Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 239992.60 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.49 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 784507 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 56.10km
  • Czas 01:55
  • VAVG 29.27km/h
  • VMAX 50.70km/h
  • Temperatura 17.0°C
  • Podjazdy 273m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Sobota

Niedziela, 17 września 2017 · dodano: 17.09.2017 | Komentarze 12

Znów było całkiem fajnie pod względem pogody na rower. O dziwo, tylko dodam :) Generalnie gdyby nie w sumie połowa dystansu kręcona po mieście to byłoby nawet bardzo ok, ale czerwona fala swoje zrobiła - to, co nadrobiłem skopało się pod sam koniec. Wiatr - z północy w teorii, a z zachodu w praktyce - nie przeszkadzał za bardzo, co oczywiście nie jest jednoznaczne z tym, że pomagał. Co to, to nie ;)

Było wyjątkowo ciepło jak na ostatnie dni - siedemnaście stopni - dzięki czemu przypomniałem sobie jak się jeździ w zaledwie jednej warstwie ciuchów, do tego z zestawu "na krótko". Takie warunki powinny być przez cały okrągły rok, żadnych upałów i żadnych mrozów. Dobra, zejdźmy na ziemię - winter is coming.

Zrobiłem kółeczko z Dębca na Górczyn, potem wzdłuż Głogowskiej do Kaponiery, z niej zjazd w kierunku Sołacza, przez Piątkowo do Suchego Lasu, za Złotkowem skręt...

...i tą eską nad eską (o numerze jedenaście) lekko zakrzywiam czasoprzestrzeń, kompletnie olewając obowiązujący ustawowo dzień tygodnia, pojawiając się w Sobocie.

Mijam tamtejszy kościół, a w sumie chyba nawet sanktuarium, na zewnątrz którego "wierni" zajęci plotami między sobą "słuchali" mszy. Kieruję się na Rokietnicę, do której docieram pożerając peleton :)

Powrót przez Kiekrz, Starzyny, Kiekrz poznański, Słupską, Wolę, Grunwald i do domu. W sumie podczas całej drogi uratowałem życie jednej babci, próbującej wlecieć mi na czerwonym pod koła (użyłem komunikatu głosowego) oraz trzech Ukraińców (wiem, bo da się ich poznać po wyglądzie, a dodatkowo słyszałem ich "przepiękny" zaśpiew) - nie skasowałem dwóch na wiaduktowej DDR-ce w Suchym Lesie (też komunikat głosowy, a w sumie ryk, bo na zwyczajne odgłosy nie reagowali), jednego na wiaduktowej drodze już tylko rowerowej w Górczynie. Choć trzeba przyznać, że na nim pismo obrazkowe jest nie do ogarnięcia również dla polactwa.

Przyuważyłem też wzruszającą parę - stereotypowy Sebix (czapeczka, dresik) z Karyną (te legginsy.... oj, bolało) na spacerku. Z pociechą zapakowaną do wózka. I tu wspomniane wzruszenie - był on niebiesko-biały, z herbem Lecha. Jakby przyjmowano zakłady na temat pierwszych słów, które wypowie ów młody człowiek, to bym stawiał na coś w rodzaju "Legia to stara..." :)




  • DST 52.50km
  • Czas 01:45
  • VAVG 30.00km/h
  • VMAX 50.50km/h
  • Temperatura 13.0°C
  • Podjazdy 230m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Pozytywa

Sobota, 16 września 2017 · dodano: 16.09.2017 | Komentarze 21

Już wiem. To po to jest te na oko 350 gównianych pogodowo dni w roku, żeby docenić 15 takich jak dziś. Czyli po prostu fajnych. Wiatr o dziwo odpuścił i dał żyć, nie padało, jedyne co to mogło być na starcie ciut cieplej niż 10 stopni :) Potem jednak temperatura wzrosła i momentami było nawet zbyt komfortowo.

Trasa to "muminek anty-ddrkowy": Dębiec - Lasek Dębiński - Starołęka - Krzesiny - Koninko - Głuszyna - Babki - Daszewice - Rogalinek - Mosina - Puszczykowo - Luboń - Dębiec. Ruch niewielki, prócz oczywiście Lubonia, gdzie zakwitłem jak zwykle wśród tubylców pogrążonych w ich odwiecznym dylemacie: Mac, dyskont czy galeria (handlowa, choć chyba tego nie musiałem pisać).

