Wczoraj się nie wyspałem, bo jechałem po rower, dziś się nie wyspałem, bo... nie mogłem pójść na rower. Plan dnia (drugiego i ostatniego wolnego pod rząd w tym tygodniu) był bowiem taki, że spokojnie z rana pokręcę, a potem przy okazji załatwienia sprawunków na mieście zawitam z kurtuazyjną wizytą u Teściowej (raz na jakiś czas trzeba, nie ma lekko). Tymczasem od rana padało, więc wszystko stanęło na głowie. No, prawie wszystko - poranna kawa była na swoim miejscu, a kubek stał tak, jak stać miał :)
Wymyśliłem sobie, że w związku z tyn najpierw (dość wcześnie) zrobię sobie spacerek miejski, pozałatwiam co trzeba, wpadnę do jaskini lwa, a po południu się wypogodzi i wyruszę. Udało się w stu procentach :) Nie ukrywam, że najmilszym momentem było usadzenie tyłka na siodełku - o tyle fajne, że gdy wyruszałem (punkt trzynasta) byłem najedzony, w sumie wypoczęty i ogólnie przysiadalny. Drogi wyschły, więc zaprzęgłem szosę i przed siebie.
Trasę sobie dziś wymyśliłem lekko kombinowaną, bo znudziły mi się stałe ścieżki - z Dębca ruszyłem na Luboń, Komorniki i Stęszew, ale tam skręciłem w Krąplewie w kierunku Trzcielina i Dopiewa, a stamtąd już stałym szlakiem przez Palędzie, Gołuski, Głuchowo i Plewiska do domu. Na luzie, bez spiny, starając się nie zauważać upierdliwego wmordewindu. Cóż, starać się to ja mogę :)
Po południu jeszcze pewien kursik zahaczający o Jeżyce, ale to historia na jutro lub kolejne dni, więc nie wpisuję dystansu.
Aaaa, bym zapomniał - styczeń się skończył! Czas podsumować ten wietrzny i paskudny miesiąc, podczas którego walczyłem głównie z pogodą i dwoma zarżniętymi napędami w crossie i szosie. Wyszło jakimś cudem 1511 km, a średnią na poziomie 26,1 km/h przemilczę :)
Komentarze (3)
Aha, mam jeszcze jedno wytłumaczenie - trzy tysiące kilometrów mniej w owym roku względem ostatniego :)
Sam się dziwię :) Fascynacja szosą u mnie wtedy dopiero zakwitała, mniej wiało, byłem młodszy... więcej wymówek nie znajdę :) Ale pamiętam, że byłem mega zły, że się nie udało wyciągnąć tych równych trzech dych!
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"