Dziś nie będę w ogóle narzekał. Ani ani. Zero. Null. Gdybym sobie na to pozwolił, znaczyłoby to, że mam z głową bardziej niż mam :) Bo co prawda mógłbym skrobnąć coś o momentami upierdliwym i zmiennym wiaterku, który męczył na otwartych przestrzeniach, ale po co? Przecież takich warunków jak dziś życzyłbym sobie przez całą jesień i zimę.
Wykonałem dziś lekko zmodyfikowane (bo Minikowo nieprzejezdne będzie jeszcze długo, więc trzeba kombinować) "kórełko": Poznań - Luboń - Łęczyca - Puszczykowo - Rogalinek - Rogalin - Mieczewo - Mościenica - Kórnik - Skrzynki - zemsta Adolfa - Borówiec - Kamionki - Daszewice - Głuszyna - Starołęcka - Las Dębiecki - Poznań.
Będąc w Puszczykowie, postanowiłem sprawdzić, jak aktualnie z zewnątrz prezentuje się dawno nieodwiedzane przeze mnie Muzeum Arkadego Fiedlera. Skręciłem więc w jedną z bocznych uliczek, gdzie chowa się willa mieszcząca ów przybytek.
Właśnie sobie uświadomiłem, że nie bylem w środku już ponad pięć lat - czas nadrobić czym prędzej. Jakby ktoś chciał sprawdzić, co tam się znajduje, to proszę, tu
link do archiwalnego wpisu. Tymczasem dziś tylko uwieczniłem zza płotu Wielkanocniaka :)
Gdy jechałem sobie przez Rogalinek, zaraz za hopką zauważyłem dwóch kolarzy, w dość nietypowej pozie, bo skupiających się nad rowerem leżącym w rowie. Jeden z nich pomachał, więc się zatrzymałem i po chwili mogłem odpowiedzieć na ciekawe pytanie: czy mam może przy sobie... oponę? Wbrew pozorom nie było ono pozbawione sensu, bo gdy ostatnio jedna z moich gum była na wykończeniu, woziłem ze sobą zapasową, zwijaną oczywiście. Niestety (lub stety), od jakiegoś czasu nie mam potrzeby posiadania przy sobie takiego balastu, który ewidentnie by się teraz przydał, bo jak się okazało, jeden z rowerowych ziomków założył zimowy komplet, druciany. I właśnie drut pękł, praktycznie uniemożliwiając dalszą jazdę. Jedyne co można było zrobić, to wypchanie wnętrza trawą i doczłapanie jakoś do Mosiny, skąd dało się łapać pociąg, lub wezwać wóz techniczny (z tego co wiem, tak się właśnie skończyło). Chłopaki byli na tyle sympatyczni, że naprawdę żałowałem, iż mogę ich poczęstować jedynie dętką (ale nie było sensu brać nawet tego, zresztą zapas mieli). No pech.
No i na koniec wytłumaczenie ostatniego członu tytułu. Provinz Posen brzmi dość dziwnie, prawda? Jednak to nie tylko historyczna pruska nazwa Wielkiego Księstwa Poznańskiego, ale też nowy projekt kilku niezależnych muzyków (między innymi z Much oraz Afro Kolektywu), który w wersji mp3 (legalnej, kupionej online) słuchałem sobie dziś kręcąc. Jeśli ktoś pamięta słynnego Grzegorza z Ciechowa i lubił klimat tego odkrywczego na ówczesne czasy albumu (szczerze mówiąc, to Grzegorza Ciechowskiego toleruję jedynie w tym wydaniu), będzie zachwycony. Tyle że tym razem sięgnięto po wielkopolskie inspiracje, łącznie z użyciem regionalnych instrumentów (m.in. "kozła", czyli lokalnej wersji dud) i zsamplowaniu ich w arcyciekawy sposób. Aha, co ważne akurat dla mnie - graficzną oprawą zajął się koleś znany z płyt... Metalliki, Slayera czy... Lady Gagi.
Tu próbka, zaiste prowincjonalna :)
Komentarze (13)
Evita - na żywo jest jeszcze ciekawiej :)
Lapec - Arkady Fiedler :) W sumie to wybrał wersję light, czyli zlecił wykonanie kopii.
Czas przeszły, bo jak wiesz, mam małego bratanka :P :D, ale w kolejności "po bożemu" :D O Kerber wiedziałam, za resztę newsów - dzięks! Kiedyś się śmignę!
Malarz - nawet T-rek(s) ma prawo do odrobiny komfortu :)
Evita - a nie ma za co, warto zajrzeć zdecydowanie :) O kurczę, Twój brat naprawdę się z nimi zadawał? Mam nadzieję, że prawidłowo użyłem czasu przeszłego :) A Puszczykowo to o wiele więcej, tym razem pozytywnych miejsc - WPN, Warta, kilku mieszkających tu artystów (Ostrowska, Litza) czy sportowców (Agelique Kerber), całkiem sympatyczna społeczność ludzka dookoła domu Fiedlerów oraz... górki :)
Hmm, ciekawe miejsce, też dodane do listy - dzięki za info!
Do tej pory Puszczykowo kojarzyło mi się ( o ile dobrze pamiętam ) z miejscem "dożywania" księży emerytów z przybytku, z którym coś tam przez 4 lata miał wspólnego mój brat ;) - Chrystusowcy.
No to już inna, smutna rzeczywistość... Człowiek to największy szkodnik wszechświata, dlatego nie brzmi dumnie, tylko durnie. Szkoda, że cierpią przez to inne, lepsze gatunki istot :/
Bardzo lubiłem książki pana Fiedlera i nadal czasem do nich wracam - ale jak przeczytałem niedawno po raz enty "Piękną Straszną Amazonię", a następnie najechałem na opisywane okolice google street viewem, to Nadleśnictwo Babki przypomina przy nich las pierwotny... :/
DaruS - w sumie przez całą aktywność starej szosy jeździłem na drutach i nic się nie działo, oczywiście prócz częstych pan. Ale od kiedy doinwestowałem w dobre zwijanki i się przekonałem do ich zalet, nie mam zamiaru do tego wracać, bo jak widać można się (nie)przejechać.
Puszczykowo jest pełne takich zabytkowych budynków, ten akurat jest z początku XX wieku, utrzymywany jedynie z funduszy własnych Fiedlerów, bo nie wiadomo czemu miasto nie pomaga. A muzeum naprawdę daje radę, jest co prawda troszkę kiczu, ale mimo to warto wydać te kilkanaście złotych na znalezienie się w zupełnie innym świecie, pełnym pasji zdobywania świata oderwanego od komercji.
Zawsze myślałem, że opony drutowane są bezpieczniejsze na podobne akcje- jak widać mylnie. Posag rzeczywiście imponujący, podobnie jak sama nieruchomość w której mieści się to muzeum. Lubię wszelkie stare dworki, pałace, wille, kamkeniczki etc.
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"