Dobra, koniec. Ile można pisać pozytywnie? Poza tym muszę lecieć, bo w końcu mam dzień wolny, czyli całkowity brak czasu :)





  • DST 51.60km
  • Czas 01:53
  • VAVG 27.40km/h
  • VMAX 53.10km/h
  • Temperatura 14.0°C
  • Podjazdy 172m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Bełt

Piątek, 15 września 2017 · dodano: 15.09.2017 | Komentarze 19

Wyruszyłem, przejechałem, wróciłem. Na tym chciałbym zakończyć temat dzisiejszego rowerowego wypadu.

No ale tak się nie da, więc jedynie wspomnę o tym #**% czymś, co jak mnie nie hamowało centralnie w pysk, to starało zmieść z drogi lub z nudów usunąć napisy z ramy. Czyli o wietrze. Na więcej słów menda nie zasłużyła.

Tak poza tym to wciąż trwa remont między Chomęcicami a Konarzewem, więc moje aktualne trasy na zachód przypominają chód konesera wina marki "te za 2,99" w niedzielny poranek - jest w nich wszystko prócz dłuższego kawałka prostej. Tu objazdy, tam zakręty, tu serwisówki, tam zamknięte przejazdy... Czyli jeden wielki bełt :)

Bełt = Poznań + Luboń + Wiry + Komorniki + Rosnowo + Chomęcice + Gołuski + Dąbrówka + Zakrzewo + Wysogotowo + Skórzewo + Plewiska + znów Poznań. Fuj!

Sama pogoda też mała coś z deklem - raz słońce, raz chmury, raz nawet dopadł mnie deszcz. Wczoraj, gdy miałem zamontowany szosowy błotnik, nie spadła na mnie ani kropla. Dziś, bez niego, musiało padać. I bądź tu mONdry :)




  • DST 55.80km
  • Czas 02:03
  • VAVG 27.22km/h
  • VMAX 56.10km/h
  • Temperatura 14.0°C
  • Podjazdy 243m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Wiaterloo

Czwartek, 14 września 2017 · dodano: 14.09.2017 | Komentarze 9

To, że wybrałem sobie dziś do jazdy szosę, a nie crossa, nie oznacza, iż warunki pogodowe były bardziej przyjazne. Wręcz przeciwnie - przelotne deszcze gnębiły Poznań od rana, a wiatr... Nie będę używał tu pasujących do niego słów, bo wyczerpałyby one obszerne zasoby polskiego słownika wulgaryzmów. Dość powiedzieć, że w połowie stałej "kondomikowej" trasy (Poznań - Luboń - Wiry - Puszczykowo - Moisna - Dymaczewo - Stęszew - Komorniki - Poznań), gdzie w "sprzyjających" dniach podczas jazdy solo można osiągnąć średnie wartości na poziomie plus minus 32 km/h, ledwo na liczniku miałem 24,5. Potem co prawda fragmentami wiało mi w plecy (milusie to, tylko czemu zdarza się tak rzadko?), ale i tak ostateczny wynik jest poniżej jakiejkolwiek krytyki.

Jedyne, co mam na swoje usprawiedliwienie to to, że tak zawiany czułem się ostatnio gdzieś na pierwszym roku studiów :) Momentami spychało mnie na pola, a przed każdą mijanką z TIR-em chowałem głowę na wysokości korby, bo strumień powietrza starał się zafundować mi cofkę. Wesoło było :)

Na koniec bonusik dla bajkstatsowiczów z sąsiedniego województwa. Przejazd przez tę miejscowość zajmuje mi coś około minuty, o czym pewnie marzy każdy kręcący codziennie po Łodzi :)




  • DST 64.20km
  • Czas 02:34
  • VAVG 25.01km/h
  • VMAX 52.00km/h
  • Temperatura 15.0°C
  • Podjazdy 327m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Lesie, wróć!

Środa, 13 września 2017 · dodano: 13.09.2017 | Komentarze 15

W tytule nie ma literówki, a ja nie wróciłem do filmowych wzruszeń z etapu: późny żłobek/wczesne przedszkole :) O ssso chozzzi - już za chwilę.

