Jak w tytule: w końcu zdecydowałem się przerwać żałosną pasję glutowania czołgiem. Decyzję przyspieszyła tęsknota za jazdą szosą, perfidnie świecące jak gdyby nigdy nic słońce oraz w większości już idealne do jazdy suche asfalty. A lekko opóźniła... ta mniej wyidealizowana rzeczywistość, czyli wciąż mróz (na starcie minus dziewięć) oraz menda o nazwie wiatr, który ponownie zrobił ze mnie miazgę, wdzierając się swymi niewidzialnymi łapskami tam, gdzie nie trzeba, czyli pod kominiarkę, do uszu, gardła oraz generalnie całego mojego jestestwa. Taki dotyk boli całe życie, a przynajmniej przez te dwie godziny.
Do kręcenia wybrałem na wszelki wypadek szosę w wersji old, bo jednak co syf solno-piaskowy na drogach, to syf. I dobrze zrobiłem, bo na przykład na śmieszce w Łęczycy nie spotkałem o dziwo dziadygi, za to pod kołami miałem gnój będący miksem powyższego (syfu, nie dziadygi) oraz leżących gałęzi pochodzących z wycinki. No bo po co sprzątać?
Trasa dzisiejszego żałosnego pełzania przed pracą to "muminek" w klasycznej wersji: dom - Lasek Dębiński - Starołęką - Krzesiny - Jaryszki - Koninko - Głuszyna - Babki - Czapury - Wiórek - Rogalinek - Mosina - Puszczykowo - Luboń (jak ja za nim tęskniłem...) - Poznań. Jako dowód, że upału nie było widok na Wartę. Spieszmy się kochać śryż, tak szybko odchodzi. Przynajmniej mam taką nadzieję :)
(znak nr 1) Zapuszczona bezszyszkowo Puszcza Białowieska (znak nr 2) zarasta suchymi świerkami, (znak nr 3) dąb stracił połowię korony zeżartej przez rysie (znak nr 4) ganiające się bez sensu z pnia na pień po gałęziach (znak nr 5) mimo nadjeżdżającego en face liesowozu do ich wywozu, (znak nr 6) ślizgającego się na wykrotach (znak nr 7) i w zaistniałej pustyni (znak nr 8) niknącego, by (znaki nr 9 i 10) wykosić ostatnie dwie enklawy zapuszczonej połaci lasu!
Ciekawe, jak jest po chińsku śryż. Bo że jest jakoś ryż, to nie wątpię, ale literki "ś" to oni raczej nie znają. Co innego "ż"! (np. w "chińskie żarcie")
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"