Info
Suma podjazdów to 784877 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Maj10 - 14
- 2026, Kwiecień30 - 50
- 2026, Marzec31 - 65
- 2026, Luty28 - 51
- 2026, Styczeń31 - 72
- 2025, Grudzień31 - 80
- 2025, Listopad30 - 70
- 2025, Październik31 - 96
- 2025, Wrzesień30 - 125
- 2025, Sierpień31 - 144
- 2025, Lipiec31 - 188
- 2025, Czerwiec30 - 147
- 2025, Maj31 - 187
- 2025, Kwiecień30 - 156
- 2025, Marzec31 - 204
- 2025, Luty28 - 178
- 2025, Styczeń31 - 168
- 2024, Grudzień31 - 239
- 2024, Listopad30 - 201
- 2024, Październik31 - 208
- 2024, Wrzesień30 - 212
- 2024, Sierpień32 - 210
- 2024, Lipiec31 - 179
- 2024, Czerwiec30 - 197
- 2024, Maj31 - 268
- 2024, Kwiecień30 - 251
- 2024, Marzec31 - 232
- 2024, Luty29 - 222
- 2024, Styczeń31 - 254
- 2023, Grudzień31 - 297
- 2023, Listopad30 - 285
- 2023, Październik31 - 214
- 2023, Wrzesień30 - 267
- 2023, Sierpień31 - 251
- 2023, Lipiec32 - 229
- 2023, Czerwiec31 - 156
- 2023, Maj31 - 240
- 2023, Kwiecień30 - 289
- 2023, Marzec31 - 260
- 2023, Luty28 - 240
- 2023, Styczeń31 - 254
- 2022, Grudzień31 - 311
- 2022, Listopad30 - 265
- 2022, Październik31 - 233
- 2022, Wrzesień30 - 159
- 2022, Sierpień31 - 271
- 2022, Lipiec31 - 346
- 2022, Czerwiec30 - 326
- 2022, Maj31 - 321
- 2022, Kwiecień30 - 343
- 2022, Marzec31 - 375
- 2022, Luty28 - 350
- 2022, Styczeń31 - 387
- 2021, Grudzień31 - 391
- 2021, Listopad29 - 266
- 2021, Październik31 - 296
- 2021, Wrzesień30 - 274
- 2021, Sierpień31 - 368
- 2021, Lipiec30 - 349
- 2021, Czerwiec30 - 359
- 2021, Maj31 - 406
- 2021, Kwiecień30 - 457
- 2021, Marzec31 - 440
- 2021, Luty28 - 329
- 2021, Styczeń31 - 413
- 2020, Grudzień31 - 379
- 2020, Listopad30 - 439
- 2020, Październik31 - 442
- 2020, Wrzesień30 - 352
- 2020, Sierpień31 - 355
- 2020, Lipiec31 - 369
- 2020, Czerwiec31 - 473
- 2020, Maj32 - 459
- 2020, Kwiecień31 - 728
- 2020, Marzec32 - 515
- 2020, Luty29 - 303
- 2020, Styczeń31 - 392
- 2019, Grudzień32 - 391
- 2019, Listopad30 - 388
- 2019, Październik32 - 424
- 2019, Wrzesień30 - 324
- 2019, Sierpień31 - 348
- 2019, Lipiec31 - 383
- 2019, Czerwiec30 - 301
- 2019, Maj31 - 375
- 2019, Kwiecień30 - 411
- 2019, Marzec31 - 327
- 2019, Luty28 - 249
- 2019, Styczeń28 - 355
- 2018, Grudzień30 - 541
- 2018, Listopad30 - 452
- 2018, Październik31 - 498
- 2018, Wrzesień30 - 399
- 2018, Sierpień31 - 543
- 2018, Lipiec30 - 402
- 2018, Czerwiec30 - 291
- 2018, Maj31 - 309
- 2018, Kwiecień31 - 284
- 2018, Marzec30 - 277
- 2018, Luty28 - 238
- 2018, Styczeń31 - 257
- 2017, Grudzień27 - 185
- 2017, Listopad29 - 278
- 2017, Październik29 - 247
- 2017, Wrzesień30 - 356
- 2017, Sierpień31 - 299
- 2017, Lipiec31 - 408
- 2017, Czerwiec30 - 390