W wolny dzień wstałem jak zwykle niespiesznie, tym bardziej, że Żona dziś do pracy szła trochę później niż zazwyczaj, więc nie było ciśnienia na wczesne opuszczanie najważniejszego elementu domowego wyposażenia (prócz lodówki, oczywiście). Wypiłem kawę, zacząłem szykować szosę do wyjazdu, następnie spojrzałem za okno i.... mina mi zrzedła. Albo inaczej: linia ust wyglądała z grubsza jak drzewa, które wiatr postanowił przywitać z ziemią. Spojrzałem na siebie (no na Pudziana nie wyglądam, nie oszukujmy się), potem na wspomniany już sprzęt z barankiem z przodu (też na Pudziana nie wygląda) i postanowiłem co następuje:

1. Mimo świecącego słońca wybrać do jazdy crossa.
2. Pojechać do lasu i mieć w d...rzewie wiatr.

Kolejne pół godziny to odgruzowywanie staruszka (w końcu wpadłem skąd nazwa marki - STR), szukanie dętek na zapas, zmiana ustawień licznika, szukanie samego licznika, który gdzieś podziałem (był pod plecakiem) i takie tam. W końcu jednak nadejszła wiekopomna chwila i ruszyłem, udając, że azymut, który dziś sobie wybrałem jest moją codziennością i w ogóle to lasy zjadam na śniadanie. Wielkopolski Parku Narodowy - zaraz Cię ujarzmię! Tak buńczucznie... wyszeptałem :)

To, że WPN wielką ładnością jest, wie chyba każdy. Ja dotychczas kręciłem po nim tylko najbardziej znanymi szlakami, dziś postanowiłem zaszaleć i ruszyć w nieznane. Nooo, pół nieznane. Najpierw jednak musiałem pożeglować (oj, ciężko było) z Dębca przez Luboń do miejscowości Wiry, gdzie przekraczając tory znalazłem się w lesie. A na początek w piachu, którym mnie przywitał. Już wiedziałem, ze będzie wesoło, bo nie dość, że rower ledwo zipie, to jeszcze na slikach sobie mogłem... No niewiele mogłem :)

Potem jednak zrobiło się sympatyczniej, a ja kręciłem dziarsko przed siebie, czując to. Oj, tęskniłem :) Pierwsza pauza nastąpiła na pierwszym z możliwych rozstajów, ale byłem przygotowany, gdyż - pochwalę się - posiadam mapę Parku. Tu mi pomogła, potem już nie, bo mapa lasu w momencie zgubienia się w nim jest średnio przydatna, gdy dokoła widzi się tylko albo drzewa, albo drzewa :)


Jadąc prosto dostałem się jakimś cudem do Grejzerówki, którą przeciąłem i wybraną na chybił trafił drogą dostałem się do wysokości Jeziora Jarosławieckiego, sprytnie schowanego przed nieuświadomioną ludzkością, której byłem idealnym reprezentantem :)

Płynąłem dalej na czuja, genialnym kawałkiem trafiając znów w okolice Grejzerówki, gdzie zrobiłem taktyczny błąd - zamiast kierować się na Góreckie, skręciłem w prawo na wysokości muzeum. Raz, że nie było tam ani ładnie, ani uroczo, ale za to piasku było w bród. Jupi :) Dojechałem do Trzebawia, gdzie pojawiła się normalna asfaltowa druga. Zadowolony, że widzę kierunkowskaz na Stęszew, popędziłem właśnie tam. Niespodzianka - napis: "koniec drogi z masy bitumicznej". No dobra, pomyślałem, tragedii nie będzie. Była :) Prawie sześć kilometrów kolein z piachu, potem leśnego duktu, ale wyżłobionego kołami ciężkiego sprzętu do wyrębu drzew, a nade wszystko w większości otwarta przestrzeń, gdyż dominowały pola. Dokładnie tego chciałem uniknąć, bo wiatr pomiatał mną jak chciał. A ja nie chciałem, żeby on chciał. W końcu jednak dotarłem do Stęszewa, tam pojawił się asfalt... Ufff.

Postanowiłem cofnąć się znaną dobrze drogą przez Łódź i obydwa Dymaczewa do Mosiny. Tak zrobiłem, choć co chwilę musiałem korygować ustawienie kół, bo dziwnie mnie spychało w lewo. Minąłem nawet jednego kolarza i pomyślałem: współczuję, chłopie. W samej Mosinie obrałem kurs na Osową Górę (a jakże), wsapałem się na nią i wybrałem sobie sam pokutę nie wiadomo za co, gdyż skierowałem się w znajome rejony zjazdu do Jeziora Kociołek. Czemu pokutę? Bo słowo "zjazd" brzmi fajnie, gorzej z praktyką, gdy ma się pod sobą coś na kształt Sahary, która potem zamienia się w kamieniołom. Dziwię się, że opony nie wykonały na mnie wyroku śmierci za zbrodnie na rowerowych elementach :)


Kociołek zaliczyłem, ze smutkiem patrząc na skutki niedawnych wichur...

