Tęczowo i rzeźniczo :)
Generalnie rano mógłbym wystartować na rower wcześnie, ale – pisząc delikatnie – nie za bardzo było jak, bo oczywiście padało. Pozostałem jednak przy nadziei :) No i w końcu – gdy już zjadłem śniadanie i wypiłem dwie kawy – zaczęło się delikatnie przejaśniać. Na to czekałem, bo jak to tak nie przywitać nowego roku na rowerze, jeśli się da?
Ruszyłem lekko przed południem, na wszelki wypadek ubierając deszczówkę, no i oczywiście zabierając ze sobą crossa. Początkowo szło całkiem, całkiem – mimo że urywało łeb (momentami ledwo wyciągałem 14-15 km/h), to mokro było jedynie na ziemi, a nie na niebie. Po wyjeździe z Poznania pierwszą miejscowością, którą odwiedziłem w 2019 był… Luboń. Średnia to wróżba :)
Doczłapałem przez Komorniki i Szreniawę do granic Rosnówka z Trzebawem i… musiałem się na chwilę poddać, bo na piętnastym kilometrze zaczęło lać. Schowałem się więc w te pędy pod najbliższą wiatę, jednak coś mi nie pasowało, bo niby pod daszkiem, a zacinało jak bez niego. Przyjrzałem się swojemu schronieniu i… no tak. Jak starałem się pokazać na fotach – zapewne tutejsi specjaliści od wystroju byli czynni :)


Po chwili pogoda trochę zluzowała, postanowiłem więc kawałek podjechać, ale dość szybko znów musiałem sobie zrobić pauzę, bo ulewa zrobiła się jeszcze większa – a ja wylądowałem po drugiej stronie drogi, gdzie już kiedyś byłem, wspominając na BS o radosnej twórczości rodzimych miłośników białej kiły i Kolejorza :)

Perspektywy na dalsze kręcenie wyglądały średnio:

Jednak kilkunastu minutach podjąłem decyzję, że jeśli mam marznąć, to lepiej w ruchu, a że cofać się nie było sensu, to wróciłem na szlak. Dojechałem do Stęszewa, stamtąd zaś skręciłem na klasyczny szlak, przez Witobel, Łódź i Dymaczewo.

W tym czasie znalazłem się w… innym świecie. Pięknym.



Mijając oczywiście ten brzydszy :)

Trafiła się i tytułowa tęcza :)

Niestety, po dotarciu do Mosiny sytuacja wróciła do normy – i znów czekała mnie pauza, tym razem pod sklepowym pasażem.

Postanowiłem wykorzystać ją na sprawdzenie swojego nowego patentu, czyli zmianie rękawiczek na trasie w czasie deszczu – wziąłem bowiem zapasowe, bo doświadczenie nauczyło mnie, iż nogi jak nogi, ale najbardziej demotywują mnie przemoknięte ręce. Podziałało - wróciła mi chęć do jazdy i jakoś dopełzłem do domu, przez Puszczykowo, Łęczycę i znów Luboń. Po powrocie zżarłem pół słoiku miodku, wypiłem proszek na grypę i zaliczyłem gorącą kąpiel – oby to wystarczyło na to, co mnie mogło dziś złapać po tym wypadzie.
Oj, ciężkie to było rozpoczęcie. Postanowiłem się jednak nie poddawać, gdyż prognozy na następne dni mówią jedno: chomik, chomik, chomik. Bo tercetu: huragan + deszcz + śnieg okraszonego przymrozkami nie zamierzam testować, chyba że trafi się jakaś wyjątkowa przerwa w ich koncercie.
Niniejszym uznaję 2019 za rozpoczęty, psychicznie mi lepiej :) Teraz tylko odczekać na lepsze warunki i spokojne nabijać kilometraż na ten rok już bez żadnego ciśnienia.
Relive z "kondominium" TUTAJ - ale oczywiście zaczęli coś pieprzyć z tą apką (czytaj: "ulepszać") i aż się odechciewa z nią dalej współpracować :/








