Positivum
Wykręciłem "muminkową" trasę, czyli wypracowany przez lata doświadczeń optymalny zestaw anty-DDR-kowy, od strony Dębca, Starołęckiej (miałem jechać skrótem przez Lasek Dębiński, ale postanowiłem przetestować czy wspomniana ulica może jakimś cudem stała się przejezdna - no nie stała się. Zaskoczenia nie było), Krzesin, Koninka, tam skręt na poznańską Głuszynę, potem Babki, Daszewice, Wiórek, Rogalinek, Mosina, Pusczykowo, Luboń i do domu.

W sumie nie do końca ta końcówka (czyli masło maślane level hard) wyglądała tak, jak napisałem. Bowiem w Babkach doszedłem pewnego kolarza, a moją uwagę przyciągnął strój z napisem CitiZen (klub w Poznaniu przy AWF-ie, który celuje głównie w triathlon). Pisałem już kilkukrotnie, że co na trasie napotykałem osoby płci obojga w takich strojach, to spotykałem się z zachowaniem spod znaku "zaawansowany buc" - ani cześć, ani pocałuj mnie w dupę, po prostu wzrok w kierę i świata nie ma. Tym razem z pewną ulgą (wraca czasem wiara w człowieka) przyjąłem odstępstwo od reguły, które skończyło się tym, że od Sasinowa kręciliśmy razem w sympatycznej atmosferze. Nie obyło się bez omówienia powyższego zagadnienia i wnioski o dziwo mieliśmy tożsame :)
Jak się okazało celem kolarza o imieniu Robert była Mosina i okolice Osowej Góry, na której jeszcze nigdy nie był. No to co, obudziła się we mnie dusza przewodnika i postanowiłem nagiąć lekko limit czasowy - tym samym zaliczyłem jeszcze wspomnianą górkę (podobała się ta wielkopolska anomalia, lubię takie reakcje) oraz oczywiście zjazd - niestety trafił mi się powiew w pysk, więc Vmax bez rewelacji - 61,6 km/h. Na Osowej chwilę sobie pogadaliśmy, oczywiście zareklamowałem BS, a i zgadaliśmy się na wspólne kręcenie za czas jakiś. A dzięki temu zamiast klasycznych pięciu dych wpadło mi o dziesięć więcej. Kolejny plus dodatni, w pakiecie z przyzwoitą wartością przewyższeń jak na te nasze tereny, mało konkurencyjne choćby wobec Himalajów :)








