Info
Suma podjazdów to 812678 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Październik28 - 14
- 2026, Wrzesień30 - 11
- 2026, Sierpień31 - 24
- 2026, Lipiec31 - 19
- 2026, Czerwiec31 - 60
- 2026, Maj31 - 74
- 2026, Kwiecień30 - 50
- 2026, Marzec31 - 65
- 2026, Luty28 - 51
- 2026, Styczeń31 - 72
- 2025, Grudzień31 - 80
- 2025, Listopad30 - 70
- 2025, Październik31 - 96
- 2025, Wrzesień30 - 125
- 2025, Sierpień31 - 144
- 2025, Lipiec31 - 188
- 2025, Czerwiec30 - 147
- 2025, Maj31 - 187
- 2025, Kwiecień30 - 156
- 2025, Marzec31 - 204
- 2025, Luty28 - 178
- 2025, Styczeń31 - 168
- 2024, Grudzień31 - 239
- 2024, Listopad30 - 201
- 2024, Październik31 - 208
- 2024, Wrzesień30 - 212
- 2024, Sierpień32 - 210
- 2024, Lipiec31 - 179
- 2024, Czerwiec30 - 197
- 2024, Maj31 - 268
- 2024, Kwiecień30 - 251
- 2024, Marzec31 - 232
- 2024, Luty29 - 222
- 2024, Styczeń31 - 254
- 2023, Grudzień31 - 297
- 2023, Listopad30 - 285
- 2023, Październik31 - 214
- 2023, Wrzesień30 - 267
- 2023, Sierpień31 - 251
- 2023, Lipiec32 - 229
- 2023, Czerwiec31 - 156
- 2023, Maj31 - 240
- 2023, Kwiecień30 - 289
- 2023, Marzec31 - 260
- 2023, Luty28 - 240
- 2023, Styczeń31 - 254
- 2022, Grudzień31 - 311
- 2022, Listopad30 - 265
- 2022, Październik31 - 233
- 2022, Wrzesień30 - 159
- 2022, Sierpień31 - 271
- 2022, Lipiec31 - 346
- 2022, Czerwiec30 - 326
- 2022, Maj31 - 321
- 2022, Kwiecień30 - 343
- 2022, Marzec31 - 375
- 2022, Luty28 - 350
- 2022, Styczeń31 - 387
- 2021, Grudzień31 - 391
- 2021, Listopad29 - 266
- 2021, Październik31 - 296
- 2021, Wrzesień30 - 274
- 2021, Sierpień31 - 368
- 2021, Lipiec30 - 349
- 2021, Czerwiec30 - 359
- 2021, Maj31 - 406
- 2021, Kwiecień30 - 457
- 2021, Marzec31 - 440
- 2021, Luty28 - 329
- 2021, Styczeń31 - 413
- 2020, Grudzień31 - 379
- 2020, Listopad30 - 439
- 2020, Październik31 - 442
- 2020, Wrzesień30 - 352
- 2020, Sierpień31 - 355
- 2020, Lipiec31 - 369
- 2020, Czerwiec31 - 473
- 2020, Maj32 - 459
- 2020, Kwiecień31 - 728
- 2020, Marzec32 - 515
- 2020, Luty29 - 303
- 2020, Styczeń31 - 392
- 2019, Grudzień32 - 391
- 2019, Listopad30 - 388
- 2019, Październik32 - 424
- 2019, Wrzesień30 - 324
- 2019, Sierpień31 - 348
- 2019, Lipiec31 - 383
- 2019, Czerwiec30 - 301
- 2019, Maj31 - 375
- 2019, Kwiecień30 - 411
- 2019, Marzec31 - 327
- 2019, Luty28 - 249
- 2019, Styczeń28 - 355
- 2018, Grudzień30 - 541
- 2018, Listopad30 - 452
- 2018, Październik31 - 498
- 2018, Wrzesień30 - 399
- 2018, Sierpień31 - 543
- 2018, Lipiec30 - 402
- 2018, Czerwiec30 - 291
- 2018, Maj31 - 309
- 2018, Kwiecień31 - 284
- 2018, Marzec30 - 277
- 2018, Luty28 - 238
- 2018, Styczeń31 - 257
- 2017, Grudzień27 - 185
- 2017, Listopad29 - 278
- 2017, Październik29 - 247
- 2017, Wrzesień30 - 356