- 2017, Maj30 - 242
- 2017, Kwiecień30 - 263
- 2017, Marzec31 - 393
- 2017, Luty26 - 363
- 2017, Styczeń27 - 351
- 2016, Grudzień29 - 266
- 2016, Listopad30 - 327
- 2016, Październik27 - 234
- 2016, Wrzesień30 - 297
- 2016, Sierpień30 - 300
- 2016, Lipiec32 - 271
- 2016, Czerwiec29 - 406
- 2016, Maj32 - 236
- 2016, Kwiecień29 - 292
- 2016, Marzec29 - 299
- 2016, Luty25 - 167
- 2016, Styczeń19 - 184
- 2015, Grudzień27 - 170
- 2015, Listopad20 - 136
- 2015, Październik29 - 157
- 2015, Wrzesień30 - 197
- 2015, Sierpień31 - 94
- 2015, Lipiec31 - 196
- 2015, Czerwiec30 - 158
- 2015, Maj31 - 169
- 2015, Kwiecień27 - 222
- 2015, Marzec28 - 210
- 2015, Luty25 - 248
- 2015, Styczeń27 - 187
- 2014, Grudzień25 - 139
- 2014, Listopad26 - 123
- 2014, Październik26 - 75
- 2014, Wrzesień29 - 63
- 2014, Sierpień28 - 64
- 2014, Lipiec27 - 54
- 2014, Czerwiec29 - 82
- 2014, Maj28 - 76
- 2014, Kwiecień22 - 61
- 2014, Marzec21 - 25
- 2014, Luty20 - 40
- 2014, Styczeń15 - 37
- 2013, Grudzień21 - 28
- 2013, Listopad10 - 10
- DST 52.20km
- Czas 01:51
- VAVG 28.22km/h
- VMAX 50.20km/h
- Temperatura 0.0°C
- Podjazdy 103m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Apokaliptrasa
Poniedziałek, 14 listopada 2016 · dodano: 14.11.2016 | Komentarze 14
Dziś jadąc miałem wrażenie, że przyroda wraz z pogodą robi sobie ze mnie jaja. I to takie dorodne, żadne kurze, a co najmniej strusie.
Wyruszając około dziewiątej rano byłem przygotowany na lekką (powtarzam: lekką) mgłę, która zalegała za oknem. I początkowo właśnie ona mnie otaczała, a po dojechaniu do Lubonia zniknęła prawie całkowicie. Przez Wiry dokręciłem więc radośnie do Komornik i Szreniawy, gdzie za zakrętem pojawiała się centralna, regularna zima. O taka:
No spoko. Mgła się z kilometra na kilometr robiła gęstsza, więc do lampek przy rowerze dołożyłem jeszcze tę z tyłu kasku. Tak dotarłem do Rosnowa, Chomęcic, Konarzewa i Trzcielina, za którym...
Była już wiosna. Radosna, jasna, a do tego ukwiecona... ziemniakami. Bo te dziwne górki po prawej to właśnie wykopane świeżo z ziemi pyry.
Będąc pewny, że słaba widoczność już za mną, wyłączyłem oświetlenie i dziarsko minąłem Dopiewo i Palędzie, by znaleźć się na serwisówce przy S11. Tam... mina mi lekko zrzedła. A może nawet bardziej niż lekko, ale sam nie wiem, bo nie byłem w stanie jej zauważyć. Podobnie jak drogi przed sobą... Oj, miałem duszę na ramieniu. Na szczęście nic we mnie nie wjechało, ale kawałek dalej okazało się, że mniej szczęścia mieli kierowcy trzech samochodów, którzy zwarli się w wypadkowym uścisku za Gołuskami. Nikt co prawda nie zginął, ale nie wyglądało to ciekawie - minąłem co najmniej dwa radiowozy z policją ustalającą przyczyny kolizji.
