Info
Suma podjazdów to 784700 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Maj9 - 14
- 2026, Kwiecień30 - 50
- 2026, Marzec31 - 65
- 2026, Luty28 - 51
- 2026, Styczeń31 - 72
- 2025, Grudzień31 - 80
- 2025, Listopad30 - 70
- 2025, Październik31 - 96
- 2025, Wrzesień30 - 125
- 2025, Sierpień31 - 144
- 2025, Lipiec31 - 188
- 2025, Czerwiec30 - 147
- 2025, Maj31 - 187
- 2025, Kwiecień30 - 156
- 2025, Marzec31 - 204
- 2025, Luty28 - 178
- 2025, Styczeń31 - 168
- 2024, Grudzień31 - 239
- 2024, Listopad30 - 201
- 2024, Październik31 - 208
- 2024, Wrzesień30 - 212
- 2024, Sierpień32 - 210
- 2024, Lipiec31 - 179
- 2024, Czerwiec30 - 197
- 2024, Maj31 - 268
- 2024, Kwiecień30 - 251
- 2024, Marzec31 - 232
- 2024, Luty29 - 222
- 2024, Styczeń31 - 254
- 2023, Grudzień31 - 297
- 2023, Listopad30 - 285
- 2023, Październik31 - 214
- 2023, Wrzesień30 - 267
- 2023, Sierpień31 - 251
- 2023, Lipiec32 - 229
- 2023, Czerwiec31 - 156
- 2023, Maj31 - 240
- 2023, Kwiecień30 - 289
- 2023, Marzec31 - 260
- 2023, Luty28 - 240
- 2023, Styczeń31 - 254
- 2022, Grudzień31 - 311
- 2022, Listopad30 - 265
- 2022, Październik31 - 233
- 2022, Wrzesień30 - 159
- 2022, Sierpień31 - 271
- 2022, Lipiec31 - 346
- 2022, Czerwiec30 - 326
- 2022, Maj31 - 321
- 2022, Kwiecień30 - 343
- 2022, Marzec31 - 375
- 2022, Luty28 - 350
- 2022, Styczeń31 - 387
- 2021, Grudzień31 - 391
- 2021, Listopad29 - 266
- 2021, Październik31 - 296
- 2021, Wrzesień30 - 274
- 2021, Sierpień31 - 368
- 2021, Lipiec30 - 349
- 2021, Czerwiec30 - 359
- 2021, Maj31 - 406
- 2021, Kwiecień30 - 457
- 2021, Marzec31 - 440
- 2021, Luty28 - 329
- 2021, Styczeń31 - 413
- 2020, Grudzień31 - 379
- 2020, Listopad30 - 439
- 2020, Październik31 - 442
- 2020, Wrzesień30 - 352
- 2020, Sierpień31 - 355
- 2020, Lipiec31 - 369
- 2020, Czerwiec31 - 473
- 2020, Maj32 - 459
- 2020, Kwiecień31 - 728
- 2020, Marzec32 - 515
- 2020, Luty29 - 303
- 2020, Styczeń31 - 392
- 2019, Grudzień32 - 391
- 2019, Listopad30 - 388
- 2019, Październik32 - 424
- 2019, Wrzesień30 - 324
- 2019, Sierpień31 - 348
- 2019, Lipiec31 - 383
- 2019, Czerwiec30 - 301
- 2019, Maj31 - 375
- 2019, Kwiecień30 - 411
- 2019, Marzec31 - 327
- 2019, Luty28 - 249
- 2019, Styczeń28 - 355
- 2018, Grudzień30 - 541
- 2018, Listopad30 - 452
- 2018, Październik31 - 498
- 2018, Wrzesień30 - 399
- 2018, Sierpień31 - 543
- 2018, Lipiec30 - 402
- 2018, Czerwiec30 - 291
- 2018, Maj31 - 309
- 2018, Kwiecień31 - 284
- 2018, Marzec30 - 277
- 2018, Luty28 - 238
- 2018, Styczeń31 - 257
- 2017, Grudzień27 - 185
- 2017, Listopad29 - 278
- 2017, Październik29 - 247
- 2017, Wrzesień30 - 356
- 2017, Sierpień31 - 299
- 2017, Lipiec31 - 408
- 2017, Czerwiec30 - 390
- 2017, Maj30 - 242
- 2017, Kwiecień30 - 263
- 2017, Marzec31 - 393
- 2017, Luty26 - 363
- 2017, Styczeń27 - 351
- 2016, Grudzień29 - 266
- 2016, Listopad30 - 327
- 2016, Październik27 - 234
- 2016, Wrzesień30 - 297
- 2016, Sierpień30 - 300
- 2016, Lipiec32 - 271
- 2016, Czerwiec29 - 406
- 2016, Maj32 - 236
- 2016, Kwiecień29 - 292
- 2016, Marzec29 - 299
- 2016, Luty25 - 167
- 2016, Styczeń19 - 184
- 2015, Grudzień27 - 170
- 2015, Listopad20 - 136
- 2015, Październik29 - 157
- 2015, Wrzesień30 - 197
- 2015, Sierpień31 - 94
- 2015, Lipiec31 - 196
- 2015, Czerwiec30 - 158
- 2015, Maj31 - 169
- 2015, Kwiecień27 - 222
