiałem się na analizowaniu wiejsko-industrialnych widoczków wielkopolskiego zadupia :)
- DST 52.30km
- Czas 01:47
- VAVG 29.33km/h
- VMAX 50.20km/h
- Temperatura 18.0°C
- Podjazdy 52m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
PBC
Wtorek, 9 sierpnia 2016 · dodano: 09.08.2016 | Komentarze 6
...czyli Permanentny Brak Czasu ostatnimi dniami. Na szczęście przede mną na horyzoncie chwila oddechu. Dziś więc wpis na zasadzie: byłem, objechałem, wróciłem, ogarnąłem się, do roboty wyruszyłem. W sumie gdyby nie to kręcenie, które pozwala mi zachować równowagę psychiczną to pewnie już dawno rzuciłbym to wszystko w ... No tam, gdzie się rzuca takie sprawy :)
Jechałem w deszczu. Którego według prognoz nie miało być. Pod wiatr każdy możliwy, tylko nie ten zapowiadany (północno-zachodni). Jak ja kocham tych naszych meteorologów. Trasa to kółeczko przez Górczyn, Bułgarską, Bukowską, Wysogotowo, Więckowice, Dopiewo, Palędzie, Dąbrówkę, Plewiska. Średnia - wybitnie rekreacyjna.
Z atrakcji. Na DDR-ce wzdłuż Bułgarskiej jadący przede mną "miejskorowerzysta" tak się przestraszył wyrażenia "przepraszam", która z założenia miało mi ułatwić wyprzedzanie, że w panice skręcił w lewo przed moimi kołami. Mi udało się go zgrabnie minąć z prawej, a on sam wjechał z impetem w krzaki. Upewniając się, że nic mu się nie stało pokręciłem dalej, choć raz w życiu czując się zwycięski jak Rafał Majka. Lecz bez medalu :)
- DST 53.60km
- Czas 01:49
- VAVG 29.50km/h
- VMAX 53.70km/h
- Temperatura 21.0°C
- Podjazdy 172m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Dżejms Błąd
Poniedziałek, 8 sierpnia 2016 · dodano: 08.08.2016 | Komentarze 6
Musiałem dziś z pewnych względów znów wyruszyć o godzinie, która formalnie powinna być zakazana ustawowo, czyli o siódmej rano. Udało się wstać, udało się zebrać, udało się wyruszyć, ale już wygrać z korkami na odcinku Poznań - Mosina - niestety nie. Cierpliwie więc odstałem swoje, by za wspomnianą miejscowością wpaść na genialny pomysł, żeby popedałować na południe, czyli do Żabna. Myśl miała jeden poważny defekt - konieczność pokonania objazdu dokoła remontowanego od jakiegoś miliona lat przejazdu kolejowego, co szosowe koła wypominać mi będę przez najbliższy rok, gdyż prowadzi on przez DDR-kę z dizajnem by Polska Myśl Techniczna. Co jak wiadomo oznacza ból, pot i łzy. No, może prócz tych ostatnich ;)
Podczas powrotu postanowiłem oszukać system i objazd ominąć, pamiętając że dawało się kiedyś przebić przez remontowane torowisko wolno kręcąc po rozjechanym przez ciężki sprzęt terenie. No to już wiem, że aktualnie się nie da, a ja, jako osoba, dla której cofanie się to akt dezercji, zafundowałem sobie spacerek najpierw wzdłuż linii kolejowej, potem przeskoczenie z rowerem na plecach dzikim (ale oficjalnie oznaczonym przez PKP!) przejściem przez tory, by finalnie wylądować na "uroczej" stacji w Mosinie, skąd uciekłem jak niepyszny. A ze niewstydliwą średnią pożegnałem się już wtedy na dobre, więc jeszcze pozwoliłem sobie na "górski" etap z podjazdem przez Stare Puszczykowo.