Już do samego końca mało co się zmieniło. Nie ryzykowałem więc nawet najmniejszego niepewnego ruchu, na zakrętach zwalniałem prawie do zera, tym bardziej, że było ślisko. Oj, ciekawa to była wycieczka, nie powiem. Dodam jedynie, że pomiędzy miejscami z drugiego i trzeciego zdjęcia nie było więcej jak dziesięć kilometrów różnicy.
Największą radością z wyjazdu było wyjątkowo jego ukończenie. Takie małe zwycięstwo. A apokaliptyczny wydźwięk dnia najlepiej chyba oddaje ten zdziś. Ino się pociąć :)
- DST 54.20km
- Czas 01:54
- VAVG 28.53km/h
- VMAX 50.20km/h
- Temperatura 0.0°C
- Podjazdy 177m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Ślimak mrozu
Niedziela, 13 listopada 2016 · dodano: 13.11.2016 | Komentarze 8
Zaczynam lubić to kręcenie w mrozie. Człowiek ma świadomość, że choćby się zes...tresował to nie wyciągnie przyzwoitego wyniku. Więc się nie s...tresuje :) Jazda po mieście (a dziś było tego około 40%) jest w takiej sytuacji mniejszą gehenną, stanie na czerwonym świetle pozwala na rozmasowanie marznących członków, a nawet ścieżki irytują trochę mniej. Czyli jedynie masakrycznie.
Tak było i dziś. Kurs na północny zachód rozpoczął się ślamazarnym pokonywaniem drogowych uroków Poznania. Mimo dnia nieroboczego pogniłem sobie trochę na światłach, poświęciłem resztki hamulców na nieplanowane hamowania i takie tam. W ten sposób dotarłem w okolice Golęcina, skąd ruchem jednostajnie nieprzyspieszonym zacząłem poruszać się kierunku Strzeszynka, Kiekrza i w końcu Rokietnicy. Tam skręciłem na Napachanie, dotarłem do Przeźmierowa, który w celu uniknięcia zmory każdego rowerzysty, czyli dróg rowerowych, objechałem przez Baranowo, stamtąd do Wysogotowa, na chwilę Poznania, potem Plewisk i znów Poznania.
Pod sam koniec, na DDR-ce w Świerczewie trafiłem na ewidentny dowód na to, że osoby ślepe świetnie radzą sobie w warunkach miejskich, a nawet potrafią być niezwykle aktywne sportowo. Bo czym innym niż ślepotą można wytłumaczyć fakt, iż część dla dwóch kółek jest wyraźnie oddzielona od tej dla pieszych, że widnieją stosowne znaki, zarówno pionowe, jak i poziome, a i tak... jak poniżej:
No nic. Wyjechałem, pomarudziłem, poślimaczyłem się i wróciłem. Kolejne 50+ wpadło, co mnie osobiście cieszy.
- DST 54.00km
- Czas 01:54
- VAVG 28.42km/h
- VMAX 50.20km/h
- Temperatura -1.0°C
- Podjazdy 103m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Beztreściowo
Sobota, 12 listopada 2016 · dodano: 12.11.2016 | Komentarze 8
No tak... pamiętam, że miałem nawet jakiś pomysł na treść dzisiejszego wpisu, ale kilka upojnych godzin spędzonych w robocie skutecznie wypruło mi mózg i ów pomysł wyparował jak alkohol otrzymany gratis w łapach dworcowego żula. Praca chłoszcze, nie ma co.
