Nie miało być pogodowej niespodzianki i jej nie było. Wiosna na zachodzie Polski płynnie przeszła znów w klasyczną jesień, zapowiadając ponownie zimę. A po ludzku: od rana, cholera jasna, padało. Na szczęście nie mocno, do tego przelotnie, więc udało się dziś mimo obaw wykręcić swoje. Jupi aj ej :)
Ogarnąłem crossa i dość wcześnie, gdyż lekko po ósmej (robota niestety wzywała), ruszyłem na wschód, bo tako rzekł wiatr. To znaczy nic nie mówił, bo nie musiał, ale i tak wiedziałem o tym bez słów :) Najpierw przez Lasek Dębiński, potem Starołękę, Krzesiny i Koninko dotarłem do poznańskiej Głuszyny, następnie minąłem Babki, Czapury i Wiórek, żeby pojawić się na długiej leśnej prostej prowadzącej do Rogalinka. Nie omieszkałem na chwilę wstąpić do swoich, czyli do miejsca, gdzie z zasady jest więcej zwierząt niż ludzi. Tam mi jakoś lepiej. W Rogalinku przekroczyłem Wartę i jadąc w kierunku Mosiny zauważyłem, że wspomniany naturalny, powierzchniowy ciek płynący w wyżłobionym przez erozję rzeczną korycie (dziękuję Wikipedio) ma ostatnio nieśmiałą konkurentkę. Bowiem mały sikacz, który zazwyczaj nie jest większy od ścieku, zwany Kanałem Mosińskim, rozrósł się do rozmiarów średniej wielkości rzeczki. Mimo że się zarzekałem, że pewnie na Osową Górę to ja już w tym roku nie, że nie ma kiedy, że po co... To sobie podjechałem :) Ale ku swojemu zaskoczeniu z trzeciej możliwej strony, czyli od tej z Puszczykowa. Jest o chyba najłagodniejsza wersja, choć i tak jest milusio. Aż się prosi wyłożyć asfaltem kawałek do Pożegowskiej, byłaby idealna szosoa pętelka, na której pewnie pojawiałbym się prawie codziennie. Końcówka to już klasyk - Puszczykowo i Luboń, z czego ten ostatni bez niespodzianek. Czyli gnój :) Za to na ścieżce w Łęczycy znów problem. Tym razem nie liście, które są już w miarę ogarnięte, a czynnik ludzki. Kilkaset metrów za panem "pro" i już wiedziałem, że średniej nie dobiję nawet do minimum. Jak już to prędzej dobiję pana, którego nie dało się za cholerę wyprzedzić, bo nie reagował na dźwięki paszczą :) Relive z dziś.
Komentarze (14)
Huann - no niestety. Choć raz na jakiś czas spotyka się demony prędkości, potrafiące wyciągnąć te cztery dychy :)
JPbike - oj tak... ta ścieżka tą książkowy przykład, że o wiele lepiej jest rowerzystom, gdy takowych nie ma - zaczynając od zakazów, kretyńskiego wjazdu z obydwu stron, złego utrzymania, zbyt wąskiego wykonania...
Zimą czasem się sprawdza. A traktor jest doskonały, żeby się za nim schować, gdy jest pod wiatr. Niestety, prawie nigdy nie jedzie dokładnie tym tempem, jakim by się chciało, by jechał - a co gorsza, zawsze jak już się go dogoni, własnie skreca (zazwyczaj bez sygnalizowania) w pierwszą napotkaną bruzdę. Ale w sierpniu 2004 r. traktorzyłem dobre 20km na trasie Słupsk-Łeba i do tej pory to wspominam jako niezwykle rzadki przykład traktora dalekobieżnego i w dodatku z przyczepą (na szczęście pustą;)
Ja ostatnio mam patent bezkolizyjny a propos ślimaczenia się: po prostu się zatrzymuję i czekam. Średnia jazdy nie spada (bo nie jadę;), odsapnę sobie też chwilę, a Pan Ślimak nie jest niepotrzebnie stresowany - bo w końcu ma do swego tempa takie samo prawo jak ja do swego :) Patent ma jednak wadę: sprawdza się posezonowo przy jednym ślimaku, przy dwudziestu między kwietniem, a wrześniem - już nie.
Lapec - na pikniki mam jeden patent: olewać DDR-ki :) Tylko że tu się nie dało, bo wzdłuż jest znak zakazu jazdy rowerem :/
Ania - ten jest u mnie rzadko wjeżdżany, bo na zjeździe nie da się tak rozpędzić jak w przypadku Pożegowskiej. A to lubię najbardziej :) Co do miejsc z przewagą zwierząt to jak widzę jest nas coraz więcej :)
Znam ten na podjazd na Osową Górę. Nie, nie narzekam, nawet fajnie się podjeżdżało tym asfaltem ;). Też czuję się dobrze w miejscu, gdzie z zasady jest więcej zwierząt niż ludzi :)
Dzięki :) Wierz mi, że oddałbym Ci chętnie część moich jazd za możliwość kręcenia ze spokojną głową dla Ciebie.
A co do "dżinsa" to nie chciałem drzeć paszczy za bardzo, bo mam już doświadczenia z takimi - albo nagła panika i hamowanie, albo uprzejme próby zjechania na bok, które trwają dłużej niż sama męczarnia jazdy za delikwentem :) Odpuściłem, dzięki czemu jak widać mogę brać udział w konkursie ŚlimakPressFoto :)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"