Jak zostałem chodnikowcem
No, w końcu wiatr się uspokoił i dało się kręcić bez efektu cofki. Super!
Niestety kierunek powiewów był północny, co oznaczało jazdę przez calutkie miasto, czyli konieczność pokonania z grubsza miliarda świateł, oczywiście w większości świecących się na czerwono. Jakoś jednak poszło i z Dębca przez Górecką, Hetmańską, Grunwald oraz Jeżyce dotarłem do Obornickiej, której poznańska końcówka zwykle jest granicą, po przekroczeniu której można zacząć się rozkręcać. Od Suchego Lasu było już całkiem przyzwoicie, tak samo na odcinku od Złotnik przez Sobotę do Rokietnicy.
Pogoda generalnie była miodzio.

Jechało się na tyle dobrze, że już nastawiłem się na jakąś fajną średnią, ale zaraz po wjechaniu do poznańskiego Kiekrza musiałem ostro hamować, gdyż… No właśnie, ukazał się mym oczom jeden z ”ulubionych” widoków, czyli weekendowa impreza masowa :/ Tym razem triathlon…
Drogi oczywiście zablokowane, ale postanowiłem zapytać pana policjanta, czy jakoś przejadę. Stwierdził, że rowerem ok, tyle że chodnikiem, co przerodziło się w sympatyczne żarciki na temat tego, że po raz pierwszy policja sugeruje mi, żebym zrobił coś nielegalnego :) Chcąc nie chcąc zacząłem mozolne przebijanie się przez pieszych oraz innych rowerzystów, a po chwili zjechałem na jezdnię, mijając jadących z naprzeciwka zawodników, oczywiście upewniając się, że nie stwarzam zagrożenia.
Ale nagle wyskoczył mi zza jednej z blokad, przy której zacząłem zwalniać widząc zakręt, jakiś jegomość z plakietką, krzyczący z pianą na ustach:
- Natychmiast zjechać na chodnik! Natychmiast!
Tylko że tak się zapluł, że zabrzmiało to z grubsza jak ”natyśśmiast miii sfsjechaććć na chofnik!”. Na potrzeby cytatów będę jednak tłumaczył z zaplutego na nasze :)
- Ale widzi pan, że na chodniku nie ma miejsca.
- Nic mi to nie obchodzi! Na chodnik, natychmiast!
- Przecież stoję przy samej krawędzi jezdni, praktycznie na trawniku, w miejscu bezpiecznym.
- Proszę nie dyskutować! Jest pan zawodnikiem? Ma pan numerek?
- Nie, nie mam numerka. Jestem gorszego sortu.
- To natychmiast na chodnik!
- Człowieku, uspokój się, to przecież tylko sport? Po co te nerwy?
- Nie mam czasu na dyskusje z mądralińskimi!
- Ja w sumie też…
Bałem się, że Kierownik Zakrętu, jak go roboczo nazwałem, zejdzie zaraz na zawał, więc żeby mieć czyste sumienie ustąpiłem i jakoś wepchałem się między przechodniów. Rozumiem wszystko – odpowiedzialność za bezpieczeństwo, konieczność nadzoru i takie tam. Ale nie lubię chamstwa. Jakże inaczej by wyglądało, gdyby przekazane wszystko zostało w spokojny sposób. A triathloniści bulą po trzy stówy za możliwość bycia nadzorowania przez takich szeryfów...
Cyknąłem jeszcze z nudów fotkę kręcących…

...i w końcu inny pan (ten w niebieskim) mnie przepuścił. Bez numerka :) Kierownika Zakrętu nie wskażę, po po co?
Potem jeszcze jedna blokada, gdzie pani ze Straży Miejskiej wskazała mi drogę bez focha, a nawet z uśmiechem, i mogłem zacząć nadrabiać to, co straciłem. Jakoś tam się udało, na trasie przez Słupską, DK92, Wolę, Ogrody, Bułgarską i Górczyn do domu.
Łatwo nie było, ale w sumie wyszło przyzwoicie :)
Aha, wczoraj doszedł do mnie zamówiony - trochę za szybko, bo ten stary zmartwychwstał - licznik Sigma, ale model wyżej niż ostatnio. Póki co nie narzekam, poczekam na pierwszy deszcz :)

Relive TUTAJ.