Skupię się więc jedynie na konkretach - zimno (minus jeden na starcie, zero na trasie, pod jej koniec znów minus jeden), ślisko (choć bez przesady, tylko czasem "momenty były") i ogólnie mało motywująco do jazdy. Trzy pary skarpetek sprawdzają się dobrze na dystansie do trzydziestu kilometrów, powyżej już nogi mi zaczynają marznąć. Wiało nawet niezbyt silnie, ale ze wschodu, więc znów zaliczyłem trasę przez całe miasto, z Dębca na północ, w okolice naszej "chluby postgrobelnej", czyli Posranii, gdzie zakwitłem na kilka minut na kompletnie spieprzonych światłach, które w pewnym momencie po prostu zignorowałem. To samo jakieś pięćset metrów dalej, czyli przy... kolejnej galerii (Malta). Doślimaczyłem się do Zalasewa, gdzie zaczęło mi się w końcu przyjemniej kręcić, następnie w Swarzędzu włączyłem się do ruchu na krajowej piątce. W Paczkowie skręciłem na Siekierki, Gołuski i Tulce, a do domu wróciłem przez Żarniki, Jaryszki, Krzesiny i Starołęcką. Co pewnie osobom spoza Poznania mówi tyle, co dogłębna analiza chemiczna anionów ortofosforanowych :)
Oj, ciężko się jeździ w tych warunkach. A motywacja do przyspieszenia? Można zapomnieć. Stąd dzisiejszy wynik. Godny wpisu bez treści :)
- DST 52.50km
- Czas 02:01
- VAVG 26.03km/h
- VMAX 47.00km/h
- Temperatura 1.0°C
- Podjazdy 170m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Wpis ze sporą ilością fotek jak na listopad :)
Piątek, 11 listopada 2016 · dodano: 11.11.2016 | Komentarze 8
Mimo moich wczorajszych obaw co do dzisiejszego wyjazdu - udało się! Co prawda nie miałem możliwości najpierw "dwunożnie" sprawdzenia śliskości nawierzchni pod pretekstem kupna świeżych bułek, ale plus jeden za oknem dawał nadzieję, iż mokre drogi po nocnych opadach nie mają morderczych instynktów. Jak się okazało - nie miały, ale dla bezpieczeństwa swojego i psychicznego Żony wybrałem dziś crossa.
A skoro cross i świąteczny dzionek (czytaj: przejezdne drogi) to jak zwykle czas poeksperymentować. Północno-wschodni wiatr zadecydował za mnie, iż ich obszarem będzie remontowana od niepamiętnych czasów ulica Gdyńska i to, co za nią. Zanim jednak tam dotarłem najpierw przedarłem się przez miasto. Szło ono dzięki wszędzie czerwonym światłom niczym przedzieranie blachy falistej pilnikiem do paznokci. Tylko że wolniej :) Gdy już byłem prawie u celu doznałem szoku poznawczego, bo na pobliskiej Bałtyckiej zakwitła po obu stronach asfaltowa ścieżka dla rowerów. Bez początków i końców, ale z asfaltu. Wow. Za to o co chodzi z ruchem dla cyklistów na wspomnianej Gdyńskiej - nie ogarniam kompletnie. Na szczęście jeszcze nikt nie raczył tam zamontować prawidłowych oznaczeń, więc śmiało mogłem pokonać nowo powstały wiadukt zwykła drogą. W przyszłości chyba będę przelatywał.
Za Koziegłowami zaczęło się robić przyjaźniej. Co prawda zaczął prószyć śnieg, ale było już całkowicie pusto, więc mogłem jak panisko jechać prawie środkiem drogi, tak docierając do Mielna, Wierzonki i Karłowic, gdzie zawróciłem. Nie powiem, zmęczyłem się w tym czołgu, a i wiatr nie pomagał. Za to wszystko rekompensowało otoczenie, jak zwykle piękne w tych okolicach.
Dzięki łysym już koronom drzew udało mi się dostrzec na horyzoncie w Kicinie coś, co z niezrozumiałych powodów przeoczyłem mimo wrzeszczących niemal o nim tablic - drewniany kościół. Oczywiście to, że z reguły omijam takie przybytki z daleka jest oczywiste, ale drewnianym nie przepuszczam, zdobyłem więc kolejny do kolekcji.
W Poznaniu zaliczyłem jeszcze Wartostradę, prezentującą się naprawdę godnie, przynajmniej na tym odcinku...

...oraz, ślizgając się po śródeckim bruku niczym współczesny student podczas trudnego egzaminu, widoczek na poznańską Katedrę. Chyba tak "krzyżowego" wpisu jeszcze tu nie dodałem :)
Powolutku dotarłem do domu, zadowolony z tego, że znów się udało. Tempo ostrożne, emeryckie, ale cel wykonany. W sumie - lubię to :) A druga część dnia to dokańczanie dokańczania remontu. Uff.
