SzSzSz
Piątek, 26 stycznia 2018
· Komentarze(0)
Czyli: szeleszczenie szosowymi szprychami :) Co prawda to moje Vento jest już szosą jedynie z nazwy i może jeszcze z kształtu ramy, ale samo ponowne usadzenie czterech liter na czymś, co z przodu ma baranka, wielce mnie ucieszyło.
Wciąż jest zadziwiająco ciepło, a nawet wiatr dziś nie był specjalnie silny, za to oczywiście upierdliwy co do swej zmienności, niby południowy, a dmuchał raz ze wschodu, raz z zachodu, nawet z północy, byle mi nie pomóc. Norma :)
Wykonałem nieskomplikowaną trasę z cyklu w tę i we wte: Poznań - Luboń - Puszczykowo - Mosina - Żabinko - Żabno i nawrotka. O tak jak na Relive. A że oczywiście w momencie, gdy tylko ruszyłem stałem się potencjalnym odbiorcą miliarda niecierpiących zwłoki połączeń telefonicznych, w Żabnie na chwilę (długą) się zatrzymałem i pooddzwaniałem hurtowo. Przy okazji z drugiego telefonu pyknąłem fotę drewnianego kościoła pod wezwaniem świętego Kubusia, z końca XVIII w., coby czasu nie tracić :)

Ścieżka w Łęczycy wciąż żyje swoim życiem. Póki było zimno i leżał na niej śnieg, nikt palcem nie kiwnął, żeby ją oczyścić. Dziś, gdy już większość stopniała i zrobiło się nawet przyzwoicie, posypano ją kilogramami soli (ten upiorny chrzęst...). Do tego rozłożyli się jacyś spece z kablami (prawie w środku lasu!), a wisienką na torcie był... dziadyga, który widocznie już się stęsknił za mijankami ze mną na błotnistym singielku i "przypadkowo" wjechał nań w momencie, gdy zrobiłem to ja. Jednak świat się zmienia powoli, zbyt powoli... :)
Wciąż jest zadziwiająco ciepło, a nawet wiatr dziś nie był specjalnie silny, za to oczywiście upierdliwy co do swej zmienności, niby południowy, a dmuchał raz ze wschodu, raz z zachodu, nawet z północy, byle mi nie pomóc. Norma :)
Wykonałem nieskomplikowaną trasę z cyklu w tę i we wte: Poznań - Luboń - Puszczykowo - Mosina - Żabinko - Żabno i nawrotka. O tak jak na Relive. A że oczywiście w momencie, gdy tylko ruszyłem stałem się potencjalnym odbiorcą miliarda niecierpiących zwłoki połączeń telefonicznych, w Żabnie na chwilę (długą) się zatrzymałem i pooddzwaniałem hurtowo. Przy okazji z drugiego telefonu pyknąłem fotę drewnianego kościoła pod wezwaniem świętego Kubusia, z końca XVIII w., coby czasu nie tracić :)

Ścieżka w Łęczycy wciąż żyje swoim życiem. Póki było zimno i leżał na niej śnieg, nikt palcem nie kiwnął, żeby ją oczyścić. Dziś, gdy już większość stopniała i zrobiło się nawet przyzwoicie, posypano ją kilogramami soli (ten upiorny chrzęst...). Do tego rozłożyli się jacyś spece z kablami (prawie w środku lasu!), a wisienką na torcie był... dziadyga, który widocznie już się stęsknił za mijankami ze mną na błotnistym singielku i "przypadkowo" wjechał nań w momencie, gdy zrobiłem to ja. Jednak świat się zmienia powoli, zbyt powoli... :)