...a następnie skierowałem się - jak mi się wydawało - nad wspomniane już Jezioro Góreckie, ale coś pokiełbasiłem i wylądowałem... No właśnie. Gdzieś :) Kilka nawrotów i znów wiedziałem, gdzie jestem, a co ważne już kręciłem wzdłuż poszukiwanej trasy. Choć i tak jakiś WPN-olog miałby w tym momencie ze mnie niezły brecht :)


Z lasu wyjechałem na wysokości Jezior, potem już klasycznie - do Puszczykowa, następnie Łęczyca, Luboń i do domu. Ostatnie osiem kilometrów w deszczu, ale i tak wypad uważam za mega udany. Spędziłem dwie i pół godziny na zabawie, prawie jak dziecko w piaskownicy. Momentami dosłownie :) Poznałem nieznane mi wcześniej dukty, powoli zaczynam mieć mapę WPN-u w głowie, a nade wszystko odpocząłem od szosy, bo jazda nią dziś na pewno nie należałaby do przyjemności, choć częściowo zaliczyłem i tę atrakcje, chwilami musząc łapać kask, żeby nie odleciał :)

Kiedy powtórka - nie mam pojęcia. Za to wiem, że chcę mieć w pełni sprawny rower na takie wypady.

Tu TRASA w wersji z aplikacji Relive.

EDIT: Udało mi się skonstruować w końcu filmik z wyjazdu:




  • DST 52.25km
  • Czas 01:48
  • VAVG 29.03km/h
  • VMAX 52.00km/h
  • Temperatura 15.0°C
  • Podjazdy 227m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

...a ja na tej wojnie... :)

Wtorek, 12 września 2017 · dodano: 12.09.2017 | Komentarze 11

Wpadł dziś klasyczny "kondomik" (choć jak to napisałem to zauważyłem pewien paradoks w tym zdaniu) w wersji: Poznań - Luboń - Mosina - Puszczykowo - Dymaczewo - Łódź - Stęszew - Komorniki - Poznań. Korasy w Luboniu, Mosinie i Komornikach śmiało mogły konkurować z tymi wielkomiejskimi, tyle że okazały się jeszcze bardziej niebezpieczne, bo w wykonaniu PZ-tów. Kilka razy było wesoło, ale przeżyłem. Wiatr? No cóż... Chciałbym znów go pochwalić, ale nie zasłużył - z minuty na minutę był coraz silniejszy, a zamiast południowo-zachodni, jak zapowiadano w prognozach, okazał się wschodni z odchyłami. Namachałem się więc niczym niepełnosprytny chomik po kołowrotku, a wynik i tak wyszedł mizerny :)

Jeszcze jest zielono, jeszcze jest ładnie. Spieszmy się kochać liście, tak szybko odejdą...


Zadziwiająco szybko skończyła się również kontynuacja "Millenium" autorstwa Lagercrantza, w wersji audio, kolejnej jeszcze nie mam, zabrałem się więc za ciekawostkę, na którą trafiłem przez przypadek, i już sam siebie pytam: czemu tak późno? Znalazłem się bowiem na froncie (nie tylko podczas walki z wiatrem) po odpaleniu słuchowiska "Święty chaos" - jako że rzecz zaczyna się w Afganistanie to mi we łbie strzelano, krzyczano, że Allah coś tam, gdy odpadała głowa od tułowia to słyszalne było smakowite "ślurrrp".... Fajna rzecz, mimo że scenariusz (bo to nowatorska wersja audiobooka, na zasadzie serialu w odcinkach) Harasimowicza momentami nie trzyma się kupy. to na  dwa kółka jest "lekturą" idealną. No to co, roweru akbar! :)




  • DST 57.20km
  • Czas 02:00
  • VAVG 28.60km/h
  • VMAX 50.90km/h
  • Temperatura 17.0°C
  • Podjazdy 225m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Kórko

Poniedziałek, 11 września 2017 · dodano: 11.09.2017 | Komentarze 2

Czyli kółko z Kórnikiem w centrum. Stęskniłem się trochę za tym kierunkiem, więc prawie z radością przyjąłem wschodni powiew. Oczywiście okazał się on w praktyce południowym, ale przecież oczywistą oczywistością było, że tak się stanie :)