Dla zdziwionych - nie, nie będzie dziś nic o polityce. Nie lubię świąt, a te w tym roku dodatkowo są wyjątkowo nudne. Choć nie do końca - z ciekawości zapodałem sobie "Wiadomości" TVP i już wiem wszystko. WSZYSTKO! :)
- DST 53.30km
- Czas 01:52
- VAVG 28.55km/h
- VMAX 50.20km/h
- Temperatura -1.0°C
- Podjazdy 199m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Jesień = zima
Czwartek, 10 listopada 2016 · dodano: 10.11.2016 | Komentarze 7
Informuję, że umarłem i aktualnie jestem martwy do odwołania.
A przynajmniej, że padam na ryj :)
Nastąpił bowiem program "remont - rezurekcja", bo korzystając z dwóch wolnych dni dokańczamy to, czego nie udało się z powodu braku czasu zrobić we wrześniu. Dziś więc od rana do wieczora przez me łapy przetaczają się kafelki, fugi, listwy i cholera wie co jeszcze. Jak ja tego nienawidzę!
A zanim zaczął się ten cały cyrk to udało mi się pokręcić. Musiałem wyjechać max o ósmej rano, co o dziwo mi się udało. Upału nie było :) Oto wartość na licznikowym termometrze. Dla niewtajemniczonych - temperatura to to, co znajduje się w jego dolnej części, nie górnej :)
Wiało ze wschodu, więc nie kombinowałem i wykonałem standard: Dębiec-Starołęka-Wiórek-Rogalinek-Rogalin-Mieczewo (nawrót)-Rogalinek-Mosina-Puszczykowo-Luboń-Dębiec. O tępocie kierowców wyjątkowo nie chce mi się pisać, bo i tak nie zamierzałem bić rekordów, więc jakoś przeżyłem brakomózgowie. Za to pochwalę dodatkową, trzecią warstwę skarpet, która dała mi jako taki komfort jazdy, ale mimo wszystko nie wpłynęła na chęć do przyspieszeń. Ślimakiem dziś, ślimakiem... :)
A tak wyglądała na trasie jazda szosą, sezon "jesień-wiosna 2w1". Aktualnie za oknem deszcz walczy o dominację ze śniegiem, więc jakoś nie widzę jutrzejszej jazdy :/
- DST 52.70km
- Czas 01:49
- VAVG 29.01km/h
- VMAX 55.30km/h
- Temperatura 3.0°C
- Podjazdy 134m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Słowo o pierdołach
Środa, 9 listopada 2016 · dodano: 09.11.2016 | Komentarze 27
Nie ma to jak obudzić się rano i na dzień dobry dowiedzieć, że na jednym z dwóch, może trzech najważniejszych foteli na świecie swoje dupsko usadzi zamiast prognozowanej bezpłciowej i tandetnej pudernicy szalony imbecyl. Aż się chciało wstawać. No cóż, przerabiałem to już rok temu w polskich realiach (bardziej wąsatych), więc mam doświadczenie. Niestety.
Tyle o pierdołach :) Teraz o ważnych rzeczach - znów udało mi się być na rowerze. Hip hip...! Nieważne, że znów mi stopy prawie zamarzły, że po nocnych opadach ubłociłem się na szosie za wszystkie czasy, że w każdy zakręt wchodziłem ostrożnie jak ksiądz na czat dla gimnazjalistów... Ważne, że się udało. Jako że plan minimalny roczny już wykonałem to teraz wykuwam nadbudowę.
Wykręciłem kółeczko na zachód: Dębiec-Luboń-Wiry-Komorniki-Szreniawa-Chomęcice-Konarzewo-Trzcielin-Dopiewo-Palędzie-Dąbrówka-Plewiska-Dębiec. Nie przejmując się średnią, choć jak na warunki uznaję ją za tę z gatunku: "ujdzie w tłoku".
