Dziś nastąpiła teoretycznie mała i delikatna, lecz dla mnie niezwykle istotna, korekta warunków pogodowych - wiało dużo, dużo słabiej niż poprzednio, co oznacza, że na podpoznańskich zadupiach wciąż solidnie, ale w końcu można się było skupić na jeździe, a nie panicznie walczyć o utrzymanie w siodle. Uff :) Co prawda zero pozostało zerem, wynik wciąż nie powala, nawet jak na zimowe warunki, ale przynajmniej komfort był względnie do przyjęcia. Oczywiście jeśli weźmie się pod uwagę, że kręcenie nastąpiło w ubraniu na cebulę, grubych rękawiczkach i kominiarce na ryju.
Co do trasy, to dziś sobie lekko pokombinowałem. Z Dębca skierowałem się na Wartostradę, którą opuściłem gdzieś w połowie, dzięki zbudowanemu jakiś czas temu zjazdowi w kierunku Malty. Na niej pojedynczy rowerzyści i oczywiście masa pieszych oraz tych od kija, do których wciąż nie dociera, co oznacza rysunek z przekreślonym ludzikiem w połączeniu z obrazkiem przedstawiającym dwa kółka. To zdecydowanie zbyt skomplikowane dla sporej części rodaków. Od listopada można podobno wdrapać się nie tylko na stok, ale na skromniejszą wersję tego, co mają w Krakowie. W Poznaniu nazywa się to Kopcem Wolności, jego historia sięga prawie stu lat (od zakończenia Powstania Wielkopolskiego), a w międzyczasie został... rozebrany (w czasie okupacji) i za komuny częściowo postawiony na nowo. Aktualnie trwają pracę nad jakimś rozsądnym zagospodarowaniem tego miejsca, z zapewne sympatycznym widokiem na jezioro i miasto. Przez Miłostowo i Antoninek wydostałem się z Poznania, tym samym zakwitając w swarzędzkich korkach, następnie przez Zalasewo oraz Garbce dostałem się do Tulec, które objechałem sobie kółeczkiem przez Komorniki. Wieś będącą zapomnianym światem pośrodku niczego, ale za to z kawałkiem sympatycznego uroczyska. Powrót nastąpił przez Żerniki, Jaryszki, Krzesiny, Starołękę oraz Lasek Dębiński, gdzie moje "przepraszam" w kierunku wypinających się na środku dróżki niewiast z jakimiś piłkami do ćwiczeń między nogami wywołało paniczny i zakłopotany chichot :)
Na koniec dedykacja dla pewnego imigranta z lubuskiego do dolnośląskiego, który twierdzi, że o związkach z danym miastem świadczy w największym stopniu kupienie gruntu czy terenu, a nie korzenie czy wychowanie w nim (vide: wczorajsza dyskusja pod wpisem). W związku z tą żelazną logiką wklejam widok na jedną z najbardziej poznańskich miejscówek - niech nikogo nie zmylą te niemieckie kominy i logo Volkswagena. To prawdziwi poznaniacy, wręcz ugruntowani :)
Wielkopolskiego miało być oczywiście, zagadałem się z kumplem podczas pisania i masz. Tu dzięki, słuszna korekta leci :)
Ująłem to w ten właśnie sposób, bo wcześniej porównałem tę Twoją migrację do Ukraińców i o tym klikaliśmy - Ty mi chcesz zajść za skórę swoimi wstawkami o "Twojości" JG, więc staram się ukazać abstrakcyjność takiego myślenia.
Porównanie z kwestiami religijnymi nietrafione - tam wchodzą w grę relacje duchowe lub nie, w kategorii państw i miast są jedynie rzeczy formalne.
"jego historia sięga prawie stu lat (od zakończenia Powstania Listopadowego)" - Powst. Listopadowe było niecałe 100 lat temu????? :O
Misiek, nie żyjemy w Mezopotamii, gdzie pojęcia państwo i miasto można było stosować zamiennie. ;)) Zmiana miasta czy nawet województwa, jest porównywalna prędzej ze zmianą ulicy bądź domu - czyli szczegół. Natomiast zmiana kraju - zmienia wszystko, co dowodzi, że to nieporównywalne "instytucje", nie można ich oceniać tą samą miarą.
Ja co prawda miłośnikiem sportów zimowych nie jestem, narty skutecznie zbrzydły mi już w podstawówce, ale miło jest popatrzeć, jak śmigają na tym stoku z widokiem na jezioro, gdzie z kolei latem odbywają się mistrzostwa w kajakarstwie. Choć chętnie kiedyś zaliczę w końcu ten tor(ek) saneczkowy :)
Aż 30m przewyższenia, za granicą w Somali mają górkę Środulkę z 45m przewyższenia, a Bytom Sportową Dolinę. Jak widać w miastach bez górskich aspiracji też się da. Nawet w Kato było stok narciarski Sopelek, który od kilku lat jest nieczynny i marnieje!
Też nie wiem, na mnie nigdy nie zatrąbiono :) Dziwna sprawa, bo tam równoległej śmieszki nie ma (jest tylko ta kończąca się po drugiej stronie od Bałtyckiej), więc o co może chodzić? Może o ten buspas, po którym rowery nie mogą jeździć, a istotom wszystkowiedzącym wydaje się, że muszą?
Samobójcą nie jestem, żeby tam się zatrzymywać :) Fotę robiłem "z rąsi", podczas jazdy :)
Nawiązując do ostatniego zdjęcia (choć odbiegając od tematu, który jest przypisany temu widokowi), nie wiem do końca dlaczego często jak jadę tamtędy rowerem to na mnie trąbią...
A tak poza tym to na mostach i wiaduktach obowiązuje zakaz zatrzymywania się :)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"