- 2015, Marzec28 - 210
- 2015, Luty25 - 248
- 2015, Styczeń27 - 187
- 2014, Grudzień25 - 139
- 2014, Listopad26 - 123
- 2014, Październik26 - 75
- 2014, Wrzesień29 - 63
- 2014, Sierpień28 - 64
- 2014, Lipiec27 - 54
- 2014, Czerwiec29 - 82
- 2014, Maj28 - 76
- 2014, Kwiecień22 - 61
- 2014, Marzec21 - 25
- 2014, Luty20 - 40
- 2014, Styczeń15 - 37
- 2013, Grudzień21 - 28
- 2013, Listopad10 - 10
- DST 52.20km
- Czas 01:51
- VAVG 28.22km/h
- VMAX 50.20km/h
- Temperatura -1.0°C
- Podjazdy 205m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Siebzehn
Piątek, 16 grudnia 2016 · dodano: 16.12.2016 | Komentarze 4
Dziś już dzionek bez możliwości komfortowego wyspania się. Życie chłoszcze :) Ruszyłem po ósmej rano przy temperaturze minus dwa. Co chyba wytłumaczyło zaskakujące pustki na zapełnionej latem ścieżce nad Wartą w kierunku na Starołęcką. Trzeba korzystać z większej przepustowości, bo majowe poranki będą zgoła odmienne. Tak strzelam :)
Wykręciłem na spokojnie jeden z "południowo-wschodnich klasyków", przez Starołęcką, Czapury, Wiórek, Rogalinek, Rogalin, Świątniki, nawrót na Rogalinek, Mosinę, Puszczykowo, Wiry, Luboń i Poznań. Bez przygód, czysta nuda. Prócz niezdecydowanego wiatru, ale przecież to też nuda :)
Tym samym dobiłem do siedemnastu tysiaków. Jest to wynik gorszy niż w roku poprzednim, ale niewiele, poza tym starość nie radość :) W przyszłych latach więcej nie będzie, bo i tak już mi ciężko się zorganizować czasowo, ale póki mogę - kręcę. Tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszy wpis pozbawiony głębszych przemyśleń, za to z tytułem po niemiecku :)
- DST 61.15km
- Czas 02:11
- VAVG 28.01km/h
- VMAX 51.70km/h
- Temperatura 3.0°C
- Podjazdy 163m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Pan B. był jeden
Czwartek, 15 grudnia 2016 · dodano: 15.12.2016 | Komentarze 13
Mój jedyny wolny dzień w tym tygodniu rozpoczął się późną pobudką (przed dziesiątą) oraz przykrą informacją o śmierci Bohdana Smolenia. Osobiście pana Bohdana widziałem na własne oczy tylko dwa razy - pierwszy kilka lat temu, wracając z przejażdżki po Lasku Dębińskim udało mi się go przyuważyć i pozdrowić na przejściu dla pieszych, gdy w samochodzie kierował się (prawdopodobnie) na "swoje" Baranówko. Drugie spotkanie, już bezpośrednie, odbyło się jakieś trzy czy cztery lata temu, podczas "zakulisowych" odwiedzin u dobrych znajomych (zresztą jego przyjaciół "od zawsze") występujących na koncercie charytatywnym dla Fundacji Stworzenia Pana Smolenia. Tak skromnej i jednocześnie zakłopotanej twarzy się nie zapomina - tak samo jak widocznego smutku w oczach jednej z najbardziej znanych w tym kraju osobistości kabaretowej. Wielka, wielka, szkoda... :(
Ruszyłem więc w nastroju dość średnim. Zapodałem sobie kolejny audiobook Cobena na uszy i zacząłem walkę z miastem, bo w związku ze zmianą kierunku wiatru na północny (ale nie silny, proszę odnotować u mnie te słowa) wybrałem trasę przez calutki Poznań. Szło jak zwykle - z Dębca do Radojewa miałem równiutkie dwadzieścia kilosów, z czego jechałem płynnie może przez jeden. No, może dwa, bo moraskie hopki były w miarę przejezdne :) Ale za to druga w życiu jazda przez odnowioną Kaponierę skończyła się nawrotem - po prostu się zgubiłem na pasach dla rowerów. Rada dla poznaniaków - olejcie je.