No cóż, błądzić jest rzeczą ludzką, więc z racji częstotliwości owego błądzenia jestem człowiekiem w co najmniej 110%. Nawet jeśli nie mam szacunku dla akurat tego gatunku ssaków :)
- DST 52.18km
- Czas 01:41
- VAVG 31.00km/h
- VMAX 50.70km/h
- Temperatura 18.0°C
- Podjazdy 66m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Bucka drogowa :)
Niedziela, 7 sierpnia 2016 · dodano: 07.08.2016 | Komentarze 9
Rzadko kiedy jeździ mi się tak komfortowo jak zdarzyło się to dziś. Idealna temperatura - 18 stopni. słońce nierzeźnicze, wiatr solidny, ale do ogarnięcia, puste drogi... Nawet ja nie miałem na co marudzić - skandal :) Pokręciłem sobie na zachód, przez Plewiska, które trudno jest ominąć, Skórzewo, Wysogotowo, gdzie skręciłem wzdłuż DK307 w kierunku na Sierosław, potem Więckowice, Dopiewo, Palędzie i znów Plewiska. Japa mi się cieszyła, bo średnia w końcu pojawiła się jako tako przyzwoita.
W Plewiskach wyprzedziłem jakąś niewiastę na wypasionym szosowym sprzęcie, z lemondką i pełnym wyposażeniem, zwyczajowo mówiąc przy tym "cześć". Napotkałem ciszę i minę zamyślonego cyborga. No dobra, każdemu może się zdarzyć chwilowa blokada umysłowa. Jednak gdy kawałek dalej zwolniłem przed rondem w Skórzewie i znów zobaczyłem tę personę przed sobą, gdy przejechała beze mnie bez słowa, postanowiłem zrobić jeszcze jeden test i ponownie podczas wyprzedzania za kościołem znów pozdrowiłem. I zgadnijcie - znów nic, nawet grymasu. Ja wiem, że może nie jestem do końca pro, moja koszulka teamu Vacansoleil jest zdeka nieaktualna, spd-ów nie używam, a i rower w jakimś mega wielkim dwukołowym markecie sprzedawany byłby z najniższej półki, a do tego nie miałem czasu go ostatnio wyszorować, ale kurde. Jakaś kultura chyba (?) obowiązuje. Tym samym mogę się pochwalić spotkaniem na trasie wyjątkowego egzemplarza kobiety-buca. Czyli krótko mówiąc bucki :)
Na szczęście w dalszej drodze honor płci przeciwnej został uratowany, bo kolarki sztuk dwie ładnie pozdrowiły i to z uśmiechem. Dobrze, bo seksizm rodzi się z małych rzeczy :) Jeśli chodzi o tę samą sprawę w przypadku facetów to dziś 100% rowerowej poprawności zostało utrzymane.
- DST 52.20km
- Czas 01:44
- VAVG 30.12km/h
- VMAX 51.70km/h
- Temperatura 19.0°C
- Podjazdy 83m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Jajecznica + zaległe podsumowanie lipca
Sobota, 6 sierpnia 2016 · dodano: 06.08.2016 | Komentarze 2
Króciutki wpis, bo w robocie nie mam czasu zająć się pracą, tyle się dzieje :)
Wykonałem, walcząc z - a jak - z mocnym wiatrem, jeden z klasyków, z Poznania przez Plewiska, Gołuski, Dąbrówkę, Dopiewo, Trzcielin, Konarzewo, potem znów Pleiwska, do Poznania. Bez przygód, bez kontrowersji, a i wyjątkowo bez emocji.
Choć nie, te ostatnie były, prawie jak na grzybach. Halucynogennych :) Zaczyna się powoli sezon na takie odblaski, wyprzedzanie tych jajecznic do łatwych nie należy, a mój dzisiejszy egzemplarz był wyjątkowo przepisowy i jechał dokładnie tyle, ile miał na nalepce. I ani kilometra szybciej. A ja za nim przez jakiś czas, bo z naprzeciwka ruch trwał w najlepsze. 
Przez wyjazd nad morze zapomniałem podsumować rowerowego lipca. Było całkiem ok, bo mimo kilku jednodniowych pauz udało się wykręcić ponad 1750 kilometrów. Główna zasługa tutaj wyprawy z gatunku 200+ do Kalisza. Za to średnia słabiutka - 28,9, ale to z kolei zawdzięczam dość dużej ilości wypadów crossem.
