Info
Suma podjazdów to 791284 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Czerwiec24 - 50
- 2026, Maj31 - 74
- 2026, Kwiecień30 - 50
- 2026, Marzec31 - 65
- 2026, Luty28 - 51
- 2026, Styczeń31 - 72
- 2025, Grudzień31 - 80
- 2025, Listopad30 - 70
- 2025, Październik31 - 96
- 2025, Wrzesień30 - 125
- 2025, Sierpień31 - 144
- 2025, Lipiec31 - 188
- 2025, Czerwiec30 - 147
- 2025, Maj31 - 187
- 2025, Kwiecień30 - 156
- 2025, Marzec31 - 204
- 2025, Luty28 - 178
- 2025, Styczeń31 - 168
- 2024, Grudzień31 - 239
- 2024, Listopad30 - 201
- 2024, Październik31 - 208
- 2024, Wrzesień30 - 212
- 2024, Sierpień32 - 210
- 2024, Lipiec31 - 179
- 2024, Czerwiec30 - 197
- 2024, Maj31 - 268
- 2024, Kwiecień30 - 251
- 2024, Marzec31 - 232
- 2024, Luty29 - 222
- 2024, Styczeń31 - 254
- 2023, Grudzień31 - 297
- 2023, Listopad30 - 285
- 2023, Październik31 - 214
- 2023, Wrzesień30 - 267
- 2023, Sierpień31 - 251
- 2023, Lipiec32 - 229
- 2023, Czerwiec31 - 156
- 2023, Maj31 - 240
- 2023, Kwiecień30 - 289
- 2023, Marzec31 - 260
- 2023, Luty28 - 240
- 2023, Styczeń31 - 254
- 2022, Grudzień31 - 311
- 2022, Listopad30 - 265
- 2022, Październik31 - 233
- 2022, Wrzesień30 - 159
- 2022, Sierpień31 - 271
- 2022, Lipiec31 - 346
- 2022, Czerwiec30 - 326
- 2022, Maj31 - 321
- 2022, Kwiecień30 - 343
- 2022, Marzec31 - 375
- 2022, Luty28 - 350
- 2022, Styczeń31 - 387
- 2021, Grudzień31 - 391
- 2021, Listopad29 - 266
- 2021, Październik31 - 296
- 2021, Wrzesień30 - 274
- 2021, Sierpień31 - 368
- 2021, Lipiec30 - 349
- 2021, Czerwiec30 - 359
- 2021, Maj31 - 406
- 2021, Kwiecień30 - 457
- 2021, Marzec31 - 440
- 2021, Luty28 - 329
- 2021, Styczeń31 - 413
- 2020, Grudzień31 - 379
- 2020, Listopad30 - 439
- 2020, Październik31 - 442
- 2020, Wrzesień30 - 352
- 2020, Sierpień31 - 355
- 2020, Lipiec31 - 369
- 2020, Czerwiec31 - 473
- 2020, Maj32 - 459
- 2020, Kwiecień31 - 728
- 2020, Marzec32 - 515
- 2020, Luty29 - 303
- 2020, Styczeń31 - 392
- 2019, Grudzień32 - 391
- 2019, Listopad30 - 388
- 2019, Październik32 - 424
- 2019, Wrzesień30 - 324
- 2019, Sierpień31 - 348
- 2019, Lipiec31 - 383
- 2019, Czerwiec30 - 301
- 2019, Maj31 - 375
- 2019, Kwiecień30 - 411
- 2019, Marzec31 - 327
- 2019, Luty28 - 249
- 2019, Styczeń28 - 355
- 2018, Grudzień30 - 541
- 2018, Listopad30 - 452
- 2018, Październik31 - 498
- 2018, Wrzesień30 - 399
- 2018, Sierpień31 - 543
- 2018, Lipiec30 - 402
- 2018, Czerwiec30 - 291
- 2018, Maj31 - 309
- 2018, Kwiecień31 - 284
- 2018, Marzec30 - 277
- 2018, Luty28 - 238
- 2018, Styczeń31 - 257
- 2017, Grudzień27 - 185
- 2017, Listopad29 - 278
- 2017, Październik29 - 247
- 2017, Wrzesień30 - 356
- 2017, Sierpień31 - 299
- 2017, Lipiec31 - 408
- 2017, Czerwiec30 - 390
- 2017, Maj30 - 242
- 2017, Kwiecień30 - 263
- 2017, Marzec31 - 393
- 2017, Luty26 - 363
- 2017, Styczeń27 - 351
- 2016, Grudzień29 - 266
- 2016, Listopad30 - 327
- 2016, Październik27 - 234
- 2016, Wrzesień30 - 297
- 2016, Sierpień30 - 300
- 2016, Lipiec32 - 271
- 2016, Czerwiec29 - 406
- 2016, Maj32 - 236
- 2016, Kwiecień29 - 292
- 2016, Marzec29 - 299
- 2016, Luty25 - 167
- 2016, Styczeń19 - 184
- 2015, Grudzień27 - 170
- 2015, Listopad20 - 136
- 2015, Październik29 - 157
- 2015, Wrzesień30 - 197
- 2015, Sierpień31 - 94
- 2015, Lipiec31 - 196
- 2015, Czerwiec30 - 158
- 2015, Maj31 - 169
- 2015, Kwiecień27 - 222
- 2015, Marzec28 - 210
- 2015, Luty25 - 248