Odcinek do Biedruska był poezją - w końcu kawałek przestrzeni, a i była w końcu szansa na rozpędzenie się, bo te dwadzieścia kilosów po mieście skończyło się średnią na poziomie ćwiartki. Na miejscu zmieniłem decyzję co do powrotu - stwierdziłem, że nie mam zdrowia na powtórkę gehenny i zamiast zawrócić na pięcie pojechałem dalej, kierując się na Promnice. Coś z kostki po prawej przypomniało mi, że już kiedyś kilka razy zrobiłem ten błąd, ale przecież to było dawno, na pewno się coś poprawiło względem infrastruktury rowerowej, prawda....?
No nieprawda.
Tu już nie miałem wyjścia. Polska "G" wciąż się mocno trzyma. Aha, jakby ktoś nie widział po lewej zgodnej ze standardami drogi dla pieszych i rowerów to nie musi umawiać się do okulisty. Jej tam nie ma. Jest... aaa, nie będę się wyrażał.
Czymś takim dotarłem do Bolechowa-Osiedle i w końcu do trasy z Murowanej Gośliny do Poznania, którą zresztą niedawno opisywałem, razem ze smaczkami podobnymi do tych z dzisiejszego zdjęcia. No i znów nie ogarnąłem Gdyńskiej po remoncie, więc rozdziewiczyłem ulicę Chemiczną po tym samym - tę ogarniam. Asfalt, żadnych ścieżek, lubię to :)
Końcówka poznańska to fajny kawałek Wartostradą, potem korki w centrum, na Garbarach, a następnie Dolna Wilda i wylot z miasta do Lubonia, bo musiałem wpaść do oddziału swojego kołchozu (w końcu dzień wolny...) po jeden sprzęt. Tam chwila na gadu gadu i kurs do domu. Przed którym stałem znów dobre dziesięć minut na przejeździe kolejowym. Ja dziesięć, a reszta chyba ze trzy razy dłużej, analizując zastany tam sznurek aut. Kolejarze wciąż testują widocznie nowy system zarządzania ruchem szynowym. Od tygodnia dzięki temu Poznań (a chyba i cała linia pomiędzy północą a południem Polski) stoi na każdym styku PKP-droga. Dobra zmiana!