- DST 52.00km
- Czas 01:46
- VAVG 29.43km/h
- VMAX 51.20km/h
- Temperatura 20.0°C
- Podjazdy 104m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Miejsko + Miedzianka movie
Piątek, 5 sierpnia 2016 · dodano: 05.08.2016 | Komentarze 15
Cholera, wystarczy kilka dni urlopu i człowiekowi zrobią taki grafik, że się pos...karży. To nie ludzie, to wilki :) W związku z tym, żeby zdążyć zarówno pokręcić, jak i pojeździć musiałem wstać dziś po szóstej, a wyruszyć po siódmej. Plus z tego był taki, że zdążyłem przed deszczem, bo skropił mnie tylko na ostatnich kilku kilometrach. Poza tym jechało się przyzwoicie, choć przy bocznym powiewie, całkiem mocnym, oraz sporą ilością męczarni po mieście, która zaważyła na średniej.
Trasa - "czysta Polska" w kształcie, od Dębca przez Starołękę, Krzesiny, Jaryszki, Tulce, Siekierki przez Paczkowo, Swarzędz, Maltę do Dębca. W sumie nie byłoby o czym pisać, gdyby nie to, że na DK-92 minęła mnie... Milicja Obywatelska. W polonezie. Z megafonami z "epoki". Co to za cholera była - nie mam pojęcia, ale obyło się bez pałowania :) No i bez zdjęcia. bo wyciągnąć telefonu nie zdążyłem.
Udało mi się w końcu wczoraj zlepić relację z drogi do wymarłego miasteczka w Miedziance. Pierwotnie miał to być instruktaż dla Walerego przed jego karkołomną wyprawą w te rejony, ale nie zdążyłem przed urlopem. Jakby komuś zachciało się obejrzeć to sugeruję od razu w prawym dolnym rogu zmienić rozdzielczość na 1080p, bo YouTube dziwne mi jakość przekonwertował.
- DST 54.10km
- Czas 01:47
- VAVG 30.34km/h
- VMAX 51.70km/h
- Temperatura 25.0°C
- Podjazdy 127m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Saga O Pedałach - napisy końcowe (mam nadzieję)
Czwartek, 4 sierpnia 2016 · dodano: 04.08.2016 | Komentarze 2
Pierwszy w tym miesiącu wypad szosą, a i pierwszy po Wielkopolsce. Stęskniłem się i za jednym, i za drugim, ale jednak bardziej za pierwszym :) Po kilku dniach człapania noga za nogą crossem po nieznanych mi rowerowo terenach zaostrzył się apetyt na choć troszkę szybszą jazdę, co postanowiłem uskutecznić.
Nie chciało mi się nawet kombinować z wyborem trasy, więc od razu rozpocząłem rysowanie na mapie swojego klasycznego "kondomika", rozpoczynając od strony wyjazdu na Komorniki. Korki pokonałem nawet sprawnie i przed Srzeniawą zadowolony na chwilę zwolniłem, żeby odpisać na smsa. Nagle zauważyłem po lewej stronie mknącego rowerzystę, i to nie na żadnej szosie, ale na mtb (w pozycji wybitnie aerodynamicznej, bo niemal położonego na kierze). Jak wiadomo tak nie można :), więc po chwili go wyprzedziłem, ale doceniając ambitną postawę krzyknąłem, żeby siadał mi na koło, mocno się go trzymał i nie wygłupiał z wyprzedzaniem. I tak ja zająłem się walką z centralnym, silnym południowym wiatrem, a mój pasażer dzielnie dotrzymywał mi kroku, jak potem pokazała Strava na wspólnym odcinku jadąc ze średnią 32,7. Przed Stęszewem ja skręciłem w lewo, kolega pojechał prosto, ale na światłach jeszcze specjalnie podjechał, podał rękę i podziękował, mówiąc że sporo mu pomogłem. Miło, kulturka rzecz święta :)
Już solo dotarłem przez Dymaczewo do Mosiny, gdzie w końcu dostałem porządne pedały, dużo lepsze od tych poprzednich niemal za free. Trochę szkoda mi było żegnać tymczasówki full plastic, bo sprawdziły się godnie, ale cóż zrobić :) Potem przez Puszczykowo i Luboń do siebie. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej, jak mawiają starożytne ślimaki.