- 2017, Sierpień31 - 299
- 2017, Lipiec31 - 408
- 2017, Czerwiec30 - 390
- 2017, Maj30 - 242
- 2017, Kwiecień30 - 263
- 2017, Marzec31 - 393
- 2017, Luty26 - 363
- 2017, Styczeń27 - 351
- 2016, Grudzień29 - 266
- 2016, Listopad30 - 327
- 2016, Październik27 - 234
- 2016, Wrzesień30 - 297
- 2016, Sierpień30 - 300
- 2016, Lipiec32 - 271
- 2016, Czerwiec29 - 406
- 2016, Maj32 - 236
- 2016, Kwiecień29 - 292
- 2016, Marzec29 - 299
- 2016, Luty25 - 167
- 2016, Styczeń19 - 184
- 2015, Grudzień27 - 170
- 2015, Listopad20 - 136
- 2015, Październik29 - 157
- 2015, Wrzesień30 - 197
- 2015, Sierpień31 - 94
- 2015, Lipiec31 - 196
- 2015, Czerwiec30 - 158
- 2015, Maj31 - 169
- 2015, Kwiecień27 - 222
- 2015, Marzec28 - 210
- 2015, Luty25 - 248
- 2015, Styczeń27 - 187
- 2014, Grudzień25 - 139
- 2014, Listopad26 - 123
- 2014, Październik26 - 75
- 2014, Wrzesień29 - 63
- 2014, Sierpień28 - 64
- 2014, Lipiec27 - 54
- 2014, Czerwiec29 - 82
- 2014, Maj28 - 76
- 2014, Kwiecień22 - 61
- 2014, Marzec21 - 25
- 2014, Luty20 - 40
- 2014, Styczeń15 - 37
- 2013, Grudzień21 - 28
- 2013, Listopad10 - 10
- DST 57.00km
- Czas 01:59
- VAVG 28.74km/h
- VMAX 50.00km/h
- Temperatura 12.0°C
- Podjazdy 214m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
DeDDRatyzacji ciąg dalszy :)
Sobota, 4 marca 2017 · dodano: 04.03.2017 | Komentarze 4
Dziś dopracowywałem trasę muminkowo-alfowo-pistoletową, opisywaną kilka dni temu, która na Endomondo doczekała się jeszcze porównań z terierem. Czyli po prostu antyDDR-kową. Stosując kilka modyfikacji oraz optymalizując anty-ryzyko (oglądanie się za siebie w poszukiwaniu srebrno-niebieskich pojazdów) poprzez całkowicie niechcące (no bo jakie inne?) pominięcie ścieżki w Łęczycy, ograniczyłem obecność tego gów... tego genialnego wynalazku, ułatwiającego jak wiadomo nam życie na każdym kroku, do około półtora kilometra (kawałek w Krzesinach i na Hetmańskiej).
Ne te odcinki nie mam już patentu, chyba że zamontuję sobie skrzydła. Stery posiadam, wciąż trzeszczące, tak samo jak cała moja szosa. Mam wrażenie, że bliżej jej do skupu złomu niż na trasę, ale ponad 43,5 tysiąca zrobione w trzy i pół roku niestety musi mieć odbicie na tym - jakby nie patrzeć - jednym z najtańszych sprzętów na rynku. I tak się dziwię, że przy moim sposobie "fachowego" dbania o te dwa kółka jeszcze nie wyskoczyły one którejś nocy za okno, wybierając honorowe seppuku :)
Ciepło (dwanaście na plusie!), słonecznie, wiało solidnie, ale słabiej niż ostatnio - kręcić nie umierać :) Co zapewne wzięli sobie do serca poukrywani do tej pory głęboko w pieleszach rowerzyści, których wyległo dziś na drogi tylu, że już powoli zaczynam tęsknić za styczniowymi oraz lutowymi pustkami na trasach.