- DST 52.15km
- Czas 01:54
- VAVG 27.45km/h
- VMAX 50.70km/h
- Temperatura 2.0°C
- Podjazdy 67m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
100WD
Środa, 14 grudnia 2016 · dodano: 14.12.2016 | Komentarze 4
Pod tym tajemniczym tytułowym kryptonimem kryje się jedno - 100% wmordewindu. A z takim właśnie pieszczoszkiem miałem dziś do czynienia na trasie. Wiem, wiem, zaraz się odezwą głosy, że przesadzam i mitologizuję, ale nikt mi nie wmówi, że czarne jest czarne, a białe jest białe :) Po prostu gdy jechałem na zachód to wiało mi w pysk, tak było na trasie z Dębca przez Luboń, Wiórek, Komorniki, Chomęcice, Konarzewo i Trzcielin, gdy zakręciłem na północ to wiało mi pysk już centralnie, gdy za Dopiewem skierowałem się na wschód zamiast pomocy dostałem kuksańce, a gdy już byłem na ostatniej prostej, czyli między Gołuskami, Plewiskami a Poznaniem to zaczęło duć z południa. No zes...tresować się można :)
Plusy dodatnie są takie, że było delikatnie powyżej zera na termometrze, więc mokre drogi nie wymagały szosowej ekwilibrystyki, a jedynie dość ostrożnej jazdy. Nie miałem też zapachowego motywatora, bo resztki imponujących kopczyków ziemniaków, które okazały się burakami, były dziś na moich oczach wywożone wielkimi ciężarówkami gdzieś w świat, więc woń przetrawionego alkoholu nie towarzyszyła mi na trasie. Jak nie w Polsce się czułem :)
- DST 53.00km
- Czas 01:51
- VAVG 28.65km/h
- VMAX 50.70km/h
- Temperatura -2.0°C
- Podjazdy 121m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Mrozu
Wtorek, 13 grudnia 2016 · dodano: 13.12.2016 | Komentarze 11
Dzionek zacząłem od pobudki o 6:45 (rano!). Cel - wykonanie badania krwi. Akurat przychodnię mam pod domem, więc po powrocie lotem nurkowym znów wylądowałem w ciepłym łóżku. Na pięć minut.
Gdy obudziłem się prawie... dwie godziny później stwierdziłem, że jakiś gnojek ukradł mi czas. Niestety pod ręką nie napatoczył się żaden winny do ukarania, w związku z czym zamiast dokonać brutalnej egzekucji zrobiłem sobie w pośpiechu kawę, a po jej wypiciu ubrałem w kilka warstw rowerowych ciuchów i ruszyłem w świat.
Tam... piękne, błękitne niebo, słaby i umiarkowany wiaterek... Tylko te minus trzy na stracie lekko zaburzyły mi idyllę letniego, sympatycznego wyjazdu. No tak, mamy grudzień. Postanowiłem pokręcić na południe, najpierw zahaczając o Luboń, do którego dostałem się z racji dębieckich korków odnalezionym dziś objazdem. Potem Wiry, Łęczyca, Puszczykowo, Mosina. Tam chwila na wstępne omówienie "spraw pomocowych" z nowym właścicielem sklepu rowerowego, bo poprzedni - Bartek - postanowił wyjechać za granicę i niestety sprzedał przybytek.
Czasu nie miałem dużo, więc prędko ruszyłem dalej. Na szczęście już trochę się ociepliło, temperatura skakała między minus dwa a zerem, ale najważniejsze, że poznikały lodowe placki, przez które poruszałem się do tej pory jak rowerowa baletnica. Gdzieś przed Witobelem usłyszałem za sobą podwójny dźwięk klaksonu. Jak ja to lubię :) Ale... okazało się, że to było pozdrowienie, bo po chwili wyprzedziła mnie jakaś niewiasta w aucie o kolorze... eee... morskim? eee... nie wiem jakim? z włosami koloru blond, pozdrawiając mnie podniesionym w górę kciukiem. Zabijcie mnie, ale nie wiem kto to był. Może ktoś tu, coś, się przyzna? :)
W Stęszewie zakręciłem na Poznań, miało być łatwiej i by było, gdybym nie władował się między ciągnik a tiry, przez spory kawałek pełznąc z prędkością 20 km/h. W końcu udało się wyminąć zawalidrogę, ale mimo szczerych chęci niedoborów nie nadrobiłem, więc do domu jechałem na spokojnie. No i bez gleby, czego obawiałem się wybierając dziś szosę.
- DST 52.40km
- Czas 01:53
- VAVG 27.82km/h
- VMAX 51.20km/h
- Temperatura 2.0°C
- Podjazdy 114m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Gdyńsko
Poniedziałek, 12 grudnia 2016 · dodano: 12.12.2016 | Komentarze 3
Niestety wczorajsze prognozy się sprawdziły - cały dzień lało, więc standardowo wskoczyła tylko godzinka na chomiku (33 km, średnia lekko ponad 32 km/h, ostatni odcinek "Gro o tron" zakończony). Dziś udało się ruszyć w świat, choć nie powiem, żeby była to komfortowa wycieczka.
