Znów szosowanie oraz "Akcji Telefon" ciąg dalszy
Po chwili spojrzałem ponownie za okno i zobaczyłem, że... pada. Grrr... Na szczęście po odczekaniu jakichś trzydziestu minut sytuacja się unormowała na tyle, że mogłem... zamontować błotnik :) Byłem już bowiem tak nastawiony na przejazd wąskokołówką, że olałem temat kolejnego usyfienia sprzętu.
Wykonałem zachodni wariant w wersji: Poznań - Luboń -Wiry - Komorniki - Szreniawa - Rosnowo - Chomęcice - Konarzewo - Trzcielin - Dopiewo - Dopiewiec -Palędzie - Gołuski - Głuchowo - Komorniki - Plewiska - Poznań.
Tutaj Relive.

Zaliczyłem podczas jazdy kolejne świeżutkie wahadło w Chomęcicach, które powstało w miejscu, gdzie niedawno wahadło zlikwidowano, ale widocznie asfalt był zbyt równy i trzeba go było zamienić na gruntówkę z błockiem gratis :) Pojawiłem się też ponownie na katowanej od niedawna alternatywie do "piątki", chcąc się przekonać, jak się jeździ tym czymś rowerem szosowym. Zaskoczenia nie było - odpowiedź brzmi: do dupy. Ale przy okazji zrobiłem fotę przy znaku, który jakoś dziwnym trafem do tej pory nie rzucił mi się w oczy. I chyba cały czas nie będzie się rzucał :)

Wiało koszmarnie, więc nie starałem się nawet spieszyć - wyszło więc ponownie tempo kontuzjowanego ślimaka.
Teraz - uwaga, uwaga! - kontynuacja tematu zaginionego smartfona, opisywanej TU. Wczoraj późnym popołudniem odebrałem połączenie z numeru stacjonarnego (!) od jakiegoś starszego waćpana, który zapytał mnie, czy przypadkiem nie zgubiłem telefonu. No kurde, oczywiście, że zgubiłem. Na to dziadek opowiedział mi następującą historię: wracał sobie w poniedziałek z zakupów, poślizgnął się i upadł na mój sprzęt do dzwonienia, który widocznie wypadł mi z kieszeni (to akurat jest możliwe, choć raczej staram się go pilnować). Ktoś, kto mu pomagał wstać, zapytał, czy to jego, a on w szoku wziął go ze sobą odruchowo (ekhm). Ale to nie koniec :) W domu okazało się, że musi jechać do szpitala na zastrzyk, bo plecy go strasznie bolały i nie miał głowy do niczego tego dnia. Potem zorientował się, że ma moją komórkę, próbował dzwonić do mnie intensywnie, ale dopiero teraz się udało i on gorąco zaprasza po odbiór.
No i faktycznie - podjechałem jeszcze tego samego wieczora, pan okazał się nawet sympatyczny, ale zacząłem drążyć temat, bawiąc się w domorosłego detektywa, bo kilka rzeczy mi w tym wszystkim śmierdziało. Dziadek nie był w stanie mi odpowiedzieć, czemu jego usilne próby kontaktu ze mną nie miały odzwierciedlenia w realnych połączeniach (pierwsza widziana przez mnie próba nastąpiła wczoraj - i od razu zakończona rozmową), ani czemu nie odebrał żadnego z ponad osiemdziesięciu (specjalnie zweryfikowałem ilość) moich telefonów (a jak sprawdziłem, wiedział, jak to zrobić, gdyż bynajmniej nie był użytkownikiem klawiszowca). Resztę historii powtórzył ponownie, dodając jeszcze, iż radził się znajomego policjanta, który sugerował, że najlepiej sprzedać, ale on, szczęśliwy znalazca już wielu rzeczy, stawia na uczciwość. Pogadaliśmy sobie jeszcze chwilę, postanowiłem, że dam mu mimo wszystko jakieś znaleźne, pożegnaliśmy się i znów byłem posiadaczem swojej własności.
A teraz moja wersja całej tej farsy, tak, jak ja ją rozumiem. Pana dziadka wydawało mi się, że kojarzę z kolejki w jednym z odwiedzonych tego dnia sklepów, choć pewności nie mam. Jeśli telefon mi wypadł, a musiało to być jakąś minutę czy dwie przedtem, to żadnej akcji z przewróconym emerytem nie widziałem, a bym raczej musiał. Po mojej intensywnej akcji poszukiwawczej, zlokalizowaniu dzięki googlowej apce "znajdź moje urządzenie" bloku, gdzie on się znajdował (potwierdziło się), wizycie na policji oraz zablokowaniu online smartfona w ten sposób, że na ekranie blokady pojawiał się komunikat, iż telefon został skradziony, jest w danej lokalizacji i zgłoszono to odpowiednim służbom, więc proszę o kontakt, nasz sprytny znalazca się przestraszył (i upewnił, iż jest całkowicie bezużyteczny) po prawie trzech dniach oraz postanowił, że najlepiej będzie jednak dać znać. I tylko za to - oraz całkiem barwną historyjkę - temat zamykam polubownie. A gdyby raczył od razu odebrać choć jedno z tej prawie setki połączeń, grubsze znaleźne byłoby rzeczą intuicyjną. A tak poszło z pewnym niesmakiem, choć ewentualna próba przywłaszczenia to jednak lepsza rzecz niż kradzież :)
Tym samym odzyskałem to, co najważniejsze - zdjęcia i kontakty, których nie udało mi się sklonować. To plus. Mam już nowy telefon - plus i minus :) Trochę się bowiem pospieszyłem, ale i tak miałem w głowie wymianę, więc za bardzo nie cierpię z tego powodu, choć co innego krzyczy mój portfel. A stary pozostanie jako kolejna rezerwa na wypadek następnej tego typu akcji :)








