Chwilowo wróciła normalność. Co prawda - z tego co widziałem w prognozach - jedynie na jeden dzień, bo na jutro znów zapowiadają śnieg i przymrozki, ale co skorzystałem to moje. Niestety, do ideału sporo zabrakło, co będzie widoczne w dalszej części wpisu, jednak możliwość jazdy po w większości czarnych drogach wywołała u mnie skurcz na pysku zwany uśmiechem.
Sam sobie post factum gratuluję, iż odpuściłem pomysł ruszenia szosą. Wybrałem crossa ze względu na wieloletnie życiowe doświadczenie (jednak z tą ewolucją coś jest na rzeczy) i podejrzenie, że tak różowo to jednak nie będzie. Nie pomyliłem się.
Trasa to "muminek", ale z guzem mózgu, który pojawił się przez konieczność objechania Lasu Dębińskiego - tam można było ewentualnie wybrać się na łyżwy. Reszta szlaków, czyli przez Hetmańską, Starołękę, Krzesiny, Jaryszki, Koninko, Szczytniki, Sypniewo, Głuszynę, Babki, Czapury, Wiórek, Sasinowo, Rogalinek, Puszczykowo, Łęczyce i Luboń do domu, to mniej lub bardziej mokre drogi, jednak i tak wyglądające na komfortowe względem ostatnich dni. Aż do, oczywiście, DDR-ki w Łęczycy, która prezentowała się tak oto: Jak widać - nawet próbowałem nią jechać, bawiąc się przy tym całkiem dobrze, bo w końcu niecodziennie można zdobyć umiejętność aktywnego ślizgacza :) W końcu jednak się wkurzyłem, stwierdziłem, że nie ma się co wydurniać i wróciłem na drogę, bo zakaz zakazem, ale zdrowie ważniejsze. O dziwo obyło się tym razem bez klaksonienia. W Puszczykowie śmieszka wyglądała znacznie lepiej. Gdy zatrzymałem się w losowym miejscu, żeby ją sfocić, okazało się, że jednak nie do końca jest losowe, a chyba siła podświadomości kazała mi się zatrzymać akurat w tam :) Przy minusie dla piwosza za śmiecenie, mały plusik za dobry gust - zawsze doceniam, gdy widzę, iż kto nie zatruł się jakimś Harnasiem, a skonsumował bardziej szlachetny trunek. W Czapurach specjalnie ustąpiłem - w ramach walki z zabobonami - czarnemu kotu. Idącemu do Żabki zresztą. Istny zwierzyniec :) No i na koniec chyba póki co ostatni RYŚ. Taki wyliniały już. Jutro prawdopodobnie znów chomik.
Komentarze (12)
Lodowisko niestety w polskich warunkach = śmieszka rowerowa :/ Ale na szczęście można z niej zjechać na zwykłą, sympatyczną, asfaltową drogę :)
Lapec - spokojnie, da się znaleźć kompromis, myślę, że całkiem łatwo w tym temacie :)
Gizmo - a ja nie trawię pszenicznych. Po prostu mi nie smakują, za wyjątkiem tego, które robione jest pod marką Królewskie. Co do wymienionych - masz moje poparcie ;)
A i tak piwa pszeniczne są najlepsze. Dla mnie Perła dobra je no i oczywiscie czeskie. Warce, Tatrze, Żywcowi, Żubrom i innym podobnym mówię stanowcze NIE. Po prostu nie pijam piw, które są nijakie i bez smaku!
To mamy zupełnie inne smaki, ale choć kiedyś się możemy spotkać przy złotym Lechu :) Ufff, przynajmniej jedno :D 10,5 muszę kiedyś dorwać, z czeskich to ewentualnie od biedy Radegast. Zateckie też wypiję, ale chyba przez to że pizga je Okocim (oraz potwierdzone ostatnio - Brackie), który lubię :) I jako normalne, zielone i Radlery.
Bitels - eeee, jak nie ma podtekstu i kontrowersji, to nie ma co kopiować :)
Lapec - ja generalnie nie ufam piwom niebieskim, choć to mój ulubiony kolor :) Reszta mnie nie razi, chyba że smakiem :) Generalnie chwalę sobie Kasztelana Niepasteryzowanego oraz rekultywowane 10,5 (mało procentów i spoko smak). Czeskie to zawsze i wszędzie mogę, Grolsch to niemal poezja, Lech Pils smakuje, Tyskie i Warka - nie i nie. Żubr niekoniecznie. A, no i Książęce Czerwony Lager - tu jestem na tak :)
Wypowiem się :D Jako smakosz piw w brązowych butelkach (Łomża, Perła, Namysłów jeszcze ujdą, choć ktoś musi w końcu kaucję na flaszkę dać!!) nawet bym na tego pilsnera nie spojrzał, ale do wyboru dałeś Harnasia (chyba największy sik, delikatnie u mnie przed zielonym Lechem i Żywcem) hmmm? Pewno bym wybrał wodę z kałuży ;)))
A już kompletnie nie rozumiem wieszania przy drzwiach wejściowych do mieszkania, obrazków przedstawiających Żyda liczącego pieniądze. To dopiero zabobon :)
Hehe, z tymi zabobonami to od łodziaków można się uczyć. Mają zabobony chyba na wszystko. Anuszka za cholerę nie przejdzie ulicą, kiedy czarnuch ( kot, nie człowiek) przebiegnie drogę.
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"