Dzisiaj zaspałem. Skończyło się to po pierwsze tym, że zmokłem, a po drugie, że ledwo zdążyłem do roboty. Bo sobotę miałem pracującą, niestety.
Skoro zaspałem, to żeby się wyrobić musiałem się też zasapać. Gdy wyruszałem, pogoda jeszcze była w miarę w miarę, ale na piętnastym kilometrze zaczęło kropić i nie odpuściło do samego końca, nawet wręcz zamieniając się w regularny deszcz. Miałem nawet myśli o wcześniejszym powrocie, jednak wytrzymałem, z czego jestem dumny niczym paw. Taki puszczony po solidnej imprezie :)
Trochę skróciłem dystans, bo inaczej bym się nie wyrobił, więc najpierw pojechałem do domu się ogarnąć, a potem dobiłem do pięciu dych trasą do centrum.
Było paskudnie i wietrznie. Już nie tak jak wczoraj, ale za to zmienił się kierunek podmuchów z południowego na północny, dokładnie kiedy wracałem, więc nie tylko musiałem uważać na kałuże, ale też walczyć z mordewindem.
W Palędziu trafił mi się pierwszy w tym roku bocian. I to jaki! Z brodą :) Widocznie długo leciał, po drodze barberzy polockdownowani, znajomości nie miał i proszę :) Fotka niewyraźna, bo mi zaparowało od deszczu. Tamże wykonałem fotę artystyczną, którą nazwałem "uwaga, maluchy" :) Były jeszcze i niewyraźne sarenki. Najpierw w resztkach słońca... ...a potem już kryjące się przed deszczem. No i obowiązkowa fotka z rowerem. Gdzieś tutaj zaczęło mocniej kropić.
Generalnie zawsze mogło być gorzej. Rower usyfiony, ale jedyny słuszny dystans wykonany :)
Komentarze (14)
Może poszerza segment zainteresowań od młódek po emerytki? Czasy ciężkie, trzeba sobie radzić :)
Witam w klubie sobotnio-pracujących :) U mnie dziś bez deszczu, słonecznie, ale bardzo wietrznie, dopiero wieczorem się uspokoiło. Wąsato-brodatego boćka to jeszcze nie widziałem :)) Motyw z malaczem udany.
Nie, nie wiało mocno, tylko wciąż w pysk, może zauważyłeś, że miało z południa (i tak było do czasu), a potem zaczęło z północy :)
Oj, maluchy też są w moich dobrych wspomnieniach, choć mglistych - pamiętam, że jeszcze jako bachor z tatą przejechaliśmy nim z Jeleniej przez Świętokrzyskie na Zamojszczyznę, zahaczając o łódzkie. Oj, łezka w oku :)
Aż tak wiało? Bo ja tego nie odczułem, chyba dlatego że jechałem na cięższym rowerze :)
Ach, wspomnienie z maluchami - miałem dwa, pierwszego skradziono mi, a drugim w 2002 roku dojechałem z dwoma rowerami na dachu do Zakopanego(!) - podróż trwała chyba 10 godzin, ale i tak było fajnie, z przygodami, szczególnie na stromych podjazdach :)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"