- 2015, Styczeń27 - 187
- 2014, Grudzień25 - 139
- 2014, Listopad26 - 123
- 2014, Październik26 - 75
- 2014, Wrzesień29 - 63
- 2014, Sierpień28 - 64
- 2014, Lipiec27 - 54
- 2014, Czerwiec29 - 82
- 2014, Maj28 - 76
- 2014, Kwiecień22 - 61
- 2014, Marzec21 - 25
- 2014, Luty20 - 40
- 2014, Styczeń15 - 37
- 2013, Grudzień21 - 28
- 2013, Listopad10 - 10
- DST 32.10km
- Czas 01:11
- VAVG 27.13km/h
- VMAX 43.00km/h
- Temperatura 9.0°C
- Podjazdy 109m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Glut senny
Poniedziałek, 6 listopada 2017 · dodano: 06.11.2017 | Komentarze 11
Jesień przyszła, gluty lecą. Na razie głównie te dystansowe, na inne nadejdzie pewnie jeszcze czas. W każdym razie gdy się dziś obudziłem i zobaczyłem, że niebo jest niepokojąco zachmurzone, taktycznie ponownie zasnąłem i obudziłem się dopiero, gdy krople już odbijały się od okna. Ktoś by mógł powiedzieć, że minęła godzina, a ja w tym czasie mógłbym już kręcić, ale... no nie, nie mogłem. Łóżko miało dziś ogromne, magiczne moce :)
W pracy musiałem być na trzynastą, a padać przestało (choć to nadużycie, bo co chwilę kropiło) trochę po dziesiątej. Byłem już wtedy w miarę przytomny, ruszyłem więc crossem na te trzy dychy żałosnego dystansu. Bo lepszy glut w garści niż... tu pozostawiam pole do manewru i niedopowiedzenie, bo ktoś może akurat je :)
Trasa na zachód, z Dębca przez Plewiska, Gołuski, Gołuchowo, Komorniki, Plewiska do domu. Jak zwykle na chwilę zatrzymałem się na pewnej DDR-ce w Komornikach, a bardziej na wjeździe do niej. Bo gdybym się nie zatrzymał to pewnie bym zarył w to błocko pyskiem :) Poezja.
Bez przygód, więc kończę, wybierając resztki kamyczków z zębów :)
- DST 58.25km
- Czas 02:03
- VAVG 28.41km/h
- VMAX 51.00km/h
- Temperatura 11.0°C
- Podjazdy 283m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Oponując
Niedziela, 5 listopada 2017 · dodano: 05.11.2017 | Komentarze 4
Udało mi się załatwić wolną niedzielę, a była ona o tyle potrzebna, że wczoraj mieliśmy gości i poszło trochę izotoników, więc wczesne wstawanie nie było wskazane :)
Ruszyłem i tak skoro świt, bo lekko przed południem :) Najpierw jednak chwilę zajęła mi zmiana opony - ta, która wczoraj się zdziurzyła poszła precz, a ja zamontowałem sobie nową, wyjątkowo i po raz pierwszy - za namową chłopaków ze sklepu Mróz Rowery z Półwiejskiej - w rozmiarze 25c. Gleba na liściach również przyspieszyła decyzję o przesiadce na te "grubasy". Dotychczas zawsze zakładałem 23c, ale podobno jeśli chodzi o toczenie nie ma żadnej różnicy, a komfort podczas jazdy w "gorsze" miesiące wzrasta. No to zaryzykowałem. Tym bardziej, że nie kosztowały majątku, mają wkładkę antyprzebiciową i urocze rozwinięcie nazwy - "Czar" (w ogóle nie związane z językiem polskim), która mi się kojarzy z jakimś podziemnym rodzimym zespołem blackmetalowym :)
Gdy już zacząłem kręcić to najpierw zrobiłem kółko testowe, żeby sprawdzić, czy nowa guma ładnie się przyjęła. Potrzeba było kilku korekt, bo wchodzi ona na styk, ale w końcu mogłem zacząć normalną jazdę. Wiało z południa, więc nie kombinowałem z trasą (tu Relive) i wybrałem taką w tę i we wte, czyli z Dębca przez Luboń, Puszczykowo, Mosinę, Żabno do Sulejewa, gdzie zawróciłem. Dawno mnie tam nie było, bo nie miałem zdrowia do objazdów, ale że - jak już pisałem - otwarto w końcu tunel pod torowiskiem w Mosinie (polecam ponownie genialny filmik, który trafnie pokazuje absurdy na całej remontowanej trasie), przejechany przeze mnie dziś w obydwie strony, to była okazja. Tęskniłem, bo lubię tamtejsze niewielkie hopki. A i w samym tunelu da się rozpędzić do 50 km/h - sprawdziłem :)