- DST 58.00km
- Czas 02:11
- VAVG 26.56km/h
- VMAX 56.60km/h
- Temperatura 17.0°C
- Podjazdy 209m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Rowerem do Krokowej, czyli wielka cywilizacja na małym zadupiu
Środa, 3 sierpnia 2016 · dodano: 03.08.2016 | Komentarze 2
Ewolucja godzinowa moich nadmorskich startów jest zadziwiająca. Kolejno: 8:30, 7:30, 6:30. Jeszcze tydzień i w ogóle bym się nie kładł :) Nie miałem dziś jednak innego wyjścia, o czym na koniec.
Po wczorajszym ludzko-ścieżkowo-kostkowym koszmarze podczas drogi na Hel miałem ochotę lekko odżyć, więc postanowiłem uciec od morza. Kierunek mógł być tylko jeden - zachodni, bo na południe od Władka też było morze, a na północ bardziej się już nie dało :) Pierwsze rowerowe kroki skierowałem na Swarzewo, gdzie dotarłem jeszcze przez korkami. Następnie skręciłem na Gnieżdżewo i tym samym po minięciu tych metropolii znalazłem się w krainie wiatraków, które doprowadziły mnie do Łebcza.
Tam przypomniałem sobie o kawałku znakomitej drogi rowerowej, którą odkryłem w poniedziałek, odnalazłem więc znów szlak i z radością stwierdziłem po przeanalizowaniu przydrożnej mapy, że dojadę nią aż do wstępnego celu wybranego jeszcze w pensjonacie na mapie, czyli do miejscowości Krokowa. Zdjęcia tablicy nie zrobiłem, więc dokonam samokradzieży praw autorskich i wkleję to z przedwczoraj :)
Minąłem miejsce widoczne powyżej, czyli Starzyński Dwór i ruszyłem dalej w nieznane. Od tego momentu nie wierzyłem własnym oczom. Jechałem bowiem GENIALNĄ ddr-ką wytyczoną w miejscu zlikwidowanej trasy kolejowej, która po pierwsze była w 100% z masy bitumicznej, po drugie położona w odległości od zabudowań, po trzecie niezwykle malownicza, a po czwarte - pusta... Minąłem się tylko z kilkoma rowerzystami, w tym z dwoma szoszonami. Zresztą, co tu dużo gadać - spójrzcie. Prócz może czasem zbyt gorliwie ustawionych słupków na skrzyżowaniach z drogami publicznymi (i to naprawdę małej ich ilości) jeśli ktoś chce się do czegoś przyczepić to... śmiało. Nawet ja nie byłem w stanie :)



Z rozdziawioną papą dotarłem do jej końca. Czas mnie gonił, więc w Krokowej cyknąłem tylko z daleka wieże kościoła p.w. św. Katarzyny Aleksandryjskiej, a po fakcie okazało się, że wart zobaczenia był jeszcze zespół pałacowy. No cóż, być może następnym razem.
Zawróciłem, mając przed sobą już lekko oślepiające słońce i końcówkę "Czasu pogardy" Sapkowskiego. Nie mogłem znaleźć lepszych okoliczności, bo jedno z drugim uzupełniało się doskonale.

Wracałem swoimi śladami, z prawdziwym smutkiem żegnając tę przepiękną wyspę komfortu dla rowerzysty na polskiej pustyni miażdżenia nas i stresu na każdym stąpnięciu pedała. Ścieżka jak wyczytałem powstała w 2011 roku, czyli ma już pięć lat, a jak się przekonałem jest niemal nieznana. Mnie to akurat cieszy, bo znalezienie momentu ciszy w mekce komerchy i tandety, jakim jest polskie morze w sezonie to jak odkrycie nowej, lepszej Ameryki. I to dosłownie, bo obok Sulicic znajduje się miejscowość o tej nazwie :) Ponad trzydzieści kilometrów cywilizacji - to wciąż szokuje w naszym kraju. Brawo, brawo, brawo!