- DST 52.25km
- Czas 01:50
- VAVG 28.50km/h
- VMAX 50.20km/h
- Temperatura 2.0°C
- Podjazdy 130m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Działeczka ze ślimakami :)
Wtorek, 8 listopada 2016 · dodano: 08.11.2016 | Komentarze 8
Globalne ocieplenie uderzyło dziś
ponownie. O ósmej rano zero stopni, dwie godziny później niecałe
plus dwa... Tak, zdecydowanie udała nam się ta polska złota
jesień. Nam, eskimosom :)
Zmotywowanie się do wyściubienia nosa
na rower było małym bohaterstwem. Nie mówiąc już o reszcie ciała
:) Trzeba było sobie przypomnieć zawoalowane techniki ubierania się na cebulę, pod dynię (kask) założyć grubszy
podkład, a i tak człowiek z zimna jechał blady jak pieczarka.
Istny ogródek działkowy sobie dziś zafundowałem.
O samej jeździe nie za wiele napiszę. Chłodek niespecjalnie motywował do śrubowania osiągów,
trasa wschodnia (Dębiec – Starołęka – Krzesiny – Gądki –
Krzyżowniki – Tulce – Żerniki – Krzesiny – Starołęka –
Dębiec) również. Wykonałem więc swoje, temptem ślimaczym. Z tą
różnicą, że ślimakom zamarza jedna noga, a mi obydwie.
- DST 53.25km
- Czas 01:57
- VAVG 27.31km/h
- VMAX 49.00km/h
- Temperatura 5.0°C
- Podjazdy 106m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Black clouds
Poniedziałek, 7 listopada 2016 · dodano: 07.11.2016 | Komentarze 6
Czarne chmury zaczęły się nade mną zbierać. W sumie nie do końca nade mną, ale na pewno nad poznańskim Dębcem. Brutalnie robiąc mnie dziś w jajo. Rano bowiem przed wyjazdem, gdy wracałem ze świeżymi bułkami z piekarni, zaczął padać deszcz. Szybko więc zmieniłem koncept, zastępując środek transportu z szosy na crossa.
No i... faktycznie decyzja okazała się słuszna. Na jakieś dwa kilometry, pokonywane w kałużach. Ku memu zdziwieniu bowiem na wysokości Górczyna drogi były już suchutkie. I tak przez całą trasę, aż do... Dębca. Fenomen jakiś. No ale cóż, jak zwykle osobisty zadek był najbardziej zadowolony z używanego dziś siodełka. Podejrzewam jakiś spisek, ale jeśli do tego zdolny jest mój tyłek to boję się do czego doprowadzić mogą inne części ciała :)
Jazda czołgiem zawsze motywuje mnie do trasowych eksperymentów. Dziś postanowiłem obczaić ponownie jak się kręci po ddr-ce przy Grunwaldzkiej. Sam z siebie. Ot, czasem mi odbija :) Generalnie nie jest źle - jak na poznańskie warunki ścieżka jest powyżej standardów. Za Junikowem skręciłem na Wysogotowo, stamtąd na zachód i DK307 dotarłem do Więckowic, potem Dopiewa, Palędzia, Dąbrówki i Plewisk. Na sucho. Zmokłem dopiero pod domem.
Kolejny audiobook Wojciecha Chmielarza - "Wampir" - wysłuchany. Został mi jeszcze jeden i znów trzeba będzie zabawić się w szperacza smakowitych kryminałów.
- DST 51.40km
- Czas 01:42
- VAVG 30.24km/h
- VMAX 50.70km/h
- Temperatura 7.0°C
- Podjazdy 78m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Ta genialna niedziela!
Niedziela, 6 listopada 2016 · dodano: 06.11.2016 | Komentarze 19
Błogosławieństwo pogodowe trwa. Drugi dzień bez koszmarnie silnego wiatru i temperatur bliższych zera niż dyszki - aż nie potrafiłem dziś wyruszając uwierzyć, że tak można. "Tak", czyli poruszać się po prostu przed siebie i nie musieć utrzymywać pod sobą uciekającego wraz z podmuchami roweru. Jakie to, cholera, fajne :)
Wyjechałem dość późno, mimo że plany miałem na popołudnie wyjątkowo precyzyjne - załatwienie nowego telewizora dla Teściowej. A że ma się znajomości w kilku miejscach (jeden z plusów zmiany roboty co kilka lat) i solidny rabacik naprawdę sam z siebie pojawił się na horyzoncie to byłem niezbędny do tej operacji. Musiałem więc lekko spiąć cztery litery w troki i nadrobić lukę w czasoprzestrzeni.