Pogoda była godna, więc trochę żałowałem, że odpuściłem pierwszą część trasy, kręcąc tempem emeryckim, bo mogło być lepiej w temacie średniej. Ale w sumie - po co mi ona? :)
Na koniec podjechałem jeszcze na myjkę. Nigdy więcej w niedzielę! Nie dość, że zastałem kolejkę pięciu samochodów, to jeszcze akurat trafiłem na dwóch wybitnie asertywnych kierowców. Zapewne nie było przypadkiem, że jeden z nich pucował SUV-a, a drugi jakiś szrot. Z czego ten pierwszy ogarnął się w dziesięć minut, natomiast drugi, nie robiąc sobie nic z innych czekających, wyjął sobie gąbeczkę i zamiast zjechać na bok w celu wyjęcia nonomilimetrów brudu spod dolnych części uszczelek, wykonywał ową czynność jakby na złość tam, gdzie stał. Jeden z czekających nie wytrzymał i zwrócił mu uwagę, że poza nim istnieje jeszcze świat, ale nic to nie pomogło, gdyż "on jeszcze będzie spłukiwał". Nie no, fajnie, ma prawo, ja się nie spieszyłem, ale proszkowy niesmak pozostał. W każdym razie, gdy w końcu się dopchałem i po dwóch minutach wyjeżdżałem, w boksie obok wciąż trwała akcja walki z roztoczem w okolicach lewego lusterka :)
Fajny dzionek - oby jeszcze kilka takich w listopadzie! A oponka faktycznie daje radę.
- DST 52.20km
- Czas 01:51
- VAVG 28.22km/h
- VMAX 51.90km/h
- Temperatura 10.0°C
- Podjazdy 241m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Sytuacyjnie
Sobota, 4 listopada 2017 · dodano: 04.11.2017 | Komentarze 15
Sytuacja numer 1:
Minikowo, generalnie zadupie Poznania. Dziś, wczesny poranek. Ścieżka rowerowa, po której spokojnie jedzie sobie nie najmłodszy już rowerzysta, ale w kasku i w odblaskowej kamizelce, widoczny co najmniej z odległości 500 metrów (sprawdzone organoleptycznie). Z posesji wyjeżdża samochód, a siedzący w nim rodak nie patrzy ani w lewo, ani w prawo, tylko rusza. Rowerzysta hamuje w ostatniej chwili, prawie na masce auta, a gdy jego szok mija, stara się zauważyć jakąkolwiek reakcję na twarzy kierowcy. Brak. Prócz bezmyślnego wzroku, który wyraża tylko jedno: spadaj, pedalarzu, przez ciebie musiałem hamować. Rowerzysta coś tam burcząc pod nosem jedzie dalej, zgodnie z przepisami. Ja tylko zerkam i upewniam się, czy nie trzeba robić za świadka (nie, dzięki refleksowi krącącego na dwóch kółkach) i pędzę dalej drogą. Nielegalnie. Bo życie mi miłe.
Sytuacja numer 2:
Ostatnie dziesięć kilometrów wyjazdu przede mną. Na granicy Puszczykowa i Łęczycy jak zwykle zjeżdżam na wąską DDR-kę, bo przy drodze kole w oczy zakaz jazdy rowerem. Jest urocza, klimatyczna...
...i mega niebezpieczna jesienią oraz zimą z powodu pogody, a latem z powodu często zakwitających tam grupek cyklistów. Staram się zachować maksymalną ostrożność, ale i tak w pewnym momencie na zakręcie koło mi się zawija i łapię glebę. Na szczęście liście - czyli przyczyna upadku - mnie amortyzują i prócz bólu kostki nic mi nie dolega. Ostatni raz ta ścieżka była sprzątana... tu znak zapytania, sięgający zapewne do czasu jej remontu, jakieś na oko dziesięć lat temu. Dylemat: ryzykować zdrowie czy mandat, bo o takich banałach jak niemal gwarantowany dźwięk klaksonu nawet nie wspominam, pozostaje tu stały i ponadczasowy.