Miałem wyjechać wcześniej, ale - zupełnie niespodziewanie - rano znów padało. Dospałem więc to, co mi należne, a ruszyłem już gdy zrobiło się w miarę sucho, czyli równo o dziesiątej. Po kilku dniach ciepłych, ale z koszmarnie mocnym wiatrem, od dziś nastąpiła zmiana - było zimno (dwa stopnie), ale za to z... koszmarnie mocnym wiatrem. Super. Do tego jego kierunek zmienił się na północny, co oznaczało jedno - sympatyczną jak zawsze jazdę z południa na północ Poznania i z powrotem. Łącznie prawie trzydzieści kilometrów. Było bossssko... :)
Jakoś dopchałem się do wysokości ulicy Gdyńskiej, która jak sądziłem jest już gotowa do użytku zgodnego z logiką. Ale nie. O co tam chodzi? Jakieś wiadukty, mostki, tunele, urywające się ddr-ki... Kosmos kompletny. W sumie dopiero po dzisiejszej jeździe wpadłem na to skąd wzięła się nazwa ulicy - pod koniec lipca miałem podobne problemy z wydostaniem się właśnie z Gdyni w kierunku na Władysławowo, bo tamtejszy system ścieżek wzdłuż portu był tak czytelny, że finalnie wylądowałem w jakichś krzakach, skąd wyratował mnie przypadkowy rowerzysta wskazując drogę. No ale nic, może jak już formalnie wszystko dokończą, czyli za jakieś dziesięć lat, ogarnę ten system :)
Od Koziegłów do Czerwonaka na całej długości wprowadzili system pt. "dopuszczony ruch rowerowy", czyli jak na moje najgenialniejszy na świecie, bo zadowoleni są i chodnikowcy, i ja. Miałem nadzieję, że zgodnie z tym duchem zmieniło się coś w Owińskach, ale gdzie tam - jak były zakazy, tak są i trzeba ryzykować uzębieniem jadąc po kostce. Lub mandatem. Ja dokręciłem w końcu do dzisiejszej połówki dystansu, czyli Murowanej Gośliny, osiągając podczas walki z miastem i wiatrem, a potem już "tylko" wiatrem zabójczą średnią 24,8 km/h. Zakręciłem sobie na stacji paliw i od tego momentu przypomniałem sobie na czym polega radocha z jazdy rowerem - mogłem się w miarę rozpędzić, oczywiście z przerwą na Owińska.
Końcówka to już rzeźnicza rzeź. Prawie dosłowna, bo gdy karnie odczekałem swoje na czerwonym na skrzyżowaniu Bałtyckiej i Hlonda zostałbym skasowany przez kierowcę, który widząc zieloną strzałkę jakby zapomniał, że istnieje coś takiego jak zielone dla pieszych i rowerzystów, co oboje przypłaciliśmy hamowaniem. No ale trzeba przyznać, że choć przeprosił. A mógł zabić :)
Zmarzłem, głównie stałem, a nie jechałem, średnią osiągnąłem na poziomie kontuzjowanego przedszkolaka. Ale kolejne kilosy w grudniu wpadły i to się liczy.
- DST 52.75km
- Czas 01:53
- VAVG 28.01km/h
- VMAX 51.20km/h
- Temperatura 10.0°C
- Podjazdy 66m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Prawie :)
Sobota, 10 grudnia 2016 · dodano: 10.12.2016 | Komentarze 15
Ponownie dziś zebrałem się później niż zamierzałem. Ale wolny dzień (znów się udało) ma swoje prawa. Niniejszym więc ruszyłem po jedenastej. Dżizas, jak było genialnie ciepło - dycha na plusie w grudniu. Chcę tak co roku!
