Szybki i spontaniczny wyjazd do Jeleniej Góry. Oczywiście z rowerem, który znów czekał, w tle :)
Trochę planów było, więc wyjazd dość wczesny. Kierunek - wbrew podmuchom - wschodni. Raz, że chciałem nawiedzić moje ukochane Rudawy Janowice, dwa - o dziwo owe podmuchy nie były mocne. To nie Poznań :) I co najciekawsze - lepiej jechało mi się pod wiatr niż teoretycznie z nim. Ot, ciekawostka.
Podjazd na Łysą Górę, czyli pod Kapellę, względnie Podgórki, był głównym punktem programu. Szkoda, że aura widokowo była tragiczna... Same Rudawy ucieszyły jak zawsze :) Zwierzaki. Koniki... ...ledwo widoczna sarenka... ...oraz kania przelatująca mi nad głową. A po południu na szczęście znów było widać świat :) BS-owe zaległości nadrobię prawdopodobnie jutro. Lub pojutrze :)
Wypad niedzielny miał być z założenia relaksem, a finalnie jechało mi się gorzej niż w niejeden dzień roboczy. Poczynając od pieszych, którzy przy targowisku Sielanka na Opolskiej czują się niczym panowie świata nawet na środku ulicy, przez wszystkie możliwe czerwone światła zaliczone w Luboniu, a kończąc na gazeciarzach i bezmyślnych rowerzystach. Na piątym kilometrze byłem tak zmęczony psychicznie, że stwierdziłem, że jadę emerycko i nawet się nie staram.
A na polach rządził wiadomo kto :)
Trasa zachodnia: Poznań - Luboń - Wiry - Kormorniki - Szreniawa - Rosnowo - Chomęcice -
Konarzewo - Trzcielin - Lisówki - Trzcielin - Dopiewo - Dopiewiec -
Palędzie - Gołuski - Plewiska - Poznań. W końcu spotkałem znajomą psinkę, jak zwykle ekspresyjną niezmiernie :) Zwierzakowo słabo. Niewyraźne żurawie w oddali... ...oraz wróbelek. Są, wciąż są, co cieszy.
Sobota wolna. I bardzo dobrze, bo ostatnie dwa dni miałem aż za bardzo intensywne.
Odespanie, kawa, coś na ząb i można było ruszać. Późno, bo późno, ale jednak.
Wiało z południa (teoria, po nawrotce znów w pysk), więc taka trasa: Poznań - Luboń - Łęczyca - Puszczykowo - Mosina - Żabinko - Żabno - Krajkowo - Baranowo - Sowiniec - Mosina - Puszczykowo - Wiry - Luboń - Poznań.
Odwiedziłem Eleganta z Mosiny :) BS-wa blokada odwiedzona. Stoi, nic nie poprawiałem :) Jagódki pierwsze przy okazji wypatrzyłem. Zwierzaków niestety brak, ale na koziołki i owieczki zawsze można liczyć :) Za to w Parku JPII w Poznaniu wysyp łysek :)
No nie było dzisiaj lekko. Jesień chwilowo wróciła.
Rano padało, potem przestało, więc ruszyłem, żeby trzy minuty później znaleźć sobie przytulny schron pod wiaduktem na Dębcu, tak lunęło. I żeby nie marnować czasu, jeździłem sobie jak głupi pod tym wiaduktem w tę i z powrotem :)
Gdy przestało, pojechałem dalej, podziwiając... piękne niebo. Zwariować można.
Tak było, gdy już deszczu nie było :) A tak wspomniane trzy minuty po starcie. Kładka berdychowska rośnie. No trudno. Na razie wciąż jej budowa blokuje przejazd. Jedna z moich ulubionych ulic - Cmentarna. Jechałem tak, żeby obyło się bez ofiar. Kilku potencjalnym musiałem pomóc się ewakuować. No i jeszcze polująca pustułka. Dystans z dojazdem do pracy.
Na godziny popołudniowe zapowiadano opady, ja jednak jechałem jeszcze w pięknym słońcu. I niestety znów w towarzystwie - fenomen - wmordewindu przez jakieś 90% drogi.
Ulubiony widoczek z Lisówek obecny. Skromnie ze zwierzakami - tylko kopciuszek. Reszta ukryta w coraz wyższym zbożu. Za to na Dębinie cudowna niespodzianka - pojawiły się młode gągoły! Rewelacja :)
Nie było niespodzianki - zgodnie z założeniami ciągle wiało w pysk, nawet wtedy, gdy miało w plecy :)
No i kilka fotek z pobytu. Z drobnicy przyagroturtstycznej: pliszka siwa... ...oraz przeżarty mazurek. No i zadowolona Kropa :) Fajny to był reset. A zdjęcia będę jeszcze dodawał.
Wpis widoczny dopiero teraz, bo wczoraj zostawiłem jako szkic - zorientowałem się przed chwilą :)
Od niedzieli trwa u mnie szybki reset od miasta na wsi, czyli w ulubionych Radzewicach. Pierwotnie przyjazd miał być rowerem wczoraj, ale burze pokrzyżowały plany. Co się odwlecze...
Finalnie wczorajsze popołudnie i dzisiejszy poranek były bez dwóch kółek, za to że spacerami. A potem cofnąłem się do Poznania, żeby dojechać rowerem. Nałóg to nałóg :)
Miało być łatwo i przyjemnie, a zamiast wiatru w plecy męczyłem się z boczniakiem, a na początku drogi nawet z ostrym wmordewindem. No cóż, przynajmniej nie padało :)
Wpis krótki, bo dodawanie BS-a na tablecie mnie przerasta :) Nadrobię zdjęciowo po powrocie, czyli jutro lub pojutrze. Tymczasem tylko kilka symbolicznych fotek oddających wczorajszą i dzisiejszą aurę. Jedno już wiem - nie będę żałował tego wyjazdu. O czym świadczy uchwycony ledwo, ledwo, ale jednak, wymarzony dudek! :) Wpis dodany, sam sobie gratuluję determinacji :)
Wyjazd po ósmej, jeszcze w słońcu. Deszcze przyszły po południu.
Trasa wschodnia, ale tym razem inna niż inne: Dębiec - Las Dębiński - Starołęka - Minikowo - Krzesiny - Jaryszki - Żerniki - Tulce - Krzyżowniki - Śródka - Szczodrzykowo - Dachowa - Robakowo - Gądki - Koninko - Szczytniki - Sypniewo - Głuszyna - Starołęka - Las Dębiński - dom.
Szczodrzykowo oczywiście musiało zostać nawiedzone. Tam wciąż dorastają perkozy, a gęgaw jest od cholery i ciut-ciut. A w bonusie łyska z młodym oraz... żabką w tle :) A za rondem przed Borówcem, dokładnie w miejscu, gdzie dwa miesiące temu zrobiłem medialną aferę o wycinkę lasu pod jakąś kretyńską drogę, zdarzyło się... no co? Pana... Przypadek? Nie sądzę. Ten rok na panie stoi. Na szczęście poszło szybko, jednak ostatnie kilkanaście kilometrów to jazda zachowawcza, na niskim ciśnieniu.
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"