Czemu przywołałem akurat te dwie dzisiejsze historie? Bo musiałem ponownie wylać z siebie żółć, czyli najbardziej polskie słowo, w temacie tego, z czym musimy borykać się codziennie na polskich szlakach. Jakby po prostu ktoś nie mógł dać spokoju człowiekowi pragnącemu cieszyć się jazdą, skasować te "prorowerowe" wynalazki lub pozostawić dowolność korzystania z nich - byłbym wtedy jednym z najszczęśliwszych ludzi pod słońcem. A tymczasem - podobnie jak najlepszym środkiem antykoncepcyjnym jest wstrzemięźliwość, tak tu - rezygnacja z roweru.
Jak na ironię trasę zaplanowałem sobie antyśmieszkową, czyli taką, gdzie było ich najmniej: Dębiec - Lasek Dębiński - Starołęka - Krzesiny - Koninko - Głuszyna - Babki - Daszewice - Rogalinek - Mosina - Puszczykowo - Luboń - Dębiec. No i mam :)
W gratisie kilka kilometrów przed domem dostałem jeszcze możliwość zmiany gumy, bo w oponie zrobiła się dziura, zapewne za sprawą jakiegoś szkła na drodze. Wymiana poszła dość sprawnie, ale tylko na czas zakończenia wypadu, bo chyba dętka również miała defekt i jutro czeka mnie ponowna zabawa w tym temacie, bo póki co gniję w robocie.
Po prostu miodzio dzień. Tylko ten miodek ma w sobie pszczele żądła :)
- DST 52.55km
- Czas 01:55
- VAVG 27.42km/h
- VMAX 50.50km/h
- Temperatura 9.0°C
- Podjazdy 164m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Dwornie
Piątek, 3 listopada 2017 · dodano: 03.11.2017 | Komentarze 12
Wczoraj zostałem pokonany przez deszcz i z musu weszło tylko 32 km na chomiku w nieco ponad godzinę. Oczywiście przestało padać w momencie, gdy zacząłem zbierać się do roboty. Przeszła mi nanosekundowa myśl o tzw. użecie, ale sam siebie wyśmiałem. Przecież ja kocham swoją pracę*.
* - gdy jestem na urlopie. Tylko i wyłącznie.
Dzisiaj było już lepiej. Co prawda mżyło od rana, ale lepsze to niż wczorajsze ulewy, więc po prostu wsiadłem na crossa i ruszyłem. Jako że już po jednym dniu zazwyczaj załącza mi się rowerowy głodek, to delektowałem się jazdą. Tym błotem pod kołami. chłodkiem i kroplami na okularach. Przecież to takie fajne :) Wykonałem jedną ze stałych glizd, z Poznania przez Plewiska, serwisówki, Zakrzewo, Sierosław, Więckowice, Dopiewo, Palędzie, Gołuski, Plewiska do domu, czyli wg Relive takie cuś.
Gdy jechałem sobie przez wspomniane Więckowice to postanowiłem się w końcu bliżej zapoznać z pewnym obiektem, który zawsze tylko mijałem, nęcił mnie, ale byłem tak szczęśliwy z faktu, że w tym samym momencie zmieniam kierunek jazdy i zaczyna (teoretycznie) wiać mi w plecy, że nie miałem serca się zatrzymywać. W końcu nadejszła wiekopomna chwila. Oto on. Dwór z XIX wieku, aktualnie w stanie postępującej ruiny, a szkoda, bo znam brzydsze, a okalający go park ma potencjał. Całość kojarzy się mi się z podobnym obiektem w Owińskach, tyle że tam nie trzeba przedzierać się przez dziurę w murze.

W sumie widzę tu potencjał na horror klasy C, a nawet Ć. To półkoliste okienko w prawym górnym rogu aż się prosi o bladą twarzyczkę dziecka patrzącego w dal martwymi oczami, a zamurowane okiennice o wysuszone ciało jakiegoś hrabiego w środku :)
- DST 54.40km
- Czas 01:56
- VAVG 28.14km/h
- VMAX 50.40km/h
- Temperatura 9.0°C
- Podjazdy 223m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Tunello
Środa, 1 listopada 2017 · dodano: 01.11.2017 | Komentarze 13
1 listopada to dzień, w którym najwięcej życia jest na cmentarzach. Ot, ludzki paradoks. W tym roku udało się odwiedzić groby bliskich (również w sąsiednim województwie) już kilka dni przed dzisiejszym świętem, gdy jeszcze było spokojniej. Polecam każdemu, jeśli tylko ma taką możliwość - zyskuje się nie tylko mniej ryzykowny dojazd, ale i możliwość kontemplacji w ciszy.
