KHŻP plus grobbing
O inne motywacje przestałem się troszczyć, gdyż jak pokazała praktyka, póki co więcej nie trzeba. Służby okazały się wyjątkowo trzeźwo myślące – mijałem dziś jeden radiowóz policyjny, jeden straży miejskiej i jeden straży gminnej. Na widok poruszającego się ulicami oraz drogami publicznymi samotnego rowerzysty nie było żadnej reakcji. Brawo. Za to oklaksonił mnie jeden cywil na głębokim zadupiu, ale że zrobił to już po mijance, nie zdążyłem zareagować i z bezpiecznej odległości dowiedzieć się, jakie ma argumenty. Szkoda też, że akurat nie jechała gdzieś policja, bo teren był zabudowany, więc mandacik za niesłuszne użycie pikacza się należał.
Trasa zachodnia, bez szczegółów. Wywiało mnie (nawet dosłownie, bo wciąż duje) gdzieś w okolice Dopiewa. Jazda znów spokojna, praktycznie bez chwili walki o wynik, prócz obowiązkowego dokręcenia do fałmaksa.
Zatrzymałem się (prócz świateł) tylko dwukrotnie, oczywiście bez kontaktu z kimkolwiek: raz, żeby przypomnieć sobie, jak to jest móc legalnie pobyć obok drzew…


...oraz by sprawdzić, czy WPN zrobił cokolwiek, żeby poinformować potencjalnych mandatowiczów (to park, a nie zwykły las, musiał wydać osobne oświadczenie), którzy mogli nie wiedzieć o zamknięciu tego terenu dla ludzi, a pozostawienia dla myśliwych. Nic, tylko zabezpieczony parking. Ciekawe, czy to byłby jakikolwiek argument w konfrontacji z leśnym ludem?

Niestety, wyjaśniła się zagadka, która od wczoraj nurtowała część z nas – większość miast pozamykała też tereny leśne, niebędące parkami, dostosowując się do rządowej abstrakcji na poziomie komunalnym. Co oznacza, że co najmniej przez tydzień nie będę miał okazji do tego, co uważam za największy skarb Dębca – bliskiego kontaktu z przyrodą. Bo tu niestety prawo jest precyzyjne i tego akurat trzeba przestrzegać, jakkolwiek irracjonalne się wydaje.
Ale! Ma się swoje sposoby na wybieganie psa :) Jako że jechać z nim nie mam już za bardzo gdzie, zrobiliśmy solidną godzinkę spaceru po okolicach… cmentarnych. Ale nie chodzi o współczesne jego rozumienie, z terenem ograniczonym i zamkniętym. To ruiny nekropolii, praktycznie zapomniane przez człowieka (wstyd!) przylegające do linii kolejowej, o których pisałem m.in. TUTAJ. Sam cmentarz to element, który po prostu trzeba przejść, a obok są nieużytki, łąki itp. Nie zakazane. No to skorzystaliśmy :)





Zresztą nie tylko my. Pies i człowiek musi się ruszać na świeżym powietrzu, to nie kot i jego prezes – i tu nie ma zgody na żaden debilny zakaz, więc z uśmiechem pozdrowiłem dwójkę niezależnych biegaczy, którzy wykonywali jogging między grobami, czyli de facto prawdziwy grobbing :) Ot, jak się kończą durne pomysły.

A takie tabliczki - zresztą chyba od zawsze niezgodne z prawem - wyjątkowo chętnie dziś olewaliśmy. Bo szanujemy zieleń, dlatego wyprowadzamy na nią psy.

No i jest tak jak przewidziałem – osiedlowe uliczki, ostatnio puste, zapełniły się ludźmi spacerującymi z psami po trawnikach i chodnikach. To, co w tym tygodniu było wielką zaletą zakazu grupowania się, czyli możliwość przejścia lasem i brak jakiejkolwiek międzyludzkiej interakcji, jest już niemożliwe. Mamy za to kumulację potencjalnych bliskich kontaktów. Nietrudno było to przewidzieć, ale do tego trzeba używać mózgu. Niepopularna czynność tam w górze.








