Pomiotem dziś byłem ja. Pomiatało mną bowiem w każdą stronę, z każdej strony, z przodu, z tyłu, z boku, od góry, z dołu i co tam jeszcze możliwe. Utrzymanie się na szczytach wiaduktów było porównywalnie z grubsza z surfowaniem po Mount Evereście. Dałem jednak radę, choć bóg Tlahuizcalpantecutli mi świadkiem, iż graniczyło to z cudem.
Dość napisać, że w połowie dystansu, tej bardziej wietrznej, miałem - kręcąc szosą - na liczniku średnią w okolicach 22 km/h, a wynik finalny, jakkolwiek żałosny, to wynik ciężkiej walki z podmuchem, który nawet podczas powrotu nie chciał pomagać. W zestawie doszedł jeszcze przenośny deszczyk, coby mi się w tyłku nie poprzewracało od komfortu :)
Trasa to zachodnie rejony, najbardziej odkryte, jak to może tylko być: Poznań - Plewiska - serwisówki - Dąbrówka - Zakrzewo - Sierosław - Więckowice - Dopiewo - Palędzie - Gołuski - Plewiska - Poznań. Na samo wspomnienie jest mi niedobrze :)
Aha, udało mi się oddać crossa do serwisu. Boję się lekko, że jak go rozkręcą to wyskoczą z niego jakieś nietoperze czy inne makolągwy, bo jest w stanie agonalnym, i już się nie da go skręcić. Się zobaczy - wiedział będę jutro lub pojutrze.
Komentarze (18)
Kiedyś może zawitam w te rejony z rowerem, w sumie mi się to marzy. Pewnie w marcu będę człapał po tym mieście, ale piechotą się nie liczy. Kiedyś bywałem tam dobrych kilka razy w roku, już tęsknota narasta :)
C/Kross nawet mi się czasem myli - jak się ma do wyboru: crossa albo Krossa to jest problem :)
Sorka to z tęsknoty za moim Krossiwem ;) Kraków jest sympatyczny (no właśnie nie licząc maczet) ale bardziej uroczy pod rower jest odcinek dojazdowy - Ojcowski Park Narodowy, ale to tam tak moim zdaniem zupełnie przy okazji :)
Lapec - rowerem w KRK jeszcze nie byłem. Za to potrafiłem się zgubić spacerując, o dziwo znając to miasto dość dobrze. Jednak te ulice prowadzące sinusoidami potrafią zmylić :) Info co do crossa (nie Krossa!) poszło we wpisie :)
Centrum KRK jest w dechę, dwa razy się skusiłem, dwa razy żałowałem choć przejechałem - średnia hmm czasem nawet do 4km/h się udało pognać :) A co do Krossa to czekam na info, może jakieś skarby wypadną ;)
No fakt, Łódź jest naturalnie przystosowana. Antypodami wobec niej staje się centrum Krakowa, który jest zdecydowanie nie do ogarnięcia logiką bez wspomagania mapą :)
Ja bym wyżarł dla Ojczyzny ratowania jakby co i by nie było, to fakt. Natomiast martwi mnie co innego: otóż Uć jest dość "grząskim" miejscem w wiadomym swastycznym temacie - otóż wszystkie ulice w centrum układają się "w kratkę", więc o ślad wiadomego symbolu słonecznego np. przy pomocy GPS-a i Endomondo nietrudno. Mam jednak nadzieję, że nikt z potencjalnie zainteresowanych wafelkowiczów na to nie wpadnie i nie zechce robić marszrut ze szpicrutą skandując przy tym Rotę ;)
Tu by było łatwo - kółko dokoła Polski, krzyżyk w środku i mamy celtyka. W tym samym klimacie można by było zrobić swastykę, ale to bardziej skomplikowane, bo skąd znaleźć tyle wafelków? :)
Też bym się (nie)wybrał :) W Polsce trzeba by było coś takiego wykombinować, np. "szlak tropem ludzi bezdomnych", który układałby się w kształt papy Tadzia R. :)
Acha - a tu jest jakby co trasa dzika Twrcha Trwytha zapisana za pomocą nadajnika GPS ukRYTEGO wraz z akcesoriami fryzjerskimi w szczecinie (choć nie w Szczecinie, żeby było nie do poznania - nie zaś Poznania... troszkę to skomplikowane, jak mawia Facebóg). GPS odzyskał nie kto inny jak słynny Culhwch, żeby było jeszcze trudniej, albo, jak mawiają Walijczycy - trdnjwchtrth! W każdym razie jak będę tam, gdzie raczej nie będę - nie omieszkam rowerowo jej przebyć w dzikim pędzie!: http://www.aattt.org.uk/graphics/mapv9b.jpg
Bitels - służę chusteczką jakby co :) Tak szczerze, to ja nawet nie podchodziłem do próby :)
Huann - Twrcch Trwth faktycznie słodziak :) A trasa, w sumie - ahoj! :) Może coś jest na rzeczy, bo wyjeżdżając z domu mijam ulicę Czechosłowacką (i nawet PiS nie zamierza jej ruszyć!).
Zawsze wymówienie nazw bóstw azteckich sprawiało mi trudność. Próba wypowiedzenia nazwy Twojego bóstwa sprawiło, że się poplułem :) Tlahui...hui... tfu...ftu bum cyk cyk :)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"