Na psa urok + śmieszka, psia mać!
Ale że od zawsze leczę się przez ruch, to nie przeszkodziło mi to w porannym wyjeździe. Doszło jedynie kilka chusteczek do tylnej kieszonki, no i znów postanowiłem się nie przemęczać, coby nie forsować zdrowia. A skoro słodziak-wiaterek zdecydowanie nie chciał współpracować, to nawet nie miałem dylematu.
Jaki jest kolejny plus jesieni, prócz braku upałów? Późne wschody słońca, na które się można gapić i gapić :)

Postanowiłem sprawdzić, jak ma się sytuacja z remontem w Gowarzewie. W tym celu ruszyłem z domu przez Lasek Dębiński, Starołękę, Krzesiny, Jaryszki, Żerniki, Tulce i pojawiłem się we wspomnianej lokalizacji. Tam, hmmm, zaskoczenia nie było – rozpierducha wciąż trwa i trwa mać. Podobno ostatnio odnaleziono tam jakieś cmentarzysko, więc coś czuję, że jeszcze się drogowcy pobujają.
A że już byłem, gdzie byłem, i dalej jechać nie mogłem, bo nie było drogi, postanowiłem ponownie (bo raz już testowałem, ale w odwrotnym kierunku) sprawdzić, jak będzie wyglądała ścieżka prowadząca do Kleszczewa. Oczywiście jadąc po ludzku, szosą. Generalnie jest tak samo beznadziejnie, jak wydawało się za pierwszym razem, co już opisywałem latem – to znaczy pierwsze dwa kilometry będzie można przejechać w miarę cywilizowanie, wydzielonym asfaltem. Potem nagle (ups, kto by to przewidział?) wyrastają… domy. Konkretnie dwa. Jak rozumiem fakt, iż są tam kilkadziesiąt lat, nie wzruszyło wcześniej planistów, którzy sobie wymyślili, że najlepszym wyjściem będzie przejazd na drugą stronę ulicy i kurs śmieszką przez dokładnie… sto metrów, po czym znów trzeba wrócić na poprzedni tor. Na… siedemset metrów, bo potem slalomik zaczynamy od nowa. Oj, wesoło tam będzie, już to widzę :)


Tu koniec, tam, gdzie domy, początek. Większa część DDR-ki po drugiej stronie. Sto metrów rodzimego absurdu.

Wróciłem przez Nagradowice, Krzyżowniki, Tulce, a reszta już swoimi śladami z małymi korektami. Tak jak na Relive.
A teraz historia, która zahacza o granice Poznania. Bo do nich należy kawałek niby to DDR-ki, niby to chodnika, którą zawsze jadę, żeby ominąć koszmarne płyty w Krzesinach. Tam dziś zobaczyłem z daleka szwendającego się kurdupla, na moje oko zagubionego.

Zatrzymałem się i po chwili głaskałem taki oto śliczny pychol :)

Zmartwiło mnie tylko jedno – piesek miał obrożę (bez żadnego identyfikatora), ale brak było właściciela. Ewidentnie wydawał się zagubiony i co chwilę wlatywał na drogę (raz musiałem nawet zjechać, żeby zatrzymać nadjeżdżający samochód), więc zszedłem z roweru i razem z nim przy nodze przeszliśmy do najbliższych zabudowań, gdzie zadzwoniłem do pierwszego domu, pytając czy ktoś kojarzy opiekuna, bo przy takiej opiece jeszcze trochę (niedużo) czasu i nie będzie miał pupila, a pasztet. Niestety za wiele się nie dowiedziałem – miła lokatorka powiedziała jedynie, że kojarzy czworonoga i że od niedawna wylatuje on skądś ”tam” (czyli z kilku posesji położonych między polami). I faktycznie, miłośnik głaskania pomachał mi ogonem i poleciał we wskazanym kierunku. Już na zgłębianie tematu czasu nie miałem, ale z chęcią odnalazłbym bezmózga, który nie potrafi upilnować istoty, która powinna być pod jego opieką. Cięty na to jestem, więc pewnie skończyłoby się na ostrej wymianie słów. Przeszła mi też przez głowę myśl, żeby zapakować pieska pod pachę i wrócić z nim na Dębiec (Kropa pewnie byłaby zachwycona), ale się powstrzymałem. Może w przyszłości, jeśli znów spotkam go na tej drodze :)
Aha, dowiedziałem się od pani, że mam "dobre serduszko", hehe :)