A tymczasem we Władku:
To moje ostatnie zdjęcie znad morza w tym roku, przynajmniej wakacyjne, zrobione o dziesiątej rano. Zgodnie z planem wróciliśmy bowiem dziś do Poznania. Osobiście nie dałbym rady wytrzymać już tam ani połowy dnia dłużej. Czuję się mentalnie zgwałcony i dousznie spenetrowany samochodami puszczającymi w ramach zachęty do jakiegoś spędu disco-polo. Oczy i trzewia mnie bolą od widoku wielkich bebechów bezwstydnie wałęsających się nie tylko po plaży, ale i po mieście. I narąbanych penerów w hicie sezonu, czyli koszulkach z dnia na dzień coraz bardziej wyklętych.
A Pomorskie rowerowo? Pełne paradoksów. Piękne widoki mieszają się tu z paskudztwem tego, co oferuje sobą część nadmorskich miejscowości. Morze jak zwykle kusi, nęci i zachwyca, ale w przypadku perspektywy ponownego odwiedzenia choćby drogi na Hel musiałbym wziąć na starcie relanium. No i ten dzisiejszy luksus ścieżkowy jako kontrast dla wczorajszej rzeźni... Chyba po prostu jeżdżenia tutaj trzeba się nauczyć :)
PS. Dzisiejszy wpis zawiera wyjątkowo jeszcze 5 kilometrów dojazdu z Poznania Shity Centre do domu. Umieszczam, bo zapomniałem wymontować licznika i niech już tak zostanie :)
- DST 75.10km
- Czas 02:53
- VAVG 26.05km/h
- VMAX 37.40km/h
- Temperatura 19.0°C
- Podjazdy 491m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Road to Hel
Wtorek, 2 sierpnia 2016 · dodano: 02.08.2016 | Komentarze 8
Człowiek uczy się na błędach, ja wyjątkiem nie jestem, więc dziś wstałem wcześniej i w okolicach 7:30 byłem gotowy do drogi, z wyjątkowo jasno sprecyzowanym celem. Półwysep Helski, który zamierzałem pokonać w całej jego rozciągłości, jest przepiękny, ale byłem przygotowany na hardkor. I się nie zawiodłem.
Mimo wyjazdu o wspomnianej porze przepchanie się przez centrum Władka było drogą przez mękę. Gdy już udało mi się dopchać do testowanej wczoraj na krótkim odcinku drogi do Helu wziąłem głęboki oddech, zacisnąłem zęby i postanowiłem, że dam radę. Przeciwko sobie miałem dwa moje "ukochane" elementy - silny wiatr, wiejący tym razem z południowego zachodu, od morza, czyli jak się okazało przeszkadzający w jedną i w drugą stronę, oraz polską, standardową gównianą DDR-kę. Łącznie przez ponad siedemdziesiąt kilometrów... Wiem, chce się żyć :)
Kostka falowała mi pod kołami, ja byłem w szoku, że ktoś kiedykolwiek zezwolił na powstanie czegoś takiego, ale widoki rekompensowały wszystko. Najpierw Chałupy-łelkom-tu, potem Kuźnica i ryjek mi się cieszył widząc wciąż morze na wyciągnięcie ręki. A nawet drewna od pomostu.

Gdzieś przed Jastarnią lekko odleciałem :)
Natomiast sama miejscowość podobała mi się o tyle, że na jej wysokości ścieżka zrobiła się całkiem cywilizowana, kostka prostsza, a jeszcze lepiej było w Juracie, gdzie na chwilę zanikła całkowicie ;) Tu było zdecydowanie najfajniej.