Zacząłem kręcić na zachód, klasycznie spod domu ubierając azymut na Plewiska, potem przez serwisówkę przy S11 i Dąbrówkę docierając do Palędzia. Gdzie - jak zwykle - zatrzymał mnie zamknięty przejazd kolejowy. Jak rasowy łowca sekund ustawiłem się na czole samochodowego peletonu i pozdrowiłem kolarza po drugiej stronie szlabanu, w kolorze blue. Po chwili pojawił się też drugi, świecący z daleka czerwienią. Zdziwiło mnie tylko jedno - czemu nagle widząc mnie usadowił się na moim torze jazdy? Zrobiłem analizę swoich ostatnich grzechów i wyszło mi, że to żadna ustawka i nikt nie chce mnie sklepać, więc gdy rogatki się otworzyły ruszyłem dziarsko. Wtedy zagadka się wyjaśniła - owym "czerwonym" był sam Jurek, sprytnie się kamuflujący w niewidzianym jeszcze u niego kolorze :)
Chwilę, niestety bardzo krótką, pogadaliśmy, a byłaby okazja do wspólnej przejażdżki, ale Jurek miał swój precyzyjny plan na dziś, obwarowany rodzinnie, a ja swój, też poniekąd z tym elementem. Rozjechaliśmy się więc każdy w swoją stronę. Szkoda, ale coś mi się wydaje, iż okazja jeszcze się nadarzy. I to nie raz :)
W Dopiewie zatrzymała mnie jakaś blokada, kierująca ruch przez osiedlowe uliczki. Trochę minęło zanim się w nich odnalazłem, ale w końcu pojawiłem się na głównej drodze, zablokowanej przez wóz strażacki, policję i straż jakąś-tam. Wyglądało to wszystko całkiem poważnie, więc zapytałem strażaków co tu się stało. "Procesja" - otrzymałem odpowiedź. "Aaaa..." - wymsknęło mi się, z czego te trzy kropki zadumy nad laickością naszego kraju były chyba najdłuższymi w historii :)
W Trzcielinie zaczęło mi nawet lekko (lekko!) wiać w plecy, dziury w asfalcie były więc łatwiejsze do pokonania. Przez Konarzewo, Chomęcice i Rosnowo dotarłem do Komornik, gdzie czekał mnie korek spowodowany przez istoty "post-mszalne", ale zgrabnie udało mi się ominąć ten żywioł. Wróciłem przez Plewiska do domu, ciesząc się z małego ruchu, a co za tym idzie również znów w miarę przyzwoitej średniej, pewnie ostatniej w tym roku.
Telewizor udało się kupić i zamontować. Jedynym niezadowolonym z zakupu okazał się kot, który najpierw wlazł do kartonu, potem zaczął się interesować folią, a na końcu owijkami do kabli, starając się je skonsumować. Finalnie zrzygał się na obrus. Spoko, będzie żył. Kot. O obrusie nic nie wiem :)
- DST 53.15km
- Czas 01:47
- VAVG 29.80km/h
- VMAX 53.70km/h
- Temperatura 7.0°C
- Podjazdy 196m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Piętnaście tysiaków z/w zaskoku
Sobota, 5 listopada 2016 · dodano: 05.11.2016 | Komentarze 13
Nie powiem, zostałem dziś zaskoczony.
I to pozytywnie.
I to pogodą!