- DST 55.10km
- Czas 02:00
- VAVG 27.55km/h
- VMAX 50.60km/h
- Temperatura 7.0°C
- Podjazdy 131m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Sterany
Piątek, 3 marca 2017 · dodano: 03.03.2017 | Komentarze 0
Wolny dzień to jak zwykle okazja do wyspania się. Ale się cholera nie udało, bo spać mi się nie chciało :) Życie chłoszcze. Jako że zrywać z łóżka zbyt wcześnie ochoty jednak nie miałem to na spokojnie, w tej właśnie lokalizacji, przy kawce, skończyłem "kryminał", który był przewidywalny na tyle, że po niewiele więcej niż połowie wiedziałem kto zamordował i jedynie punktowałem słabości "dzieła". Które zresztą przeczytałem tylko po to, że w kolejce do zaliczenia czekała jego adaptacja filmowa. Po dzisiejszym seansie stwierdzam, że jednak książka nie była taka zła :) Jednym słowem - "Dziewczyna z pociągu" trzyma w napięciu niczym aktualne wydania "Wiadomości" - nawet nie trzeba szukać winnego, bo i tak jest tylko jedyny możliwy.
Na rower ruszyłem sporo po dziesiątej. Szosą, bo myślałem, że już mniej wieje. Myśleć to ja sobie mogę :) Delikatnie pisząc nic się nie zmieniło - i tyle. Po co się denerwować? Ruszyłem na południe, przez Luboń i Puszczykowo do Mosiny, bo miałem plan zawitać na chwilę do rowerowego podpytać fachowca o dziwne stukanie z przodu, gdzieś między kierą a podłożem. Moje podejrzenie padło na koło, ale gdy zostało ono na miejscu rozkręcone okazało się, że łożyska i konusy są w jak najlepszym porządku. Pozostały dwie możliwości - coś w widelcu lub stery. No i wstępnie (stety lub niestety, bo to robota na osobny serwis) winne są stery. Na razie podziałała lekko zabawa imbusami na zewnątrz, jak znajdę czas to mam kolejny element do wymiany. Powoli zaczynam przebąkiwać w domu o nowym rowerze... Jakby ktoś z rodziny Kulczyków chciał odpisać swój 1% na mnie to pozwalam :)
Dalszy plan jazdy był standardowy, czyli "kondomik". Ale w Dymaczewie zorientowałem się, że na mostku brakuje tej takiej malutkiej zaślepki od śruby, którą to w afekcie zostawiłem w serwisie i tym samym po dokręceniu do Będlewa postanowiłem wrócić swoimi śladami i po nią wpaść. Wiem, wystarczyłoby wydłubać plombę z zęba i bym miał jej zamiennik, ale jednak wolę oryginały :)
Jeśli ktoś myśli, że wiatr wiał mi ładnie w plecki to... niech myśli :) No nie wiał, jedynie fragmentami.
Dzień wolny, więc muzyczka w słuchawkach leciała adekwatna.
- DST 32.20km
- Czas 01:15
- VAVG 25.76km/h
- VMAX 51.00km/h
- Temperatura 7.0°C
- Podjazdy 65m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Glut wypadkowy
Czwartek, 2 marca 2017 · dodano: 02.03.2017 | Komentarze 22
Jednak jestem człowiekiem wielkiej wiary. Tej rowerowej. Mimo że od rana naprzemiennie padało, kropiło i lało, wewnętrznie wierzyłem, że jednak dziś pokręcę przed pracą. I faktycznie, gdy tylko po dziesiątej pogoda na chwilę odpuściła w te pędy osiodłałem crossa i ruszyłem.