W końcu poczułem wrzesień pełną gębą - korki właziły prawie do Lasku Dębińskiego, przez który zrobiłem sobie szutrowy skrót :) To samo na Starołęce, następnie gdzieś na odcinku między Krzesinami a Koninkiem było spoko, za to gdy wpadłem na wysokości Gądek w tirowy cug to myślałem, że już mnie nie puści. Ale jednak - udało się wydostać serem szwajcarskim, bo drogą tego nazwać nie wypada, przez Dachowę oraz Robakowo, by w końcu wybrać azymut na Kórnik, który zgrabnie minąłem objazdem, by przez Mieczewo, Rogalin, Puszczykowo, Wiry i Luboń dotrzeć do domu. Przy czym słowo "dotrzeć" jest najbardziej adekwatne, gdyż od nagłych hamowań straciłem resztki klocków :)

Uff. Co to ja napisałem na samym początku? Aaa, jest - "stęskniłem się za tym kierunkiem". No to mam :)




  • DST 53.00km
  • Czas 01:51
  • VAVG 28.65km/h
  • VMAX 51.00km/h
  • Temperatura 15.0°C
  • Podjazdy 181m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Zonkoodpoczyn

Niedziela, 10 września 2017 · dodano: 10.09.2017 | Komentarze 8

Po wczorajszej secie z małą popitą nie miałem dziś ochoty na wczesne wstawanie, tym bardziej, że wolne to wolne i trzeba je szanować. Zupełnie więc nie zmartwiło mnie poranne kropidło z nieba. Nooo, może coś więcej niż kropidło. Wstałem, wypiłem kawkę i zjadłem śniadanie, następnie postanowiłem do końca wypakować plecak, w którym miałem pierdółki na trasę do Piły. I tu... zonk. Nie stwierdziłem obecności góry od bielizny termoaktywnej, czyli po prostu oddychającej koszulki. Nie mam pojęcia czy nie spakowałem jej na trasie w lesie, gdzie pozbywałem się zbyt dużej ilości ciuchów, czy może wypadła mi z bagażu w pociągu... W każdym razie szkoda, bo służyła mi dobrych kilka lat, a skończyła bez należytego pogrzebu. R.I.P. więc :)

Podjechałem sobie (jeszcze nie rowerem) do Decathlonu na Sycowskiej po substytut, który nabyłem z jakiejś końcówki serii, bo bida straszna asortymentowa mnie tam zastała. Gdy wróciłem to akurat zaczęło się przejaśniać, więc przyszedł czas na test nabytku - wszystko zgodnie z planem. Negocjacje z Żoną poszły zadziwiająco sprawnie. No dobra, były o tyle łatwiejsze, że akurat znajdowała się służbowo nad morzem :)

Miałem dylemat jedynie co do wyboru roweru (stanęło na szosie), natomiast co do kierunku nie było żadnych wątpliwości - przeciwny od Bike Challenge, który jak co roku zablokował północny i wschodni potencjał wyjazdowy. Swoje zdanie o tej imprezie wyrażam średnio co jakieś 365 dni, więc tym razem się powstrzymam - za to gratuluję wyników wszystkim z moich znajomych, którzy brali w niej udział :)

Pokręciłem na zachód, co ostatnio nie jest łatwym zadaniem - przez zamknięte drogi i objazdy minie sporo czasu zanim wymyślę jakąś logiczną wersję trasy na pięć dych. Dziś kręciłem się w kółko, z Dębca ruszając do Lubonia, potem Komorniki, Szreniawa, Chomęcice, z których skręciłem na serwisówki, następnie z Palędzia przez Dąbrówkę i Zakrzewo do drogi 307, z niej skręt na Dąbrowę, znów serwisówki, znów Komorniki oraz końcówka przez Plewiska i do domu. Efekt? Wmorde- i boczne-wind, a jak :) No ale przecież wczoraj od niego odpocząłem, więc musiał nastąpić rewanż :) Grunt, że pokręcone, a że zgodnie ze znakiem na fotce.... Bywa :)




  • DST 133.10km
  • Czas 04:33
  • VAVG 29.25km/h
  • VMAX 63.10km/h
  • Temperatura 22.0°C
  • Podjazdy 557m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

NieZaPiłę :)