Ruszyłem dziś później niż zazwyczaj, korzystając z dnia ustawowo wolnego. Na dworze ponuro i wciąż wietrznie, ale do ogarnięcia bez większej spinki. Ja jej nie miałem w ogóle, bo takie jesienne klimaty nie motywują mnie do bicia rekordów, jechałem więc swoje powolutku, stawiając sobie za cel jedno miejsce, o którym za moment. Najpierw jednak krótko o naszych kochanych kierowcach - co roku mam wrażenie, że jeszcze w Poznaniu jak w Poznaniu, tragedii nie ma, ale im dalej na wieś, tym bardziej trzeba mieć oczy z tyłu kasku. Aktywizują się bowiem przeróżne ciotki-klotki i inne dziadki, które wyruszają w trasę raz na rok, jakby kompletnie zapominając o zasadach bezpieczeństwa, swojego i innych. Widziałem dziś ze trzy maluchy (!), których wiekowi właściciele włączali się do ruchu kompletnie na granicy rozsądku, jak również - zapewne to przypadek... - wzmożone natężenie występowania manewru, który w "normalne" dni się zdarzają, ale nie tak często. Polega on na wyprzedzeniu mnie centralnie na gazetę, żeby chwilę po tym, jak już to się dokona, nagłym skręcie w lewo, jakby ów ustawowy metr od rowerzysty tyczył się powietrza przede mną. A może to ja nie widzę tam duchów czy innych ciał astralnych, skorom agnostyk? Cholera wie :)
Teraz o celu - znajdował się on w Mosinie, do której dotarłem przez Luboń, Komorniki, Szreniawę, Stęszew, Dymaczewo i Łódź. Był nim oddany bodajże dwa dni temu tunel pod ruchliwą trasą kolejową Poznań - Wrocław. Skończono go - jak to w Polsce - rok później, niż zamierzano, ale ważne, że to się stało i nie trzeba już telepać się irracjonalnymi mosińskimi DDR-kami. Jest dobrze, a mnie najbardziej ucieszył mój ulubiony niebieski znaczek (widoczny po lewej), ale tylko wtedy, gdy jest wzbogacony o pewną czerwoną ukośną kreskę :)
Wróciłem przez Puszczykowo, Łęczycę oraz Luboń - im bliżej Poznania, tym mniej gazeciarzy :) Rzadko jeżdżę w tę stronę łęczycką ścieżynką (wolę objazd przez Wiry i zaliczam tylko jej końcówkę przed Puszczykowem), więc lekko zaskoczył mnie znak przy granicy z Luboniem (TYM Luboniem):
Jakby ktoś myślał, że zakaz jazdy oraz brak nawierzchni gryzą się z ustawieniem oznaczenia drogi dla rowerów, to... tym gorzej dla myślącego :)
No i jeszcze tradycyjnie podsumowanie poprzedniego miesiąca. Październik skończyłem z wynikiem 1550 kilometrów oraz średnią w okolicach zaledwie 27,1 km/h. Wynikła ona z pewnego rozstroju wyjazdowego - kręciłem zarówno w Wielkopolsce, jak i nad morzem (urlop w Międzyzdrojach) oraz w górach (dalsza jego część w moich Sudetach) wszystkimi osobistymi rowerowymi trupami. W przeciągu tygodnia odwiedziłem dwóch ulubionych sąsiadów - Niemców na północy (przez Świnoujście) oraz Czechów od południa (przez Okraj). No a pod koniec tego całkiem sympatycznego miesiąca nawiedził Polszę niejaki Grzechu, więc nawet jazda szosą była namiastką górskiego wyjazdu. Mimo wszystko - październik całkiem mi się podobał!
Jutro ma znów padać :/
- DST 53.40km
- Czas 01:54
- VAVG 28.11km/h
- VMAX 52.30km/h
- Temperatura 7.0°C
- Podjazdy 189m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
NAG
Wtorek, 31 października 2017 · dodano: 31.10.2017 | Komentarze 13
Było kiedyś takie coś, co nazywało się Nagły Atak Spawacza (NAS), ale na szczęście przeminęło z wiatrem, pozostawiając po sobie jedynie muzyczny smrodek. Po Nagłym Ataku Grzegorza (NAG) też póki co mamy już tylko traumatyczne wspomnienia, choć podobno już pojutrze znów wróci solidne wiatrzysko - już nie aż tak masakrujące.
