Ładnie było, ale się skończyło. Wczoraj przynajmniej przez jeden dzień dało się zobaczyć słońce, dzisiaj już wrócił standard.
Prognozy nie pozostawiały złudzeń - miało padać. Wybrałem więc znowu STaRucha (którego chyba jednak przemianuję na STR-acha, bo boję się nim jeździć ze względu na stan komponentów), po cichu licząc na pełen dystans. Oczywiście nic z tego - w połowie drogi jak lunęło, tak nie przestało do końca, Skończyło się więc na glucie.
Trasa to ostatni klasyk, z tych mikro: Poznań - Luboń - Wiry - Komorniki - Szreniawa - Rosnowo - Komorniki - Plewiska - Poznań.
Wiało okrutnie, co w sumie jest elementem stałym przez ostatni tydzień. Nawet nie walczyłem, nie było sensu.
Nie było też zwierzaków. Nie dziwię się, sam bym w sumie nie wychodził w taką pogodę. A że już wyszedłem? No trudno :) Za to podczas spacerku do pracy, oczywiście przez Dębinę, natrafiłem na gągoły. Wróciły na swoje, rok temu też tu były :) Niestety lało, więc zdjęcia jedynie do dokumentacji.
Komentarze (9)
Za bachora kilka razy używałem, to miało o wiele większy sens niż zjazdówki. Ale i tak nie polubiłem - po co takie coś, jeśli po górach można chodzić albo (przy normalnych warunkach) jeździć rowerem? :)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"