Po wyjściu z domu, około dziesiątej rano (bo wyjątkowo dzionek wolny), prawie się zagrzałem. Siedem stopni ciepła! Na początku listopada, gdy z okolic środka października pamiętam wartości w okolicach trzech-czterech. Istne szaleństwo. No i ten wiatr... Jakiś taki inny... Słabszy... Zupełnie nie mogłem się odnaleźć :)
W tym szoku termicznym oraz poznawczym straciłem lekko orientację w terenie i nie wiadomo czemu skierowałem się na Hetmańską, a potem Starołęcką. Może to tym razem mniejszy ruch w tym kierunku, może lekka nuda w kręceniu na zachód, sam nie wiem, ale finalnie wylądowałem po drugiej stronie Warty i zacząłem kręcić na południe.
Już zupełnie nieprzypadkowo olałem DDR-kę gnijącą sobie przez kilka kilosów po mojej lewej stronie. Ja olałem, ale jeden z kierowców już nie, bo mijając mnie coś tam sobie poklaksonił. Zazdrośnik jeden, sam by pewnie chciał mieć możliwość walczenia z kostką, krawężnikami i szkłem, ale nic z tego - biedak musiał dalej kręcić asfaltem. Ja też, łącząc się w bólu, lub jeśli miał wąsa (nie zauważyłem) - w bulu :)
Minąłem Poznań, dotarłem do Czapur, Wiórka, Rogalinka, gdzie skręciłem na Rogalin, w którym tym razem się zatrzymałem i postanowiłem zobaczyć co zmieniło się w tamtejszym pałacu przez te 250 lat od jego wybudowania. Na moje oko niewiele, choć mogłem coś przeoczyć z lat 1770-76. Słaba pamięć, co poradzić? :)
Za to gdy dumnie wjechałem sobie szutrową dróżką na dziedziniec i zdjąłem słuchawki to po chwili usłyszałem:
- Halo!
Rozejrzałem się czujnie. Nic. Zacząłem lustrować okna pałacu. Nic.
- Halo!
W końcu ujrzałem jakąś postać gdzieś na lewo, w - jak na moje - kanciapie ochroniarza.
- Halo!
- Mówi pan do mnie?
- Halo!
- Halo! Pan coś do mnie krzyczy?
- Halo!
- Halo??? To do mnie???
- Halo!
Zdecydowanie dialog nam nie szedł, a nawet nie wiem czy był on prowadzony ze mną czy ze słuchawką, którą jak mi się wydawało miał przy uchu. Lekko odzwyczaiłem się co prawda od braku zasięgu w drugiej dekadzie dwudziestego pierwszego wieku, ale może owe "hala" usłyszałem przypadkiem, a zawodziła stacjonarka zakładana przez TP w latach jej świetności (lata pięćdziesiąte). Ale że wszędzie kwitły zakazy jazdy rowerem po terenie parku to mogło też chodzić o coś innego, więc się zgrabnie zwinąłem ;)
Dokręciłem do Radzewic, gdzie - idąc tropem miejsc znanych i lubianych - znów terenowo zagłębiłem się dróżkę prowadzącą do przystani przy leżącym tam malutkim porcie rzecznym. Naprawdę podobają mi się te okolice, bo Warta zakręca tu niczym sondaże prezydenckie w USA, tworząc malownicze zakola oraz zatoczki, a teren jest idealny do zresetowania mózgu po tygodniowej korpomiazdze. A jest nawet gdzie usiąść i zrobić ognisko... Nieodkryty to póki co dla "mas" teren i bardzo dobrze!


Wróciłem lekko modyfikując trasę, czyli w Rogalinku jadąc prosto na Mosinę, a przez Puszczykowo, Łęczycę, Wiry i Luboń docierając do domu. W tej ostatniej wiosce, sorrrrry, mieście zakwitłem w opisywanych miliardy razy korkach pomiędzy galerią, Makiem, Biedrą i outletem. Tracąc szansę na trzy dychy średniej. A była ona realna mimo kilku elementów w terenie. No cóż, jak widać łatwiej okiełznać zadupie przyrodnicze niż zadupie "miejskie".
No i w końcu klu - piętnaście tysiaków mi dziś pękło w 2016. Tych oficjalnych, bez stacjonarnego i miejskiego. Minimum na ten rok spełnione :)