Dziś było o wiele, wiele lepiej. Oczywiście nie oznacza to, że było przyjemnie, co to to nie :) Podmuchy jeszcze mocne z zachodu, ale po ostatnich doznaniach uznałem je jedynie za standardową upierdliwość. Oczywiście nie pozwoliły na uzyskanie dobrej średniej, jednak przynajmniej dało się poruszać do przodu, a nie walczyć o to, żeby się nie cofać.
Trasa (zalecam spojrzenie na
Relive) zaiste skomplikowana: Poznań - Luboń - Wiry - Komorniki - Szreniawa - Chomęcice - serwisówki - Gołuski - Palędzie - Dąbrówka - Zakrzewo - Wysogotowo - Skórzewo - Junikowo - Plewiska - Górczyn - dom. O tym, że robię błąd kierując się na Junikowo uświadomiłem sobie po fakcie, gdy zakwitłem już w okołocmentarnych korkach, ale tak poza tym nie narzekałem na ruch. A nawet muszę dziś pochwalić kierowcę ciężarówki firmy Dolata, bodajże z Dąbrowy, który sam z siebie przepuścił mnie, gdy czekaliśmy na podporządkowanej, dzięki czemu mogłem szybciej wbić się do ruchu. Brawa - rzadko chwalę takie zachowania, więc tym większe.
A skoro zacząłem od shit hopu, gatunku, do którego mam stosunek przerywany... Są chlubne wyjątki od reguły i ludzie, którzy w nim coś do powiedzenia (i to sensownie oraz wprost - polecam drugi utwór), więc zareklamuję człowieka, który nagrał niedawno rewelacyjną (jak na moje standardy) płytę, katowaną ostatnio dousznie. A że to człowiek z Dębca, to... Tym bardziej :)
Jeśli ktoś ma za dużo czasu... zachęcam do posłuchania :)
- DST 52.00km
- Czas 01:59
- VAVG 26.22km/h
- VMAX 50.20km/h
- Temperatura 6.0°C
- Podjazdy 173m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Antyrekord
Poniedziałek, 30 października 2017 · dodano: 30.10.2017 | Komentarze 8
Jakiś czas temu
zostałem na BS zapytany o najwolniej przejechane szosowe 50 km.
Szczerze mówiąc nie pamiętałem jaki to był wynik, za to po
dzisiejszym wyjeździe już wiem, że ów niechlubny rekord został
pobity. Poproszę o fanfary :)
Właśnie szosę
wybrałem dziś za wkładkę pod tyłek, głównie dlatego, że już
się za jazdą nią stęskniłem, a poza tym wyglądało na to, że
nie będzie padać. Zacząłem żałować swojej decyzji dopiero po
minięciu Plewisk, gdy znalazłem się na otwartej przestrzeni dróg
serwisowych. Napisać, że mną pomiatało byłoby słowną
pieszczotą. Przykładowo: zjazd z wiaduktu polegał na tym, że cisnąć ile
wlezie rozpędziłem się do… 22 km/h. Kwestii podjazdu nawet nie
będę poruszał, bo wstyd.
Zakrzewo, Sierosław,
Więckowice – to trzy miejscowości zawierające w sobie walkę o
przetrwanie. Pomiędzy Fiałkowem a Dopiewem było nawet spoko, ale
już ostatni, dwudziestokilometrowy odcinek przez Palędzie, Gołuski
i znów Plewiska do Poznania to kolejny wymiar rzezi, ale tym razem
bocznej. Miało być z górki, a wyszło jak zwykle. I co ciekawe –
tak jak w te mniej wietrzne dni bez problemów przekraczam 50 km/h
prędkości maksymalnej, tak dziś, przy resztkach orkanu, ledwo mi
się to udało.
Jeśli dodać, że
mimo niezjechanej jeszcze kasety coś mi przeskakuje w napędzie (jak
to wpływa na motywację w stąpaniu na pedały chyba wie każdy), to
wyłania się w miarę klarowny obraz mojego dzisiejszego
delektowania się jazdą. Sądzę, że smak niedosmażonego naleśnika
polanego dżemem brzoskwiniowym oraz musztardą będzie idealną
kulinarną alegorią :)
Cóż, również
porażki trzeba brać na klatę. Za to był jeden plus – schizolski
wygląd nieba. Oraz padający przez chwilę niewielki… śnieg :)

- DST 52.30km
- Czas 02:03
- VAVG 25.51km/h
- VMAX 52.50km/h
- Temperatura 8.0°C
- Podjazdy 276m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Orkanoleptycznie
Niedziela, 29 października 2017 · dodano: 29.10.2017 | Komentarze 6
Czy ja wczoraj narzekałem, że wiało? No narzekałem. To co mam dziś napisać? Powoli pomysły mi się kończą :) Ale chyba wystarczy jedno hasło: Orkan Grzesio i wszystko staje się jasne.