Sobota, 9 września 2017 · dodano: 09.09.2017 | Komentarze 27

Pomysł wspólnego (pierwszego „pełnego”, a nie tylko dokoła komina) wypadu z Jurkiem narodził się niedługo po tym, jak niestety terminy (m.in. przez jutrzejszy Bike Challenge) i inne kwestie nie pozwoliły na zgranie ludzkości w Prusimiu. Mi akurat termin wyjątkowo pasował, bo do wszelkich maratonów mam wciąż niesłabnącą niechęć, więc zgadaliśmy się na wykonanie stówki, coby okazja nie przepadła. Były również plany na dłuższy dystans, jednak w okolicach wczesnego wieczoru musiałem być w Poznaniu, na chwilę i tylko papierkowo, ale... Stanęło więc na kierunku pilskim.

Czemu akurat ten? Po pierwsze – bo wiało z południa. Po drugie – tam mnie jeszcze nie było. Po trzecie – bo wiało z południa :) W sumie punkt drugi można śmiało wykasować, bo nie spodziewałem się po tej miejscówce niczego wartościowego, a czy zmieniłem zdanie – o tym pod koniec relacji.

Jurek musiał najpierw pojawić się w Poznaniu. Wykonał to zgrabnie w kilkanaście minut za pomocą pociągu, a konkretnie szynobusu. Co ważne – nie zapomniał roweru, o czym przekonałem się, gdy „odebrałem” go na stacji Poznań Górczyn. Chwila na omówienie szczegółów i lekko przed dziewiątą ruszamy.

Przepchanie się przez miasto o dziwo poszło dość sprawnie – jednak sobota rano ma swoją magię. Meldujemy się w okolicach cmentarza na Junikowie, gdzie powstaje symboliczna fota. Kompletny przypadek sprawił, że samowyzwalacz ją zrobił w momencie, gdy akurat patrzyłem na zacnego kolegę :)

Następnie nieznanymi mi wcześniej traktami (dzięki za pokazanie) dokręcamy do Ławicy i wzdłuż Bukowskiej docieramy do Wysogotowa, a następnie jakąś o dziwo posiadającą wyjazd serwisówką wobec DK92 znajdujemy się gdzieś na wysokości Sadów. Tam znów zaskoczenie – ktoś zgrabnie schował sobie w ogródku MIG-a, chyba z numerkiem 29, ale tu strzelam, bo się nie znam na maszynkach do mordowania :) W każdym razie Jurek sobie mig-a :)

Przez chwilę rozmawiamy i jedziemy wspólnie z kolarzem, który szykuje się – a jak – do jutrzejszego maratonu. Jednak skręca na Rokietnicę, my natomiast dalej na północ, jeszcze znaną mi trasą przez Napachanie, Cerekwicę i Pamiątkowo. Oczywiście nie widzimy „ułatwienia” z kostki, co klaksonem komentuje zaledwie jedna frustratka. Niezły wynik i tak ;)

W Szamotułach już byłem i pamiętałem, że nie chciałem znów być, głównie ze względu na bruk w centrum oraz korki. Ponownie wiem, że nie chcę znów być, z tych samych względów :)

Od tego momentu zaczynają się dla mnie światy nieodwiedzone. Drogami, lepszymi czy gorszymi, ale i DDR-kami z asfaltu (!) docieramy do miejscowości Obrzycko, gdzie odwiedzamy Chatę Lewiatana, czy jak to było tym sklepom, gdzie sprzedawali colę i drożdżówki :) Przy okazji okazało się, że to, co jak sądziłem jest kościołem, okazało się ratuszem, do tego barokowym (!). Nic mi w tej opowieści nie pasuje, no ale trzeba wierzyć tutejszym ludziom od wstawiania tablic z opisami. Generalnie jednak miejscowość o dziwo miło mi się zapamiętała we łbie, bo kilka ciekawostek dało się zauważyć na murach.






Przekraczamy Wartę, a tu... Zielonagóra :) A ja się miło witam z radiowozem, który dziwnym trafem podświadomie kieruje mnie mentalnie ku tamtejszej ścieżce. Te pojazdy mają w sobie niewypowiedzianą magię :)

Wjeżdżamy na tereny Puszczy Noteckiej. Oj tak, to moje miejsce. Dobre drogi, pięknie położone pomiędzy drzewami, jakieś tam hopki, na razie niewielkie. Rewela.