Ruszyłem... Hmmm. Duże słowo. Chwilę po tym jak wyniosłem szosę (bo tym razem właśnie ten sprzęt był pode mną) stanąłem. W gigantycznym jak na sobotę korku. Miał dokładnie kilometr i pół (z ciekawości zmierzyłem), a w jego środku znajdował się zamknięty przejazd kolejowy na Dębcu. Gdy dopchałem się pod same rogatki, klucząc między samochodami, zakwitłem właśnie pod nimi. Przejechały dwa pociągi, szlaban zamknięty. Dopiero po trzecim łaskawie można było kontynuować, w sumie jeszcze nierozpoczętą, jazdę. Na wspomnianym przejeździe spędziłem prawie dziesięć minut, podczas których ogarnięty dróżnik puściłby ruch trzy razy, tak długie przerwy były między pojawieniem się składów. No ale ten lub ta był/a bardzo odporny/a psychicznie, nic nie robiąc sobie z dźwięku klaksonów co bardziej krewkich kierowców. A w ogóle to jak wyczytałem później właśnie trasa kolejowa na południe była dziś jedną wielką masakrą - kolejarze postanowili bowiem przetestować nowy system zarządzania ruchem, dzięki czemu było tak sprawnie, że godzinne opóźnienie było najmniejszym wymiarem kary. Brawo dla tych państwa :)
Sama trasa to walka z wciąż rzeźniczym wiatrem (takim jak przez ostatnie dni, więc nic więcej chyba nie muszę dodawać) i lekką początkowo mżawką. Pojechałem na zachód, przez Plewiska, Gołuski, Palędzie, Dopiewo, Fiałkowo, Więckowice, Sierosław, Wysogotowo, Skórzewo, znów Plewiska i na Dębiec. Pod koniec opad był już całkiem konkretny, przez co dotarłem do domu mimo wszystko zmarznięty. Ale że czekała na mnie niespodzianka w postaci suto zastawionego pysznego szwedzkiego stołu od Żony na późne śniadanie to szybko odżyłem. Dzięki :) Za to jutro wedle prognoz ma lać cały dzień, więc z kręcenia zapowiadają się nici :(
Na koniec smaczek z Plewisk. Aż się musiałem cofnąć, bo kawałek drogi mi minął zanim mózg mi potwierdził: tak, widziałeś to. Ktoś tu się naczytał pewnie całkiem rozsądnych podręczników na temat budowy współczesnych dróg pieszo-rowerowych. I zrobił jedną z nich, przy chyba ślepej uliczce Zielarskiej, prawie zgodnie z zaleceniami. Prawie robi... wiadomo co :) Smakowite znalezisko.
- DST 32.05km
- Czas 01:13
- VAVG 26.34km/h
- VMAX 51.00km/h
- Temperatura 6.0°C
- Podjazdy 50m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Glut senny
Piątek, 9 grudnia 2016 · dodano: 09.12.2016 | Komentarze 10
Po raz kolejny okazało się, że spanie nie popłaca. Najlepiej w ogóle się nie kłaść, tylko 24 godziny na dobę warować przy oknie czekając na dobry moment do wyjazdu na rower. A ja, poddając się modzie oraz - jak to szło... aaa... - mainstreamowemu myśleniu głupi spałem w nocy, a nad ranem drzemałem. Zerknąłem tylko raz kontrolnie - nie padało, więc budzik w telefonie żył sobie własnym życiem, brutalnie traktowany przeze mnie paluchem co dziesięć minut.
Gdy już postanowiłem wstać, grubo po ósmej... padało. Nie jakoś mocno, ale nie był to mój ideał komfortu jazdy, więc nastawiałem się już na kolejną rowerową pauzę w tym miesiącu. A tu niespodzianka - niebo zrobiło się bardziej przyjazne, więc postanowiłem wykręcić choć symbolicznego gluta. Znów wybrałem do tej misji crossa, który pewnej nocy w zemście za te wszystkie misje pewnie wbije mi szprychę w krtań :)
No a sama jazda w takich warunkach to... sama (nie)przyjemność. Zrobiłem niewielkie kółko od Dębca przez Luboń, Wiry, Komorniki Szreniawę, Rosnowo, znów Komorniki, Plewiska i do domu. Pierwsza część to walka z wciąż masakrującym wiatrem, druga - już przyjemniej, ale na jednym z wiaduktów prawie mnie zwiało na autostradę A2. W sumie po niej jeszcze rowerem nie kręciłem :) I tak oto kolejne kilosy nadbudowy wpadły, to najważniejsze, a że w stylu mało imponującym to już szczegół.