Za to bardzo podobał mi się poranek - bo był o godzinę dłuższy, co mojego wewnętrznego susła zawsze cieszy. Więc jeśli ktoś by się mnie pytał (już widzę ten las rąk) to tak, jestem za pozostawieniem zmiany czasu, ale tylko tego jesiennego. Za 24 lata wrócimy do punktu wyjścia, a co się wyśpimy gratisowo to nasze :)
Mniej sympatycznym elementem był deszcz, który na szczęście przestał gnębić okolice Poznania gdzieś w okolicach trzynast... eee... dwunastej. Jako że rodzinny poranek wyjątkowo był bez rowerowego ciśnienia, to dostałem zielone światło na późniejszy wyjazd, ale pod dwoma warunkami - miałem wziąć crossa (bo czołg ciężej zmieść z drogi) oraz uważać na siebie. Dało się zrobić :)
Kierunek miał być jak zwykle - czyli najpierw pod wiatr. A że był on północno-zachodni (teoria) to postanowiłem ruszyć z Dębca przez Górczyn, Grunwald i Ogrody na Golęcin. Gdzieś tam przyuważyłem, że chyba jednak wieje/wiało :)
Potem o dziwo szło całkiem-całkiem, bo schowałem się na chwilę w półlesie, czyli wzdłuż Koszalińskiej pełzłem do Kiekrza.
Po drodze tak mnie zauroczyło pewne powstałe po deszczach uroczysko, że aż się zatrzymałem, zlazłem z roweru i podreptałem w głąb, żeby go sfocić. Aha, przy okazji - limit mi się znów skończył na pierwszym zdjęciu, więc korzystam z dobrodziejstwa PBS, czyli: znów mam limit, czyli: mogę spamować :)
W Kiekrzu zachciało mi się podjazdów, więc zamiast do Rokietnicy skręciłem na Rogierówko oraz Sady, gdzie parę razy mnie poprzestawiało przy bocznych podmuchach. Nie tylko mnie, jak widać. No ale - przypominam - w WLKP przecież nie wieje :)
Do Lusowa było tak sobie. Aż mnie prawe ucho zabolało. Potem już jednak sympatyczniej, bo od Zakrzewa w końcu zaczęło dmuchać w plecy. Chciało się tak dalej i dalej, ale chcieć to nie móc, więc karnie zawróciłem w Skórzewie na Poznań. Tam zresztą miałem do spełnienia jeszcze misję, na wypadek gdyby pierwszego kolejnego miesiąca nie udało się nam dotrzeć na Junikowo. Zatrzymałem się bowiem na chwilę sentymentalnego skupienia, zapalenia zniczy i kupienia kwiatów, na tamtejszym cmentarzu, przy grobie dziadka i babci Żony. O dziwo było prawie pusto, a nad nekropolią nie roznosił się jeszcze zapach popcornu...
Do domu dotarłem przez Górczyn. Na Grunwaldzkiej pewna niewiasta chciała mi jeszcze zafundować święto zmarłych rowerzystów, w swoim mniemaniu uważając zapewne, że moje zielone na przejeździe rowerowym i jej zielona strzałka przy skręcie są z grubsza równoważne, tyle że jej może się pobrudzić na czerwono karoseria, a mi tylko to coś pod kaskiem, więc chyba spoko będzie, jeśli ruszy w tym samym momencie co ja?
Chyba najmniej pisałem dziś o wietrze. Naprawdę starałem się ograniczać, bo musiałbym zabluzgać bloga. A tak - pełen luz, wolny, piękny dzionek... Czy jakoś tak :)
- DST 53.05km
- Czas 02:07
- VAVG 25.06km/h
- VMAX 52.00km/h
- Temperatura 10.0°C
- Podjazdy 185m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Płaskogórnie
Sobota, 28 października 2017 · dodano: 28.10.2017 | Komentarze 14
Weekend. Czas na wypoczynek, krzewienie aktywności fizycznej, spokojne oddawanie się przyjemnościom i pasjom... Tyle teorii :) Teraz praktyka: gniję w pracy, a dzisiejsze warunki do jazdy delikatnie odbiegały od tych idealnych. Co prawda nocne opady zniknęły gdzieś nad ranem, ale mokre drogi oraz aura zbliżona do tej z horrorów zmusiła mnie do wyboru crossa. Zdecydowanie takowego nie żałowałem.