W Lubaszu chwila na podziwianie całkiem ładnej atrakcji weekendowej, z której akurat leciały znane przeboje. Jurek i tak stwierdził, że będę się smażył w piekle, więc nie będę dosypywał sobie jeszcze doń węgielków. I na tym zakończę temat :)

Pojawił się Czarnków. Nigdy nie byłem, a zawsze mi się dobrze kojarzył - z pysznymi wyrobami mlecznymi oraz z pysznymi wyrobami... chmielnymi :) 50% sukcesu zostało uzyskane, gdyż po drodze mijaliśmy mleczarnię, tego drugiego zakładu niestety nie :/ A miasteczko polubiłem za jeszcze jedno - jest położone w dolinie, co oznacza najpierw godny zjazd (ponad 63 km/h), a potem grubo ponad kilometrowy wjazd (trochę wolniejszy, za to - jak powiada Strava - z nachyleniem w porywach dochodzącym po 10%). Miodzio :) Tutaj małe info - plany Jurka były trochę inne co do tej części trasy i nawet ku mojemu zaskoczeniu zaczęły się delikatnie realizować (te nawrotki pod prąd, hehe), jednak po spojrzeniu na zegarek trzeba było wrócić do rzeczywistości.

Tutaj Jurek dzielnie zjeżdża...

...a następnie jeszcze bardziej dzielnie wjeżdża :) Brawo - górki były naprawdę godne!!!

Potem zresztą też było całkiem fajnie, do tego gdzieś w tle widniała jakaś ciekawa, bo asfaltowa i całkiem pagórkowa ścieżka, ale dostanie się do niej wymagałoby z naszej strony zatrudnienia wojsk obrony terytorialnej. Pewnie czekalibyśmy jeszcze do teraz, bo zanim grillowce w koszulkach z żołnierzami przeklętymi wsadziłyby się w mundury... :)

Rewelacyjny zjazd czekał na nas jeszcze w Ujściu, które bardzo, ale to bardzo mi się podobało. Czułem się niemal jak u drugiego/pierwszego siebie, czyli w górach. Do tego godne zabytki, dwie rzeki na raz... Po prostu pięknie. Niestety w tym samym momencie zgłupiał mi aparat w jednym z dwóch telefonów, więc końcówka relacji będzie symboliczna pod względem zdjęć.


W końcu Piła... Przy wjeździe była nawet całkiem konkretna sesja, ale niestety zachowało się jedynie zdjęcie z kalkulatora.

Potem było też całkiem ładnie, bo Piła jeszcze nie za bardzo była, za to były drzewa :)

Jak się Piła pojawiła to... Hm. Cieszyłem się, że to finisz :) Zresztą, co tu dużo gadać, kalkulator prawdę powie :)


Ok, nie powinno się oceniać po okładce, bla bla bla... Ale ocenię - trzeci świat. Oczywiście była za to galeria, do której Jurek poleciał po zapas alko i bezalko browarów (wiem, wstyd :P, ale co zrobić?), natomiast prawdziwym hitem okazał się cerber płci żeńskiej, pełniący zaszczytną funkcję ciecia dworca, z napisem "SOK". W skrócie: my już przy kasach, płacimy za bilety, gdy gdzieś zza winkla rozlega się:

- Panowie, proszę uprzejmie opuścić dworzec z tymi rowerami.
- Już, jak pani widzi właśnie kupujemy bilety, zaraz mamy pociąg.
- Tam na zewnątrz są stojaki, proszę je tam zostawić.
- Ale my przecież za minutę wychodzimy, bilety się drukują.
- Proszę opuścić dworzec.
- Czy pani nie widzi, że już byśmy dawno te bilety kupili, gdybyśmy nie rozmawiali z panią?
- Zapoznali się panowie z regulaminem dworca? Chcą panowie mandat?

I tak przez kilka minut :) Jurek dyskutował, ja po przekazaniu w okienku, iż zapłacę kartą zostałem najpierw wysyczany przez kasjerkę, która wycedziła, iż "płatnośśść kartą zgłasza ssssię przed zakupem" (faktycznie była kartka, ale nie widziałem, bo gadałem z panią cieć), a potem z fochem dostałem blankiecik, jednak bez przejazdu na rowery. Czemu? Bo "nie ma gwarancji, że będzie na nie miejsca". Za to wypisano nam karteczkę, dzięki której mieliśmy możliwość zakupu takowych już w pociągu. Oto jak wygląda skład trakcyjny EN57, do którego nie da się sprzedać biletu rowerowego (na pierwszym tle blankiecik) z powodu braku gwarancji miejsca:

Choć może mieli rację? Na fotce nie widać drugiego roweru, a przy aktualnych możliwościach w temacie klonowania... :) A tak w ogóle to może w pociągu uzbierałoby się ze dwadzieścia osób...