Ruszyłem... Hmmm... A przynajmniej intensywnie starałem się to robić. Poruszanie się pod wiatr przypominało pływanie pod prąd, tylko że było cięższe :) Sapiąc dotarłem jakoś przez Luboń oraz Wiry do Komornik, gdzie ze zdziwieniem zauważyłem wielgachny korek, już od samego początku. Nie żeby akurat tam było to coś wyjątkowego, wręcz przeciwnie - jest to tam norma. No ale nie w takiej skali. Zacząłem więc powolny slalom między samochodami, to chodnikiem, poboczem, to środkiem, to musiałem przepuścić radiowóz jadący na sygnale, to lawetę... W końcu, po jakichś dwóch kilometrach trafiłem na komornickie "ground zero".


Jak się okazało na prostej (!) drodze zderzyły się cztery samochody, w tym jeden ciężarowy, do tego jadące po tym samym pasie. Gdy za pozwoleniem służb mijałem niczym pojazd uprzywilejowany miejsce wypadku to widok nie był za ciekawy - jedna osobówka do połowy skasowana, tył drugiej podobnie. O dziwo podobno nikt nie zginął, choć jedną osobę przetransportowano do szpitala widocznym na pierwszym zdjęciu śmigłowcem. Koras miał łącznie trzy kilometry.
W Szreniawie skręciłem, podobnie jak 99% samochodów, które miały szansę wybrać, na Rosnowo i wróciłem do domu z delikatnym powiewem w plecy przez Plewiska do domu. W międzyczasie pogoda znów się zbiesiła i zaczął padać deszcz, do tego jeszcze ze śniegiem. Wyjątkowo cieszyłem się, że nie mam czasu na dalsze wojaże :) A, a moja wodoodporna Sigma, ostatnia sprawna, która mi została, zamokła i przestała działać. Normalnie marka roku.
- DST 52.10km
- Czas 01:54
- VAVG 27.42km/h
- VMAX 60.40km/h
- Temperatura 7.0°C
- Podjazdy 62m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Pięć, czyli sześć dych + podsumowanie lutego
Środa, 1 marca 2017 · dodano: 01.03.2017 | Komentarze 16
Zostałem dziś tak wyprany z energii w pracy, że wpis będzie w wersji mikro, a może nawet nano.
Wykonałem trasę z Poznania przez Luboń, Wiry, Szreniawę, Konarzewo, Trzcielin, Dopiewo, Palędzie, Dąbrówkę i znów Plewiska do Poznania. Czyli klasyk. I o dziwo zdążyłem przed deszczem.
Wiatr poniewierał mną niczym gówniarzeria nowego ucznia w klasie, do tego rudego. Lub jak premier prezydenta, względnie partia rządząca suwerena. Szmacił, miażdżył, gnoił. Jako dowód podam fakt, że gdy łaskawie raz zawiał mi w plecy to na leciutkim zjeździe na Głogowskiej rozpędziłem się do 60 km/h.
No i czas na podsumowanie lutego. Było ok. Jak na luty, oczywiście :) Wykręciłem 1320 kilometrów, ze średnią 27,1 km/h. Większość crossem, ale bywały i szosowe momenty, wcale nie tak rzadko. Mimo że mroziło złem to wykonałem pierwszą w tym roku stówę przy sporym minusie, w celu uhonorowania pewnego Jubilata. Wracając zahaczyłem o sąsiednie województwo, co do teraz odbija się czkawką moim kołom. Fajny miesiąc, o dziwo.
- DST 52.30km
- Czas 01:52
- VAVG 28.02km/h
- VMAX 52.20km/h
- Temperatura 9.0°C
- Podjazdy 83m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Jeżycja(z)da
Wtorek, 28 lutego 2017 · dodano: 28.02.2017 | Komentarze 14
Planowałem dziś
pokręcić sobie na południe, tak żeby poczuć wiaterek w plecy
podczas powrotu, ale… No właśnie. Ale moja kochana Małżonka doznała z
okazji wtorku chwilowego napadu sklerozy i zapomniała wziąć ze sobą telefon. Nie pozostało mi nic innego jak zabawić się w
prywatnego kuriera i dostarczyć ów przedmiot amnezji na Jeżyce. Co
skutkowało tym, że wspominany wiaterek w plecy miałem podczas
jazdy przez miasto, czyli skorzystałem z niego głównie stojąc.