W roli głównej wystąpił bowiem wiatr. Żeby w zarodku wyskrobać potencjalne komentarze w stylu: "jaki wiatr, przecież w Wielkopolsce nie wieje", które zdarza mi się tu wyczytać gdzieś z okolic kola podbiegunowego, załączam stosowny obrazek :)
No kurna wiało, nie da się ukryć ;) Generalnie czułem się jak na treningu wysokogórskim - były momenty, że stosowałem najmniejszą tarczę z przodu i prawie największą z tyłu, bo inaczej nie dało się jechać... A, no i trzeba przyznać, że fragmenty z powiewem w plecki były całkiem przyjemniaste, szkoda tylko, że było ich tak mało :)
Jechałem najpierw o suchym kasku, jednak ostatnie dziesięć kilometrów to najpierw mżawka, a potem już regularny deszcz. Trasa (tu Relive) z gatunku przed siebie i nazad, czyli z Dębca przez Luboń, Wiry, Komorniki, Chomęcice, serwisówki, Gołuski, Palędzie, Dąbrówkę, Zakrzewo, Wysogotowo, poznańską Ławicę (akurat miejsce pasujące idealne, bo leciałem z wiatrem)...
...i Bułgarską, gdzie sfociłem jeszcze deszczową pieczarkę z wciąż ładnie prezentującym się pierwszym planem :)
Do domu wróciłem zaliczając jeszcze Górczyn, kompletnie usyfiony, sprzęt oczywiście również. Ale główka pracuje - gdy zauważyłem pod blokiem pana z firmy Remondis, który akurat czyścił pojemniki do segregowanych śmieci myjką zainstalowaną w specjalnym samochodzie, zapytałem grzecznie czym myje. Po usłyszeniu, że samą wodą, poszedłem dalej w swej śmiałości i zaproponowałem, że może gratis potraktować strumieniami H2O również mój rower, co o dziwo spotkało się z chęcią współpracy. Tym samym nie musiałem jechać na stację i podczas powrotu znów go brudzić, więc po wykonanym sympatycznym geście grzecznie podziękowałem miłemu jegomościowi, a zaoszczędzone 2 PLN obiecałem poświęcić na browara (no dobra, zeta muszę dołożyć, bo sikaczy za dwójkę nie pijam) i łyknąć za jego zdrowie. A z siebie jestem dumny - Poznań uczy oszczędności :)
Jutro podobno lepiej nosa z domu nie wyściubiać, bo w porywach ma wiać do 100 km/h. No ale przecież w WLKP to tylko imaginacja, więc może nas oszczędzi? :)
- DST 52.50km
- Czas 02:03
- VAVG 25.61km/h
- VMAX 43.00km/h
- Temperatura 11.0°C
- Podjazdy 181m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Presadistic :)
Piątek, 27 października 2017 · dodano: 27.10.2017 | Komentarze 11
Zgodnie z zapowiedziami: od rana padało, ale około dziewiątej przestało. Na dwunastą z kolei byłem zapowiedziany z wizytą u dentysty i to za cholerę nie chciało przestać istnieć, tak w mojej świadomości, jak i rzeczywistości. Choć akurat w tym przypadku bym się nie obraził za dublet :)
Gdy na dworze zalegały jeszcze kałuże, osiodłałem crossa, mając w głowie opcję wcześniejszego powrotu z powodu potencjalnego deszczu lub defektu na trasie. Jak na złość, raz jedyny w życiu, gdy bym sobie tego życzył, nie zdarzyła się awaria ani mnie nie zlało. Wszelkie nadzieje na znalezienie wymówki od pojawienia się na fotelu sadystycznym prysły :)
Wykonałem glizdę (nie gluta!) w tę i z powrotem, z małymi jedynie korektami - najpierw z Dębca do Plewisk, tam skręt w kierunku serwisówek, Dąbrówki, Palędzia, Dopiewa, dokrętka do końca świata w Podłozinach, nawrót i już prawie tak samo, ale z zaliczeniem Gołusek.
Nie dość, że wiało jak cholera (a ma wiać jeszcze mocniej... no i padać), było dość nieprzyjemnie, to jeszcze wszystkie drogi na zachód od Poznania były jakimś drogowym koszmarem z powodu poranno-nocnego wypadku na A2, który ją całkowicie zablokował i ludzkość poruszała się objazdami. To jest w ogóle kompletny hit tego naszego trzeciego, mentalnowschodniego świata - dwa szerokie pasy ruchu, jeden awaryjny, ruch teoretycznie bezkolizyjny, bo oddzielony od siebie, a i tak co kilka dni na różnych odcinkach (głównie na tym bezpłatnym) pod Poznaniem słyszę o kolizji zmieszanej z wypadkiem i odwrotnie. No łapy opadają.
Dobrze, że czasem można skręcić do lasu, żeby znaleźć się u siebie i wśród swoich :)
A u dentysty było jak zwykle. Wesoło :)