W samym Poznaniu Jurek złapał jakieś wirtualne połączenie do Buku, którego nie było w rozkładach internetowych, a to i tak tylko dzięki temu, że podczas spalania fajki usłyszał komunikat. Dobra zmiana sięga już PKP :)

Fajna seta+ się dziś trafiła, Planowałem ciut krótszy wypad, ale wersja alternatywna trasy na Piłę baaardzo mi się podobała. Jurek dzielnie trzymał koło, a różnica w naszych średnich wynika z tego, że gdy czuję (tak rzadko...) powiew w plecy to nie mogę (no nie mogę) nie jeździć (prawie) swojego. Jako że szanowny kolega nie kręci tak regularnie jak ja (za to potrafi zrobić 400+, czego ja bym nawet nie ruszył) to wymyśliłem swój patent - gdzieś od połowy trasy jechałem z przodu, korzystając z okazji do podkręcenia, potem robiłem jakieś zdjęcia i pauzę, a gdy a horyzoncie (bardzo szybko) pojawiał się Jurek to podjudzałem go pozytywnie do przyspieszania, tworząc presję - i tym samym chyba obaj jesteśmy zadowoleni :)

Jurek - dzięki wielkie za wyjazd. Pokazałeś mi tereny, za które zabrałbym się pewnie za tysiąc lat, a już wiem, że byłby to błąd niewybaczalny, gdyż powinno się je serwować w pierwszej kolejności. Dzielnie jechałeś, a podjazdy zostaną w nogach, wierz mi. Piła zaliczona, a w sumie odfajkowana - o wiele lepsze są okoliczności, które do niej prowadzą. Polecam.

TU trasa w wersji ładnej, a poniżej z Endomondo. Do dystansu doszedł jeszcze przejazd z poznańskiego dworca.

PS. O dziwo pojawiły się dwie dogorywające już dożynki, a także jeden drewniany wiatrak do kolekcji.

A ja idę spać, nadrobię zaległości w BS jutro, obiecuję :)







  • DST 51.30km
  • Czas 01:44
  • VAVG 29.60km/h
  • VMAX 52.40km/h
  • Temperatura 14.0°C
  • Podjazdy 163m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Spieszologia

Piątek, 8 września 2017 · dodano: 08.09.2017 | Komentarze 5

Musiałem z pewnych powodów wyruszyć dziś stosunkowo wcześnie, bo w okolicach 8:30 rano, a i w domu znaleźć się nie później niż dokładnie dwie godziny później. Udało się, choć łatwo nie było, gdyż szanowni poranni puszkarze wrócili już na swoje wcześniej ustalone pozycje, czyli na ulice, tworząc wcześniej ustalone zatory zwane korkami. A tam, gdzie rowerzyści mają wydzielone ścieżki, tak jak na ulicy Głogowskiej, namiętnie można było podziwiać przody, boki oraz tyły samochodów, które pragnęły to zaparkować, to wjechać na posesje, to pokazać, że użycie mózgu nie zawsze idzie w parze z uprawieniami do kierowania pojazdem. No a już poza miastem czekał na mnie z paskudnym uśmiechem wmordewind, szykujący się, żeby zrobić mi na polnych drogach szkołę przetrwania. Czyli: jesień (prawie) jak to tak? :)

Od jakiegoś czasu mam pozamykane dla ruchu istniejące od rowerowych wieków ścieżki, więc muszę radzić sobie objazdami. Wymyśliłem dzisiaj jeden nowy, ruszając z Dębca przez rozkopane Plewiska, następnie ulicą Kolumba w Komornikach do serwisówek, potem Gołuski, Palędzie, skręt na Konarzewo w Dopiewcu, kółeczko dokoła Trzcielina i Dopiewa, a stamtąd już swoimi śladami. Czekam na kolejne rewolucyjne decyzje o remontach. najlepiej polegające na zamknięciu wszystkich dróg na zachód w jednym terminie. I otwarciu autostrad dla rowerzystów :)

Aha, tak jak napisałem - spieszyłem się. Co otrzymuje w prezencie spieszący się rowerzysta? Tak, szlaban zamknięty centralnie przed pyskiem oraz kilka minut czekania na kolejny skład w tym samym rzucie. Nic nowego :)