Rewela. Za to pozwiedzałem sobie Hipsterskie Ulice Jeżyc (jak ktoś
chce to może wykonać zabawę i zrobić sobie od tego skrót), będąc
lekko, aczkolwiek pozytywnie zaskoczony zmianami rowerowymi w tej
okolicy. Pojawiły się kontrapasy, a i część ścieżek troszkę
ucywilizowano – oczywiście wciąż jest gnój, ale mniej
śmierdzący :)
Rycha Peji nie
spotkałem, choć przejeżdżałem i przez jego ulicę (Morsie, nie
spotkałem również innego Ryśka P., czyli Twojego idola. Tak już
zaznaczam, bo pewnie i tak padłby komentarz w tym temacie), więc
zwinąłem się i stanąłem przed dylematem – co dalej? Powrót
przez Poznań w godzinach porannych uśmiechał mi się średnio,
więc zacząłem kombinować jak koń pod górę, przez Ogrody
dostając się do Bukowskiej, przez nią na Ławicę, by kawałek
dalej uwolnić się z miejskich szponów, po kilkunastu kilometrach
czerwonego, czerwonego i jeszcze raz czerwonego.
Od tego miejsca
zdałem się na porywy wiatru, który intensywnie starał się mi
przekazać, iż wolałby, żebym jechał w odwrotną stronę.
Dotarłem jednak jakoś do Więckowic i Dopiewa, gdzie w końcu
poczułem powiew w plecki. Fajnie się nawet kręciło, aż…
No tak :) Kilometr
jazdy za traktorem mnie zmiażdżył, a cholery wyprzedzić się nie
dało. Ale skoro mamy takie widoki to niechybnie idzie wiosna :) W
każdym razie uwolniłem się w końcu i ostatnim odcinkiem przez
Palędzie, Gołuski oraz Plewiska dobiłem średnią do najniższej z
ewentualnie tolerowanych. Dodam, że ostatnie 20 kilometrów wykonałem w
deszczu.
- DST 53.40km
- Czas 01:53
- VAVG 28.35km/h
- VMAX 50.30km/h
- Temperatura 10.0°C
- Podjazdy 204m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Minister ostrzega
Poniedziałek, 27 lutego 2017 · dodano: 27.02.2017 | Komentarze 41
Gdybym upadł na łeb
i został ministrem zdrowia, na co na szczęście się nie zanosi
(choć w sumie w aktualnym rządzie to stanowisko nie wydaje się
specjalnie skomplikowane – wystarczy negować większość z tego,
co na świecie uznane jest za sprawdzone, zastępując ideologią
zasłyszaną w Radio Maryja), to moją pierwszą decyzją byłoby
rozwieszenie w całej Polsce ostrzeżeń: „UWAGA! JAZDA PO POLSKICH
ŚCIEŻKACH ROWEROWYCH MOŻE ZAGRAŻAĆ TWOJEMU ŻYCIU LUB ZDROWIU.
PRZED WJECHANIEM NA NIE SKONSULTUJ SIĘ Z INNYM JADĄCYM Z NAPRZECIWKA
ROWERZYSTĄ I JEŚLI POTWIERDZI ON, ŻE NIE CZYHA TAM ŻADEN PATROL –
OLEJ JE”.
Ministrem nie
jestem, ale o swoje zdrowie dbam. Wieloletnia praktyka jazdy po wielu
polskich miastach i miasteczkach nauczyły mnie, iż świat idealny,
w którym nie ma kostki, fal Dunaju, krawężników oraz
przylepionych wjazdów do posesji w naszym kraju nie ma racji bytu.