- DST 52.45km
- Czas 02:01
- VAVG 26.01km/h
- VMAX 51.00km/h
- Temperatura 5.0°C
- Podjazdy 81m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Burakoholizm
Czwartek, 8 grudnia 2016 · dodano: 08.12.2016 | Komentarze 8
No i znowu przyszła wiosna tej zimy. W sumie fajnie, bo teoretycznie lepiej się przeciętnemu człowiekowi kręci przy pięciu stopniach na plusie niż na minusie, ale jak zwykle okazało się, że nie ma róży bez kolców. Czyli po ludzku - nie ma sympatycznej temperatury w grudniu bez wiatru. A konkretnie bez czegoś na kształt małej wichury.
Miałem spory dylemat jaki rower wybrać. Finalnie znów padło na crossa, bo jednak ciut stabilniej czuję się, gdy mam pod sobą coś, czemu bliżej do słonia niż do leciutkiej (choć i tak ciężkiej) szosy. W sumie decyzja dobra, ale przez to poruszanie się przez pierwszą połowę trasy (Dębiec-Luboń-Wiry-Komorniki-Konarzewo-Trzcielin) trwało jakiś miliard lat. Powiew praktycznie zatrzymywał mnie w miejscu, a w pewnym momencie odpuściłem sobie mocniejsze ciśnięcie na pedały, bo paradoksalnie wtedy jechałem jeszcze wolniej. Taka ciekawostka :)
W Konarzewie zaczęło mi dziwnie pachnieć. Zapach był, hmmm... Jakby go bezpiecznie opisać... O, to była woń oddechu dżentelmena proszącego pod Biedronką o jakieś "grosze" (w przybliżeniu pięć zeta). Zacząłem się w panice rozglądać czy może nie siedzi mi na kole jakiś tutejszy dziadek, zmotywowany promocją na taniego bełta. W sumie przy moich dzisiejszych osiągach byłoby to całkiem możliwe. Ale nie - plecy miałem "czyste". Odór zniknął, by pojawić się kawałek dalej, przed Trzcielinem. W tym momencie skojarzyłem go z opisywanymi już hałdami ziemniaków, które magiczne okazały się burakami. Nie wiem jakie procesy zaczęły w nich zachodzić, czy to jakaś fermentacja czy inne magiczne słowa zbliżone do gnicia, ale prawie upiłem się samym przejechaniem obok owych górek. Ciekawe ile bym wydmuchał w razie kontroli :)
Powrót przez Dopiewo, Palędzie, Dąbrówkę i Plewiska poszedł mi już ciut sprawniej, bo udało się odrobić średnią o całe trzy kilosy na godzinę, ale i tak głównie dostawałem wietrzne kuksańce z boku. Generalnie wyjazd uznaję za sympatyczny, głównie ze względu na to, że w przeciwieństwie do ostatnich dni podczas jazdy nie unosiła mi się z otworu gębowego mgiełka i nie wyglądałem jak parowóz.
- DST 54.60km
- Czas 02:05
- VAVG 26.21km/h
- VMAX 44.50km/h
- Temperatura 1.0°C
- Podjazdy 139m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Zakazać oddychania!
Środa, 7 grudnia 2016 · dodano: 07.12.2016 | Komentarze 14
Mikołajki pod
względem rowerowym musiałem skazać na straty. Jak zwykle dzięki
uroczej pogodzie, która najpierw zafundowała mi śliskie drogi,
potem śnieg, następnie deszcz, a w końcu miks jednego z drugim. W
związku z tym pomęczyłem się jedynie na chomiku, z którego
wykręciłem 34 kilometry ze średnią lekko ponad 33 km/h.
Dziś było już
lepiej. Przynajmniej w temacie pogody. Co prawda na tyle zimno i na
pierwszy rzut oka mało komfortowo jeśli chodzi o warunki drogowe,
że wybrałem crossa, co w sumie jak się okazało było najlepszym
wyjściem z kilku względów, o których poniżej.