Nagle zakwitła przede mną docelowa tablica, choć podejrzanie zbyt wcześnie. Darowanemu koniowi jednak nie zagląda się w zadek, więc zrobiłem standardową fotkę i wypatrywałem czegoś podejrzanego :)
Nie trzeba było długo czekać. Zjechałem na kolejną ścieżkę, która po chwili przestała udawać, że jest przejezdna. I to w jaki sposób!
Po minięciu tego znaku w panice pokonałem widoczny pas zieleni i wróciłem na drogę, olewając takie sympatyczne "ułatwienia". Od teraz kręcenie stało się całkiem znośne, a jak zauważyłem nie byłem jedynym rowerzystą wybierającym to, co praktyczne, a nie abstrakcyjne. Tak minęło mi jakieś sześć z tych ośmiu kilosów, gdy nagle zobaczyłem zwalniający przy mnie samochód i otwartą szybę. Już wiedziałem co usłyszę :)
- Dzień dobry, jedzie pan drogą, a powinien pan ścieżką dla rowerów - odezwał się, a jakże, policjant na fotelu pasażera.
- Zdaję sobie sprawę, że jest tam jakaś DDR-ka, ale nieutwardzona, poza tym nie po mojej stronie - odparłem.
- Ale zgodnie z przepisami musi pan nią jechać.
Już otwierałem usta, żeby zacząć tłumaczyć niuanse, wyjątki, brak zakazu i złe oznaczenie, ale.... machnąłem w głowie ręką, uświadamiając sobie, że mam urlop i po co się denerwować, więc po prostu (sam się sobie dziwiąc) powiedziałem:
- No dobra, to zjadę.
- Ok.
Na moją decyzję wpłynął oczywiście też fakt, że kawałek przed sobą widziałem zamknięty szlaban, a za nim już bardziej cywilizowany trakt. Tym samym okazało się, że dotarłem do celu. Welcome to Hel :)


Odwiedziłem to miejsce nierowerowo, a nawet spędziłem kilka dni, w listopadzie ubiegłego roku i jakoś było ciut bardziej pusto :) Choć i tak jak się okazało dostanie choć gofra około godziny dziewiątej rano było jeszcze nierealne, więc skończyło się na Grześku i energetyku z warzywniaka. Usiadłem sobie chwilę na deptaku, zjadłem, posmarowałem napęd, który zaczął ćwierkać po wczorajszej jeździe i zawróciłem.
Teraz już znałem drogę, więc szło łatwiej, choć wiatr wciąż gnoił. Znów generalnie olałem wspomnianą ścieżkę, choć z ciekawości nawet kawałek się nią przejechałem, zaliczając jakieś tam hopki na szutrze, ale gdy znów pojawił się miks piachu z rozwalonym asfaltem odpuściłem. Im byłem bliżej cywilizacji tym rosła ilość kręcących, a obniżała średnia umiejętności jazdy. Tu parki jadące koło siebie, tu bachory tarasujące drogę, tu ktoś zakręcający bez ostrzeżenia, emeryci, renciści, ZBOWID-owcy... Plus piesi. Tu tematu jak sądzę rozwijać nie muszę, dość napisać, że kupiony specjalnie na tę okazję mikro dzwonek rowerowy był najbardziej niezbędnym elementem mojego wyposażenia. W sumie nie wiem na jaki limit dryndnięć jest on przewidziany, ale boję się, że dziś zbliżyłem się do granicy :)
Na dziesięć kilosów przed końcem pojawił się deszcz, który towarzyszył mi już do końca. Mogę więc powiedzieć, że wszystko co "najlepsze" dla rowerzysty miałem w pigułce. Jednak nie żałuję, bawiłem się mimo wszystko przednio, mając dzięki jeździe crossem dystans do średniej, przeszkód i polskiej rzeczywistości. Raz jeszcze gratuluję sam sobie, że nie zabrałem nad morze szosy, bo bym chyba tu zawisł na jakiejś suchej gałęzi z frustracji. A tak - jedno z najbardziej fascynujących miejsc w Polsce zostało zaliczone na dwóch kółkach, tempem zgwałconego ślimaka, ale jednak. Co moje to moje :)