Można jedynie minimalizować ryzyko. Niniejszym oświadczam, że
metodą prób i błędów wygenerowałem w końcu trasę prowadzącą
głównie przez tereny zabudowane, mającą lekko ponad 50
kilometrów, gdzie ilość obowiązkowych DDR-ek wynosi mniej niż
10%. Optymalizacja i dopracowanie szczegółów zajęło mi z grubsza
jakieś 10 lat, ale warto było :)
Szkopuł jest jeden
– trzeba zacząć na poznańskim Dębcu. Z tego względu opracowana
trasa nie jest w pierwszej kolejności dedykowana osobom na przykład
z Suwałk :) Jedziemy przez Luboń wzdłuż Armii Poznań, olewając
pozbrukową ścieżkę po lewej (nie prowadzi w kierunku jazdy),
docierając do Łęczycy, gdzie telepiemy się asfaltowym, choć
ostatnio usyfionym przez ciężki sprzęt budujących wiadukt nad
torowiskiem kawałkiem przez około 3 kilometry. Opuszczamy go i do
Mosiny kręcimy zwykłą drogą, stamtąd kierujemy się na
Rogalinek, z którego pędzimy na północ przez Wiórek do Czapur. W
nich trzeba uważać, bo jak nie skręcimy w kierunku Babek to czeka
nas zło, czyli 100% polska DDR-ka na Starołęckiej. Omijamy ją
sprytnie i tym samym zamiast robić w linii prostej 12 kilometrów
mamy przed sobą ponad 20. Za to zwykłymi drogami. Docieramy do
poznańskiej Gluszyny, wylatujemy z Poznania na wysokości Koninka,
znów zakręcamy za Jaryszkami i ponownie jesteśmy w Poznaniu, z
tym, że na Krzesinach. Tutaj zdarza się pół kilosa ścieżki z
asfaltu, potem normalność, potem nienormalność, czyli końcówka
Starołęckiej i jeszcze chwila podskakiwania na korzeniach po
potworku na Hetmańskiej. I już, znów Dębiec. Prawda, że proste?
:) Gdybym choć lekko zmienił kierunek i nie ominął kilku
kluczowych miejsc łączna długość śmieszek wyniosłaby z grubsza
16 kilometrów. A tak jest niecałe 5.
Ma się te życiowe
problemy, no nie? :) W załączeniu mapka. Trasa będzie się nazywała Muminek albo Alf.
A tak w ogóle to
zrobiło się całkiem sympatycznie. W momencie wyjazdu plus 7, pod
koniec nawet 12 stopni. Wiatr wciąż marudzi i męczy, ale
minimalnie mniej. I like it.
- DST 52.30km
- Czas 01:56
- VAVG 27.05km/h
- VMAX 50.20km/h
- Temperatura 5.0°C
- Podjazdy 125m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Cześć i chwała...
Niedziela, 26 lutego 2017 · dodano: 26.02.2017 | Komentarze 22
Był dziś ze mną jeden niemy bohater.
Skromny zarówno posturą, jak i
nieskomplikowany jeśli chodzi o wewnętrzną głębię.
Dzielnie chronił moje tyły.
Zapewniał bezpieczeństwo.
Nie marudził i bez szemrania spełnił
swoje zadanie.
Cześć i chwała mojemu szosowemu
tylnemu błotnikowi! :)
Przed pracą ruszyłem bowiem na swój
pięćdziesięciokilometrowy objazd trasą "kondomikową" z Poznania przez Stęszew, Dymaczewo, Mosinę, Puszczykowo i Luboń, spodziewając się chmurek i
może jakichś tam pojedynczych kropelek. Tymczasem – jak na
załączonym obrazku.
To, że wiało silnie od momentu wyjazdu nie jest warte nawet ostatnimi dniami wspominania. Ale to, że zaczęło lekko padać na dziesiątym kilometrze, a po kolejnych dziesięciu nastąpiło oberwanie chmury już jest. No ale przecież przez deszcz bym się nie wycofał. Kto jak kto, ale nie ja.