Ruszyłem zgodnie z
„teorią wielkiego powiewu” na południe, przez Luboń,
Puszczykowo, Mosinę. W związku z wybranym środkiem transportu
postanowiłem odwiedzić miejsce dawno nienawiedzane, a żeby to
zrobić musiałem przepchać się całą koszmarną ddr-ką
(dupa-dupa-rower) przez Krosinko do Drużyny Poznańskiej.
Tam stanąłem przed zamkniętym przejeździe kolejowym.
Kawałek dalej, za miejscowością Nowinki pojawiło się to, na co czekałem. Kojarzyłem "to" z wycieczki z okolic lata i byłem ciekawy czy istniejący tam zupełnie nieśmieszny drogowy żart wciąż stoi. No stoi.
Od zawsze zastanawia mnie co siedzi w głowie takiego urzędasa, który decyduje o powstaniu znaku zakazu, jednocześnie ustawiając kolejny abstrakcyjny na leśnej ścieżynce. Może bym jeszcze to był w stanie zrozumieć w mieście, na szerokopasmówkach, przy dobrej infrastrukturze rowerowej. Ale tu? I teraz najlepsze - gdy poruszamy się w przeciwnym kierunku, czyli ową ściechę mamy po naszej prawej to... zakazu nie ma. Ot, polska logika.
Ja oczywiście jak zwykle doznałem nagłego ataku daltonizmu :) Dokręciłem sobie do Iłówca, zaliczając kolejne absurdy, nimi też wróciłem.
W Drużynie Poznańskiej stanąłem przed zamkniętym przejazdem kolejowym. Tak dla odmiany.
Zaliczyłem karnie już każdą UTWARDZONĄ ddr-kę. A co, jechałem crossem, stać mnie. Myślałem nawet przez chwilę, żeby przycisnąć trochę ze średnią gdy już wiało mi w plecy, ale w Puszczykowie najpierw stanąłem w korku, znów za sprawą naszych kochanych "drzew-źników", a potem poruszałem się tempem nieogarniętego ślimaka przez jakiś kilometr w sznurze samochodów. I to był kolejny dowód na to, że zrobiłem dobrze wybierając crossa, bo na szosie dostałbym już dawno zawalu, zgarnęłaby mnie karetka i nie wykręciłbym swoich pięciu dyszek :)
- DST 53.45km
- Czas 01:52
- VAVG 28.63km/h
- VMAX 50.20km/h
- Temperatura -1.0°C
- Podjazdy 107m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Cuda, cuda...
Poniedziałek, 5 grudnia 2016 · dodano: 05.12.2016 | Komentarze 10
Średnio atrakcyjna przygoda rowerowa pod tytułem "rześko 2016" trwa. Dziś minus jeden na blacie, przejmująco zimny wiatr, białe drzewa... No znam bardziej motywujące przypadki pogodowej aury. Ale samo się nie wyjeździ, więc mimo logistycznych problemów ze wstaniem w końcu ruszyłem, lekko po dziewiątej.
Wiało z południowego zachodu, co oznaczało trasę "kondomikową" od strony Lubonia, Łęczycy, Puszczykowa, Mosiny przez Dymaczewo, Łódź, Stęszew, Komorniki i do domu. W Puszczykowie trwa wciąż drzewna rzeź (drzeź?), a co za tym idzie musiałem ratować się znów objazdami. Gnojki wycinają nie tylko zieleń przy drodze, ale i sporo w lesie. I niech nikt mi nie mówi tu o bezpieczeństwie biednych kierowców, chyba że tych rozbijających się quadami.
Teraz nierowerowo. Miła niespodzianka mnie dziś czekała. W ubiegłym tygodniu pisałem o moim potencjalnie zawalonym jednym z korpozadań, który miał mnie kosztować i finansowo, i nerwowo, bo tłumaczenie się nie należy do moich ulubionych zabaw. A tu szok - okazało się, że pomimo, hmmm, alternatywnej drogi działania, mało standardowej, doceniono zaangażowanie i zachowania "na człowieka" a nie "na robota" i element został zaliczony, nawet z pochwałą. Tym samym zamiast być kilka stów w plecy będę do przodu. Cuda, cuda ogłaszają... :)






