Majkelek wita. Alfonsów i Piotrków. W tle Par(ad)yż i Wawa na chwilę
Sulejów, skąd pochodzi część mojej rodziny, to niewielkie miasteczko na zadupiu, w województwie łódzkim, niedaleko Piotrkowa Trybunalskiego. Tutejsze klimaty bardziej przypominają rozwiniętą wieś, czyli są tak samo specyficzne, jak sympatyczne.
Najbardziej znanym miejscem jest Podklasztorze – zespół budynków cysterskich z XVII wieku, w których kręcono m.in. Potop. Tam też skierowałem najpierw swe koła, objeżdżając klasztor niemal dookoła.



Wtedy napatoczył się taki oto ziomek, który swoją przyjacielskością oraz chęcią miziania połączoną z tarzaniem się na pleckach, zabrał mi sporo minut. Przepraszam, nie zabrał – dał, bo to była sama przyjemność i ciężko mi się było od niego oderwać :)


Wróciłem do centrum Sulejowa, zaglądając jeszcze nad Pilicę, w której za czasów, gdy byłem bachorem, pływałem namiętnie…


...by po chwili odpuścić sobie trasę nad Taraskę, bo bałem się, że gdy już wpadnę w jeden z miliarda drogowych kraterów, nie zdążę się zeń wykaraskać do imprezy :) W zamian skierowałem się na trasę na Kielce, w sumie jedną z niewielu tutejszych, gdzie nie trzeba martwić się o wspomniane, za to w zamian uważać na siebie podczas jazdy wąską i niebezpieczną drogą. Dziś na szczęście obyło się bez ekscesów. A przy okazji proszę, jaki odkryłem skansen. O chałupę też chodzi ;)

Celem nawrotki był Paradyż, kolejna miejscówka z kościelnym cacuszkiem. Taki to rejon :)


Objechałem i skierowałem się na wypatrzoną na mapie atrakcję, czyli tytułowy Alfonsów. Bo tak :) Co prawda prócz bałaganu oraz nazwy nie było tam nic do zobaczenia, ale nie mogłem sobie darować.

Z innych atrakcji – spotkałem małego Majkelka…

...oraz zobaczyłem coś, czego już niestety nie odzobaczę – Piliczański Obszar Chronionego Krajobrazu… wycięty co do pnia. Za to z puszką browara. Stałem osłupiały, puściłem wiązankę i pojechałem dalej. Polska to jednak trzeci świat, nie obrażając oczywiście trzecich światów.




Po południu chrzest, na którym robiłem za fotografa amatora, potem wyżerka (miałem nawet na wyłączność kotlety z selera. Pyszne, nie rozumiem, czemu nikt mi nie zazdrościł, hehe) i czas się było zbierać na… pociąg. Bo niestety jutro muszę być w Poznaniu. Miałem ofertę podwózki samochodem z rowerem w tle, ale oczywiście wybrałem tę lepszą, czyli dojazd na dwóch kółkach z plecakiem i sakwą, dzięki czemu wpadło kolejnych 17 kilosów.



Tam wziął mnie pan Słowacki, czyli IC-ek z… Jeleniej Góry (ha!), którym dotarłem do Warszawy Zachodniej. Oczywiście miejsce rowerowe zapchane walizkami, do których nikt się nie chciał przyznać, więc sam musiałem wykonać pociągową rewolucję, choć już leciał do mnie bardzo miły pan konduktor...

...który nawet potem zapytał sam z siebie, czy mam wystarczająco czasu na przesiadkę. Miałem. Godzinę, którą poświęciłem na symboliczną (5 km) rundkę po mieście po... gównianej DDR-ce wzdłuż Jerozolimskich :) Ale jestem już na tyle uodporniony, że nawet mnie to nie ruszyło. Poza tym lubię Wawę.


Znalazł się też smaczek.

Niestety reszta drogi, czyli odcinek do Poznania, to już zero komfortu. Mam co prawda miejscówkę, ale wagonu rowerowego brak, przezornie więc zająłem miejsce... na plecaku przy początku składu. Ma to dwa plusy: jest blisko do kibla i nie muszę patrzeć na ludzi :) I tak do północy.

Na nadrabianie wczorajszego wpisu oraz zaległości na BS czas przyjdzie jutro. Dziś już nie mam siły, poza tym dodanie tej relacji na tablecie, ze znikającym netem, kosztowało mnie za dużo sił.
Relive z Alfonsowa TUTAJ, a z trasy na Piotrków - TU.