No dobra, wycofałbym się, ale w połowie drogi i tak nie miało to sensu :)
Dopłynąłem do domu chlupiąc butami, wolniutko, ale za to cztery litery mając w miarę suche. Tym samym dziękuję mojemu błotnikowi, który zresztą był prezentem od znajomego. Jest to - w przeciwieństwie do hołubionych jakoś teraz na dniach przez prawicę Żołnierzy Wyklętych - bohaterski twór o zapędach całkowicie pacyfistycznych. Nie morduje, nawet nie gwałci - zupełna antyteza wyżej wymienionych. Taki oto mój Błotnik Przypięty :)
Znalazłem dziś zakaz wjazdu w/na/pod (?) drzewa. Nie do końca rozumiem jego ideę. ale w tym kraju coraz mniej rozumiem :)
- DST 52.10km
- Czas 01:59
- VAVG 26.27km/h
- VMAX 50.50km/h
- Temperatura 2.0°C
- Podjazdy 86m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Z grubsza
Sobota, 25 lutego 2017 · dodano: 25.02.2017 | Komentarze 23
Wszystko dziś było u
mnie rowerowo z grubsza.
Z grubsza wykręciłem podobną trasę jak przedwczoraj, czyli Dębiec – Plewiska –
Komorniki – Konarzewo – Trzcielin – Dopiewo – Palędzie –
Dąbrówka – Plewiska – Dębiec, choć z drobnymi modyfikacjami.
Z grubsza miałem taką
samą cieniutką średnią jak wtedy, na tych samych grubaśnych crossowych
kołach.
Z grubsza przewiało
mnie do cna, mimo ubrania się w strój z grubsza odpowiedni. Jednak
na wichurę nie ma mocnych.
Z grubsza wróciłem
zadowolony z wyjazdu, bo po wczorajszym chomiku i dzisiejszym
poranku, który przywitał mnie widokiem ulic pokrytych śniegiem (na
szczęście po dziewiątej stopniał), to, że znów siedziałem na
siodełku jest pozytywne.
Z grubsza uważam
swoją formę za w miarę ok, bo dziś podczas walki z podmuchami
dogoniłem w Trzcielinie jednego ambitnie kręcącego rowerzystę,
który na moją ofertę, że lekko go podwiozę na kole po chwili
odpuścił. W sumie żaden powód do dumy, ale nie zaszkodzi o tym
napisać, żeby doszło +3 do rowerowego morale :)
Z grubsza... pięć
dych wpadło.
- DST 53.00km
- Czas 02:01
- VAVG 26.28km/h
- VMAX 52.50km/h
- Temperatura 7.0°C
- Podjazdy 55m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
O Pączusiu :)
Czwartek, 23 lutego 2017 · dodano: 23.02.2017 | Komentarze 26
Dziś, w przeciwieństwie do dnia poprzedniego, pogoda była strasznie niezdecydowana. Wczoraj po prostu od rana lało, więc skończyłem na chomiku (33 km, średnia 32,2 km/h), w przypadku tłustego czwartku już zrobiło się bardziej smacznie. Znów miało według prognoz padać, więc ze zdziwieniem przyuważyłem rano niebieskawe kawałki nieba. Niepokojące było jedynie to, że chmury ścigały się z F-16, co oznaczało jedno - wciąż koszmarnie mocny wiatr.
W związku z tym wybrałem crossa, bo raz, że cięższy, dwa, że jak już mam zmoknąć to wolę mieć świadomość posiadania szerokiego błotnika chroniącego moje cztery litery. Ruszyłem na zachód, jak to zwykle bywa podczas walki z wichurą starając się kręcić do przodu, a nie cofać. Jako tako się udawało. Bardzo jako tako. Do wysokości Trzcielina, gdzie dotarłem przez Luboń, Wiry, Komorniki oraz Konarzewo i zmieniłem w końcu kierunek jazdy, moja średnia wyniosła ledwie 23 km/h, co i tak uważałem za spory sukces :) Podczas powrotu nawet kilka razy powiało mi w plecki, ale cobym się za bardzo nie zachłysnął to głównie szturchało z boku.
