Dziś o dziwo, mimo prognoz, które znów zapowiadały opady, udało się wykręcić pełne pięć dyszek. Poszło jak po maśle, co oznacza, że było ślisko jakbym jechał właśnie po tym tłuszczu, przynajmniej w pierwszej połowie dystansu - bowiem gdy wyruszałem po ósmej rano (później musiałem lecieć do pracy) asfalty jeszcze się szkliły postmżawkowo i wymuszały powolną oraz odpowiedzialną jazdę. Udało się bez glebsona.
Trasę wykonałem zachodnią, z Dębca przez Plewiska, Gołuski, Palędzie, Dopiewo, Więckowice, Sierosław, Zakrzewo, serwisówki, Plewiska i do domu. Momentami na wiaduktach, rondach i zakrętach zwalniałem niemal do zera - tę sztukę ostatnimi czasy opanowałem zresztą niemal do perfekcji :)
W Fiałkowie wszystko na swoim miejscu - Tupolew (lub coś podobnego), Poznań Główny oraz znak ostrzegający przed nisko latającymi czarownicami. Zabrakło tylko sympatycznego kundelka, który raz przywitał mnie tam tak radośnie, jakbym był personifikacją najsmakowitszego baleronu. Gdy jechałem w kierunku Plewisk, na ulicy Wołowskiej zagadali mnie jadący samochodem starsi państwo, pytający o ulicę Nowosolką. Mówiło mi to tyle, co nic, więc powiedziałem, żeby się zatrzymali i sprawdzimy w telefonie. Okazało się, że to niedaleko, jednak zapytałem o jakąś firmę, która tam się znajduję, żeby szybciej skojarzyć. Odpowiedź: zakład karny :) Nawet nie miałem pojęcia, że jest tam takowy. Wniosek: podróże kształcą :)
Nie ta datą. Bunt miał miejsce chyba w 2009 roku. To był bunt młodocianych w poprawczaku.I jak mi się wydaje właśnie tam. I o ile dobrze kojarzę to na Nowosolskiej był wcześniej poprawczak.
ZK na Nowosolskiej funkcjonuje chyba już z 50 lat. Kiedyś byłam tam chyba poprawczak. Kilka lat temu miał tam miejsce głośny bunt. Widać go z pociągu przed Górczynem.
A propos nisko latających biskupów... tzn.czarownic - to w Świętokrzyskim mają problem z promocją regionu, bo właśnie któremuś nielotnemu umysłowo biskupowi nie spodobała się czarownica jako znak graficzny w logo i naskarżył władzom "cywilnym". Resztę można sobie dopsalmić ;)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"