Na pytanie: czy dziś padał deszcz, czy nie padał, odpowiem klasycznie - tak :) Bo rano obudziły mnie krople deszczu, a nieco ponad godzinę później już kręciłem o prawie suchym kole. Brakowało jeszcze tylko śniegu, ale spokojnie, to jeszcze przed nami.
Wybrałem się w związku z powyższym crossem - również dlatego, że z okazji północnego wiatru czekała mnie przeprawa przez calutkie miasto. Już samo to jest mordęgą, a wykonywane na szosie - epickim koszmarem. A tak? Spokojnie i powolutku zaliczyłem te miliardy czerwonych świateł, nawąchałem się smrodu z podobnej ilości puszek i postałem sobie w korkach. Ale za to pojawiła się nagroda, która zawsze czeka na mnie za Golęcinem, czyli skręt w Koszalińską, gdzie zaczyna się inny świat.
Nią właśnie doczłapałem się do dawno nieodwiedzanej miejscówki, której byt skojarzył mi się z powieścią "Gniew" Zygmunta Miłoszewskiego. Jej bohater, prokurator Szacki, wylądował z musu w Olsztynie, wedle jego oceny mieście koszmarnym pod każdym względem, czego jakby nie zauważali autochtoni-lokalni patrioci, jak jeden mąż informujący go za każdym razem, gdy przyznawał się, iż nie jest stąd;, że "nie wiem czy pan wie, ale na terenie miasta jest aż jedenaście jezior". W książce ten motyw pojawia się dobrych kilkanaście razy.
No więc... Nie wiem, czy wiecie, ale na terenie miasta Poznania jest aż pięć jezior :) A wspomnianą miejscówką jest jedno z nich, czyli Strzeszyńskie. Trochę się działo tu podczas mojej nieobecności - wyremontowano pomost, dobudowano kolejne kawałek dalej, oznaczono drogi dla rowerów i pieszych, estetycznie zamontowano ławeczki... Fiu fiu :) Po chwili kontemplacji ruszyłem w dalszą drogę, już trasą niemal klasyczną: przez Psarskie, Kiekrz, Rogierówko, Sady, Lusowo, Dąbrowę, Skórzewo i Plewiska do domu. O taką właśnie.
Całkiem spoko się jechało, jak na crossa wyszła ok średnia, zdążyłem do roboty... Same plusy. Piszę o tym, bo od jutra wraca wietrzny, a może i deszczowy armagedon, więc będę marudził :)
Aha, co jeszcze dziś robiłem? Ano to... Bite piętnaście minut!
Komentarze (9)
Jakby co - dawaj znać, może się uda na chwilę zgrać :)
Kiekrz faktycznie jest największy i taki... mazurski. Żaglówki, te sprawy ;)
No było z piętnaście xD => chyba że misja "siku" się liczy to i może :) Z czwórki właściwej (ponoć ;P) jednak Kiekrz mi się najbardziej podobał :) Jutro mam odwiedziny chrzestnej z Poznania + sobota z Siostrą więc pewno się coś ustali, może te hen,hen na majówkę ogarną :) Nauczyłem się nie planować na tydzień do przodu no ale coś na te dziewięć dni wymyślić trzeba.
Kurde, właśnie sobie uświadomiłem, że coś mnie podkusiło do rozmnażania (bez skojarzeń) i umieściłem w tytule o jedno więcej z jezior, niż jest faktycznie w Poznaniu. Są cztery - Malta, Rusałka, Strzeszyn, Kiekrz. Zaraz przy granicy miasta jest Swarzędzkie, ale mnie to nie tłumaczy :)
Lapec - "Ruchałka" to klasyk klasyków. Prawie środek miasta, a tu las i jezioro. Musiałeś mieć w dwie strony łącznie z 20 km :) A Niepruszewskie to już w ogóle hen, hen! :)
Też tam się pluskałem, ino ja pływam jakbym obu nóg nie miał czyli wcale ;)) Z waszych jezior (znaczy chyba waszych, bo nie wiem co za takowe uważasz) zostało mi ino Niepruszewskie - nic straconego, może w tym roku ogarnę ;]
Sięgając trochę w dal "Ruchałkę" miło kojarzę - jeden z moich pierwszych tripów rowerowych w ogóle które pamiętam, wycieczka tam z Winogradów to było coś ;)
A w mieście Uć do niedawna było 18 rzek (a raczej rzeczułek), ale ostatnio Zakład Wodociągów i Kanalizacji odkrył (dosłownie, robiąc w klapie studzienkowej oczko do oglądania) dziewiętnastą! Oczywiście rzeczka jest ukryta całkiem pod ziemią - i stąd odkrycie. A że zwie się Lamus - to nic, ino do niej trafić! Co zresztą rzeczony ZWiK uczynił :)
Ja też. Ale za bardzo znam umiejętności krycia się naszych oddziałów prewencji po krzakach, żeby tu akurat ryzykować. Mandatów już się w życiu napłaciłem :/
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"