Póki mogę korzystam jeszcze ze słuchawek i umilam sobie pedałowanie muzyką, a jak mi jej zakażą to pozostanie myślenie na trasie. Za to chyba się nie wezmą, chociaż kto wie? :) I tak sobie analizując rzeczywistość wymyśliłem, że jak wrócę to przy pączusiu narysuję w końcu coś o naszym Pączusiu, tym głównodowodzącym. Dawno się w to nie bawiłem, ale drób czyni cuda :)
Asumptem był oczywiście widok, który również dziś mi towarzyszył. Nie sądziłem, że i za tę aleję między Gołuskami a Plewiskami się mendy wezmą, Tną równo, ale ja wciąż się łudzę, że chodzi tylko o gałęzie...
Gdy wracałem chmurzyło się już konkretnie, zdążyłem jednak nabyć zestaw podstawowy do kawki i myknąć do domu przed deszczem. Tym samym mój ostatni w tym miesiącu dzień wolny uznaję za póki co udany, a nawet smaczny. Jutro znów podobno cały dzień opady... :/
- DST 31.70km
- Czas 01:15
- VAVG 25.36km/h
- VMAX 43.50km/h
- Temperatura 6.0°C
- Podjazdy 54m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Glut ukośny
Wtorek, 21 lutego 2017 · dodano: 21.02.2017 | Komentarze 12
Jednak nie zacząłem świecić po wczorajszej wizycie w ognisku ptasiej grypy. Te maty dezynfekujące chyba są jednak skuteczne :) Choć w sumie z jednej strony szkoda, może bym poczuł miętę do jazdy nocą :)
Dziś natomiast zdecydowanie nie czułem mięty nie tylko do jazdy, ale nawet do wyściubienia nosa za drzwi. Przelotny, choć niewielki opad nie był problemem, w przeciwieństwie do wiatru, który po raz kolejny starał się stanowczo zbyt intensywnie testować moją cierpliwość. Zacisnąłem jednak zęby (przy okazji - zaczyna mnie boleć górna piątka) i ruszyłem crossem przed pracą choć na minimalny (g)lutowy dystans. Oj ciężka to była misja. Pierwsza połowa trasy, z Poznania przez Plewiska do Skórzewa i ronda przed Dąbrówką to nawet nie jazda. To błagalna ateistyczna modlitwa o poruszanie się do przodu, a nie tak jak dziś byłoby wygodniej, na wstecznym. W każdym razie do momentu nawrotu na liczniku miałem zawrotną wartość 22,5 km/h. Oł je :)
Powrót przez Gołuski był zdecydowanie przyjemniejszy, przynajmniej w znacznej jego części. Choć przy zjeździe z wiaduktu na serwisówce przy S11 w pewnym momencie moja pozycja wyglądała z grubsza tak: "\". Po chwili już prawie tak: "-". Na szczęście udało się wrócić do: "I" :)
Ulica Czechosłowacka kawałek przed Górczynem wyłysiała. Podobnie jak moje do tej pory wybitnie zielone osiedle. O chorej wycince w całej Polsce napisano już wiele, więc wałkować tematu nawet mi się nie chce - wkurza mnie jedynie, że z powodu kretyńskiej ustawy wymyślonej przez tych gnoi inne gnoje śmiejąc się ludziom, którzy tak jak ja doceniają kawałki zieleni w mieście, w pysk, robiąc mi pustynię z krajobrazu, który tak sobie ceniłem. Ręce opadają. Albo inaczej - zaciskają się w pięści. A jeszcze w pakieciku wyczytałem dziś takiego oto NEWSA. Ja bym poszedł dalej - zakażmy jazdy na rowerach w ogóle! Wystarczy przeprowadzić sondaż wśród samych kierowców z pytaniem czy życzą sobie obecności cyklistów na drogach i pojawi się niezbity argument spod szyldu "lud tak chciał".






